diablo 3

Opowiadanie Czas Mroku 1

Ostatnia modyfikacja: 09.09.2007. Utworzono: 24.08.2007

EPILOG :

... 5 lat po wydarzeniach w 'Fabule D2' ...

Kobieta o kruczych włosach wstała z łóżka. Odruchowo, bez "fazy przebudzenia", jaka ma miejsce, gdy człowiek powoli podnosi się na nogi, rozciąga, ziewa i próbuje z ogromnym wysiłkiem utrzymać stojącą pozycję, założyła ubranie. Z trudem znalazła je w ciemności nocy, chociaż księżyc swoim blaskiem przechodzącym przez okno naprzeciwko łóżka nieco jej w tym pomógł. Każdej ponurej nocy to samo. I pewnie zawsze o tej samej porze, wnioskując z podobniego położenia księżyca na niebie. Zabrała swoją broń, zawsze to robiła, gdy miała wychodzić ze swojej chatki, i wyszla z domostwa po paru chwilach szukania drzwi.
Zaczął padać deszcz, zupełnie jakby chmury, które prawie nigdy nie miały dość czelności by zakryć blask księżyca, chciały dodać dramaturgii sytuacji. Lub po prostu zmoczyć ubranie kobiety, co wydawało się lepszym celem niż jakaśtam "dramaturgia". Zresztą każdy by się zgodził z chmurami, gdyby tylko zaczął rozmyślać o tym, o czym mogą myśleć. Ale wtedy prędzej uznałby się za szaleńca.
Kobieta w każdym razie nie miała czasu, aby zastanawiać się nad pragnieniami chmur. Wystarczyła jej inna myśl, która mogła być równie szalona jak badanie chmur. Myśl budząca ją co noc w środku snu, tylko po to aby dać o sobie znać.
Aby nie zapomniała. Nie, teraz nie zapomni niczego.
Wiatr zawył, umówiony pewnie z chmurami na dadanie dramaturgii. Lub przybył tylko by podziwiać co w stanie są zrobić krople deszczu z ubraniem kobiety. Ale zarówno wiatr, jak i chmury, doskonale wiedzieli, że to nie o ubranie tak naprawdę tu chodzi. Zapewnie wiedziała również o tym kobieta, bo gdy ubranie zaczęło się robić mokre, użyła zniknięcia, psując pokaz, który ziścić tak bardzo starały się chmury. Gdyby chmury posługiwały się ludzkim dialektem, bez wątpienia powiedziałyby do siebie: "bez obawy, jutro znów będzie okazja...". Chmury były szalonie.


ROZDZIAŁ 1 :

Kobieta tym razem nie miała zamiaru wrócić do chatki, jak to zwykła robić zawsze przy rytuale "przebudzenie, wyjście, powrót, sen". Nawet pół-demony czasem nudzą się monotonnością. Przebiegła się troszkę, jej chatka stała w środku lasu, który musiał być dość duży bo znikąd nie dobiegały światła palących się pochodni w miastach, które zawsze mieszkańcy zapalali na noc. Przynajmniej w tych czasach, kiedy ludzie panicznie bali się wszelkich stworów z zewnątrz swoich domostw. Przebiegała mijając kolejnie drzewa, łatwo unikała gałęzi, nawet jeśli przez mrok udawało je się zobaczyć zaledwie pół metra od siebie. Chmury, gdyby mogły ją widzieć, dostałyby zadyszki próbując dotrzymać jej kroku. Nawet z pomocą swojego kumpla - wiatru.
Po paruset metrach kobieta zatrzymała się, wyraźnie wyczuwając coś. W świecie ludzi nazwanoby to czymś w rodzaju szóstego zmysłu, w tym świecie jednak, nazywało się to den - gdy den dawało o sobie znać, a uczucie to było podobnie do dźgnięcia nożem, tak wyraźnie, że niemożliwe do zignorowania, to coś miało się zdarzyć. Kobiecie den mówiło o kimś w pobliżu. Nie jakiejś wiewiórce czy krecie pod ziemią, lecz kimś.
Zeskoczył tuż przed nią, technika zniknięcia kobiety była przeszkodą dla jego oczu, ale oczy to tylko... oczy. Miał je teraz zamknięte. W ciemności trudno było określić jego wygląd.
Kobieta rozpoznała w nim wampira. I to na głodzie. Tak jak ludzie uzależniają się od przeróżnych używek i potem są na głodzie, gdy brakuje ich, tak wampir, który ma "wbudowanie" uzależnienie się od krwi, może być na głodzie. Głód. Ona też była na głodzie. Łaknęła. Chociaż nie była tego pewna, a wcześniej nawet nieświadoma.
Szpon wampira wykonał machnięcie, którego kobieta uniknęła w ostatniej chwili, gdy den ponownie dało o sobie znać.
Wampir czuł głód krwi, a kobieta zupełnie inny. Łaknęła walki. Takiej prawdziwej. Lecz to nie ta myśl budziła ją każdej nocy. Ten pojawiający się znikąd wampir potwierdzał jej obawy.
Czy to były obawy?
Na to nie potrafiła jeszcze odpowiedzieć.
Kolejny cios przeciął powietrze próbując dosięgnąć brzucha napotkaniej kobiety. Ta była wyjątkowo zwinna. Szybko oddaliła się na około metr od napastnika. Wyciągnęła ręce łącząc dłonie na ich przegubach. To co ujrzał wampir nie zdołał już nikomu opowiedzieć. Z dłoni kobiety wyleciała jasna kula na chwilę rozjaśniając okolicę, dostatecznie aby zobaczyć twarz wampira. I to była znajoma twarz. Twarz czarodzieja, którego znała z Lut.
Kula rozniosła ciało napastnika na kawałki.
Chwilę później usłyszała donośnie syczenie, jakby stado węży zgromadziło się w tej części lasu. Z nieba pozeskakiwało wiele postaci, niewidocznych ze względu na ciemność. To prawdziwa kolonia - pomyślała kobieta. Była najwyraźniej otoczona. Den nieustannie ją o tym informowało. Wstrzymała oddech. Po chwili wypuściła powietrze z płuc, a wraz z tym, jak na znak, wszystko wokół rzuciło się na nią.
Tu nie będzie tak łatwo.
Ominęła pierwsze ciosy, parę następnych rozdarło skórę na jej ciele na ramieniu i brzuchu. Odskoczyła od kolejnych napastników. Jedno wiadomo, ci są szybsi od tamtego. Odskoczyła ponownie i wspieła się z gracją kota na szczyt jedniego z dębów. Zegłębiła swoje dłonie w opływającej w krwi ranie na brzuchu i jeszcze bardziej ją rozdarła paznokciami rozkoszując się zadawanym sobie bólem. Jej krew teraz znajdowała się również na rękach. To jednak nie była zwykła krew. Pokryła jej dłonie i przedramienną część rąk, twardniejąc. Skoczyła na kolejnie drzewo, gdy kreatury zdołały znów do niej się zbliżyć. Spojrzała ponownie na swoje ręce. Były pokryte czymś w rodzaju skrzępniętej gliny, a zamiast na koniuszkach palców, kończyły się na - jednym na każdej - ostrzu. Zza pleców doleciał do niej jeden z potworów. Czarnowałosa obróciła się i rozcharatała jego klatkę piersiową nim ten zdołał cokolwiek zrobić. Teraz to ona była agresorem. Nie potrzebowała wzroku aby wiedzieć gdzie znajdują się jej przeciwnicy. Den zastępowało jej wiele zmysłów. Zeskoczyła prosto na inniego, próbującego z trudem dolecieć do drzewa, runęli razem na ziemię, ale tylko ona wyszła z tego cało. Następnych pięciu poszarżowało w jej stronę. Pobiegła im na spotkanie, brutalnie przecinając tuławia czterech szybkim cięciem ostrzo-rąk, ostatniemu wbijając ostrze w krtań i podnosząc go do góry ów ostrzem, które ciągle tkwiło w jego gardle. Przez chwilę czerpała przyjemność z widoku duszącej się kreatury po czym zawirowała dłonią, co zaowocowało przedostaniem się ręki dalej miażdżąć od środka czaszkę, wypruwając rękę z tyłu głowy ofiary.
Syczenie ustało. Den jednak nie uważało tego za koniec walki. I bez tego wiedziałaby, że coś postanowiło zmienić taktykę, albo wystawić cięższą artlerię.
Jakieś 20 metrów dalej zobaczyła błysk światła jaśniejszego od księżycowego, który wkrótce zaczął się robić jaśniejszy, aż zobaczyła co takiego go tworzy. "Co takiego" a nie "kto taki". Bo trudno inaczej określić coś, co wyglądało jak zniekształcające połączenie ludzkiej postaci z olbrzymią modliszką. Światło ruszyło w jej stronę pomijają konary drzew, które napotkało na drodze, zdążyła się odchylić nim zdołało dolecieć. Nie dostatecznie jednak aby wyjść z tego ataku bez szwanku. Lewa ręką chwilowo stała się tylko zbędnym balastrem, przypalona od światła, teraz bezwiędnie zwisając z lewego ramienia tworząc dodatkowe porcje bólu dla systemu nierwowego kruczowłosej. Ostrze, które znajdowało się na jej dłoni, znikło, pozostawiając za sobą rękę pozbawioną czucia. Czarnowłosa wrzasnęła z bólu. Wiatr zawył z ogromną siłą, lewa ręka bezwładnie poruszała się pod wpływem jego podchumów. Karykaturalny modliszko-człek, ponownie zaczął wytwarzać pocisk. Czarnowłosa była pewna, że drugiego takiego ataku nie jest w stanie przeżyć, przynajmniej nie teraz. Korzystając tylko z prawej ręki postanowiła wytworzyć coś do ochrony. Ostrze prawej ręki błyskawicznie przemieniło się znów w płynną krew, która rozpostarła się jak tarcza przed nią i zaschła. Pocisk już został wypuszczony. Tak jak za pierwszym razem ominął przeszkody lecąc ku swojemu celu. Potężnie uderzył w, stworzoną przez czarnowłosą, tarczę, niszcząc ją i przedostając dalej - do czarnowłosej, uderzejąc w nią z ogromnym hukiem, który zagłuszył krzyk cierpiącej.
Padła na ziemię, zakrwawionie ciało uderzyło o grunt. Sekundę później maszkary, które zaprzestały wcześniej ataku, rzuciły się na nią.


ROZDZIAŁ 2 :

Obudziła się w szałasie. Ból sprawiał, że nie mogła się skoncentrować ani nawet myśleć logicznie. Przywiązano ją do słupa grubym sznurem. Ciężko oddychała. Próbowała rozerwać sznur, bezskutecznie. Ledwo żyła. Zemdlała.

- Żyjesz? - obudził ją głos mężczyzny - co oni z nami zrobią?
Otworzyła oczy by zobaczyć parę metrów od siebie mężczyznę, z wyglądu przypominającego prostego chłopa pańszyźnianiego, przywiązaniego również do słupa.
- Co ci jest? - nieznajomy zauważył, że otworzyła oczy - wyglądasz jak trup.
Do chatki wszedli goście. Ten jeden, na czele, pewno był ich przywódcą. Wszyscy byli ubrani w białe sutanny, oprócz ostatniego, który nosił na sobie te same szaty co zwykły mieszczanin. Przywódca zaciekawiony spojrzał na czarnowłosą.
- Nasza śpiąca piękność w końcu pofatygowała się otworzyć ślepia? - wypowiedział najzimniej jak był w stanie. Po chwili przyglądania się jej, wydał rozkaz osobom, z którymi przybył - wyprowadźcie ją na zewnątrz.
Podszedli do niej, rozwiązali ją i wynieśli z chaty. Nie miała siły aby chodzić, przywlekli ją więc po ziemii na środek obozowiska, gdzie rozpalonie było ognisko. Inni mieszkańcy obozu przypatrywali się zdarzeniu. Większość również przypominała kapłanów, mając na sobie sutanny. Pozostawili ją na ziemi. Człowiek wyglądający na przywódcę powoli podszedł do niej, razem z innymi utworzyli wokół niej krąg. Do wnętrza kręgu wepchnął się ktoś. Modliszko-człek, oprawca czarnowłosej. Przemówił do przywódcy w nieznanym jej języku. Adresat kiwnął głową. Wszyscy zaczęli odmawiać jakąś modlitwę lub wypowiadać zaklęcie.

Ponownie zemdlała. Obudził ją znów głos inniego więźnia. Wróciła do szałasu, znów była przywiązana.
- Co ci zrobili? - spytał przerażony mężczyzna - nie było cię tu przez parę godzin.
- Kim jesteś? - odezwała się do więźnia.
- Jestem zwykłym rzemieślnikiem - odpowiedział - wyrabiam dzbany. Złapali mnie wczoraj i przyprowadzili tu. Mam na imię Agharan. A ty?
- Nie noszę żadnego imienia. Wcześniej zwałam się Natalią - przełknęła ślinę - później nazywano mnie Illuminati. Teraz nie jestem żadną z nich. Zwij mnie jak chcesz.
- Moja żona miała na imię Eva, a troszkę mi ją przypominasz. Czy...
Do szałasu znowu ktoś wpadł. Dwie postaci ubranie w zbroje ćwiekowanie, strażnicy. Jeden z nich powiedział do czarnowłosej:
- Ty! Zostaniesz przesłuchana i osądzona przed trybunałem klasztornym. - ponownie została rozwiązana.
W tej samej chwili szybko uderzyła strażnika, który ją rozwiązał, w twarz. Ten złapał się za nos, z którego trysnęła rzadka krew. Drugi sięgnął po swój miecz, a skończył na ziemii nim zdołał dobyć go z pochwy. Nie obchodziło jej nic poza ucieczką. Wybiegła z szałasu od razu zwracając na siebie uwagę innych strażników. Rozejrzała się po okolicy, obóz znajdował się w gąszczu drzew i inniej roślinności. Nagle, bez żadniego ostrzeżenia ze strony den, strzała jedniego z łuczników utknęła w udzie kobiety. Noga odmówiła posłuszeństwa i padła na ziemię, próbując drugą nogą podeprzeć się. Kolejnie strzały przeleciały tuż obok niej.
- Wstrzymać ostrzał - wykrzyknął, jak podejrzewała, główny kapłan, który przyszedł po nią wcześniej do szałasu - musi być żywa aby cokolwiek nam powiedzieć.
Podszedł w jej stronę.
- Trybunał rozpoczyna się teraz! - natychmiast podszedli do niego inni kapłani, stając przed czarnowłosą, która ciężko dyszała. - Wpierw powiedz nam jak brzmi twoja nazwa - wypowiedział do niej.
- ...Eva - po chwili namysłu odpowiedziała na pytanie główniego kapłana - i lepiej zapamiętaj to, bo długo będziesz przeklinać ten dzień, parszywy ukabor! - ostatnie słowo nie brzmiało jak pozostałe, dźwięk jej głosu zdawał się nie być dźwiękiem, do którego wydobycia zdolnie są ludzkie struny głosowe.
- Czym jesteś?
nie odpowiedziała.
- Odpowiedz! - wyjął swój zdobiony rubinami miecz i przystawił jej do gardła. - Jeśli nic nam nie powiesz, zginiesz. Czym jesteś?!
- Twoim katem, gnido. - czarnowłosa wyrwała z uda strzałę.
Krew, która ruszyła strumieniem z rany zdawała się sama kierować sobą. Rozprzestrzaniła się po całych nogach czarnowłosej, gdy kapłani zszokowani obserwowali zjawisko.
- Co robisz?! - krzyknął jeden z nich.
Krew szybko powędrowała po brzuchu kobiety.
Główny kapłan bez ostrzeżenia przeszył czarnowłosą swoim mieczem. Ostrze przebiło klatkę piersiową i wbiło się w grunt. Kobieta otworzyła usta aby krzyknąć, nie wydobyła z siebie jednak ani nuty dźwięku.


ROZDZIAŁ 3 :

- Natalio, czegoż dziś się nauczyła? - Kinka pytała ją podczas zachodu słońca, piątego zachodu słońca od wstąpienia do klasztoru zabójczyń.
- Uderzenia Tygrysa, pani przeorko - Natalia odpowiedziała.
- Bardzo dobrze, Natalio, robisz wielke postępy... i dlatego też postanowiłam już teraz wystawić cię na twoją pierwszą walkę.
Natalia skinieła głową:
- Tak jest. Z kim będę walczyła?
- Z Rikku. Posłałam po nią. Zaraz powinna tu być.
Gdy słońce z żółtej barwy przybrało głęboką czerwień, przybiegła do nich inna zabójczyni, Rikku. Robiła wrażenie silniej, na ramieniu nosiła tatuaż o kształcie trójkąta, włosy miała blond, a blask zachodzącego słońca odbijał się od jej zbroi oraz ostrzy, które przymocowała do swoich rękawic, takich samych jakie zdobiły dłonie Natalii. Powiedziała do Kinki:
- Jestem!
- Dobrze - odpowiedziała przeorka - W takim razie walczcie!
Natychmiast obie przybrały postawę do walki.
Natalia ominęła parę ciosów Rikku i przeszła do kontrofensywy. Zgrabnie zaatakowała serią cięć, wszystkimi jednak chybiając, zakończoną silnym pchnięciem do przodu prawą ręką. Rikku obróciła się w bok unikając kończącego uderzenia i korzystając z chwilowej przewagi zraniła prawe ramię Natalii.
Ta jednak nie krzyknęła, nawet nie westchnęła. Uczyła się przezwyciężać ból. Obróciła się na pięcie tworząc ostrzami okrąg w powietrzu, prawie tak jak kiedyś pokazywał jej pewien barbarzyńca, a nazywał to chyba trąbą powietrzną. Rikku udało się uniknąć i tej techniki szybko kucając a zaraz potem podcinając nogą Natalię, która straciła równowagę i upadła na ziemię. Równie szybko jak runęła, zdołała wstać. Słychać było wyraźnie jej dyszenie ze zmęczenia. Nim zdała sobie z tego sprawę, noga Rikku uderzyła ją w pierś i znów znajdowała się na ziemi. Rikku pośpiesznie zadała kolejny cios, tym razem szponiem, w prawy bok Natalii.
Zagryzła wargi aby przezwyciężyć krzyk.
- Koniec walki - oświadczyła Kinka - Rikku wygrała. Zostaniesz nagrodzona za swoje zwycięstwo - zwróciła się do Rikku, która bez słowa odeszła, kąciki jej ust zarysowały złośliwy uśmiech. - A ty - odwróciła się do Natalii - poproś kapłana o opatrzenie ran.
Natalia wstała, dalej gryząc wargę, i ruszyła do klasztoru.
Chmury poszarzały i zbierało się na deszcz. Kropla po kropli przekazywały swój ciężar gruntowi.


ROZDZIAŁ 4 :

Nie wiedziała dlaczego akurat to wspomienie przeleciało przez jej umysł w tym momencie, ale prawdę mówiąc ni cholery ją to obchodziło. Miała wielki miecz wbity w płuca, i jakby to powiedzieć, odrobinę jej to przeszkadzało. Wrzasnęła donośnie, prawdopodobnie ogłuszając wszystkich wkoło. Chwyciła za ostrze i powoli wysunęła je ze swojego ciała. Krew ochoczo trysnęła z nowej rany i błyskawicznie pokrywała powierzchnię kobiety. W sekundę cała pokryta była we włąsnym osoczu, które zaczęło twardnieć.
W obozowisku pojawiły się modliszkostwory, które miała okazję już poznać. Wszyscy, jak jeden mąż, rzucili się na nią z całą determinacją jaką mieli w swych sercach. Na rękach kobiety zdołały się ponownie wykształcić ostrza, również na lewej ręce, która zdążyła się już zregenierować. Dwóch kapłanów rzuciło się na nią w wyskoku. Po jednym ostrzu na każdego, przeszyła ich brzuchy. Machnęła ręką, od której oderwały się ostrza zahaczając o wszystko co napotkały na drodze. Modliszkostwory zaczęły już tworzyć jaśniejące kule, które wcześniej powaliły ją nieprzytomną w lesie.
Natalia stanęła, dystans był zbyt duży by podbiec do nich. Nawet nie zamierzała, teraz pokrywała ją dodatkowa ochrona, proporcjonanie do straconiej krwi. Pociski runęły w jej stronę. Wszystkie uderzyły ją, towarzyszący temu huk zatrząsł gruntem. A czarnowłosa dalej stała. Śmiała się. Chociaż nie wyglądała na osobę, której może być do śmiechu. Pomimo ochrony pociski mocno poturbowały ją. Jej powieki szybko mrugały. Ruszyła w stronę kreatur. Z bliska wyglądały znacznie gorzej niż z daleka. Cięła i siekała czerpiąc z tego większą przyjemność niż z czegokolwiek inniego.
- Stój! - usłyszała głos główniego kapłana, gdy rozszarpywała kolejniego potwora - Zniszczyłaś mój obóz, zabiłaś moich ludzi i sługi. Proszę, odejdź, pozostaw... - nie dokończył, zakrztusił się a z ust wypłynęła mu krew.
Teraz dopiero czarnowłosa zauważyła, że stoi za nim Agharan, a jego sztylet przeszył plecy kapłana.
- Za wszystkie twe występki - Agharan powiedział do padającego trupem mężczyzny - Twoje czyny będą zapamiętanie. - Spojrzał teraz na czarnowłosą - Ej! Widzę, że sama nieźle sobie tu radzisz, Eva, wybierajmy się już stąd.
- Tak, lecz osobno - odpowiedziała mu tym samym zimnym głosem, którym rozmawiała z kapłanami - nie potrzebuję towarzysza.
- Potrafię ci pomóc, Eva - nie dawał za wygraną - wiem, co cię trapi i znam na to rozwiązanie. Są pewnie osoby, które umieją wyjawić ci wszystko, czego potrzebujesz.
- A ty niby skąd wiesz, czego szukam?
- Moja droga Evo, szukamy tego samego. Te głosy, myśli, które prowadzą do szaleństwa. To zbliżające się zjawisko. To wszystko to żaden przypadek.
- Dokąd?
- Musimy skierować się troszkę na południowy-zachód. Tam znajduje się... człowiek, który potrafi to wytłumaczyć. Tylko ja znam do niego drogę.
Opancerzenie z zaschniętej krwi rozpadło się i spadło na ziemię, znów wyglądała jak wcześniej. Rany zniknęły.
- Prowadź więc.
Agharan schował nóż i pobiegł na południe, tuż za nim ruszyła czarnowłosa, która miała zamiar podążać za nim tak długo, aż doprowadzi ją do celu lub znajdzie lepszy sposób na rozwiązanie trapiących ją rozmyślań. Nie wierzyła mu, cóż za wieśniak może znajdować się w podobniej sytuacji co ona? Opcje jednak były wyczerpanie a to jedyny trop, który nie skończył się, tak jak innie, ślepo. Jeszcze.
Pozostawili za sobą martwy obóz, który później stać się miał cmentarzem, a ziemia na stulecia pozostała tam czerwoniego odcienia od krwi, którą musiała pochłonąć.


ROZDZIAŁ 5 :

Przewędrowali parę kilometrów, zbliżał się zmierzch. Kruczowłosa, którą Agharan zwał Evą z trudem pokonywała kolejnie metry. Starała się to ukryć przed nowym towarzyszem. Straciła mnóstwo krwi. Była cała blada, bladsza niż kiedykolwiek. Ostrość jej wzroku pogorszyła się, a jedynie co była w stanie wychwycić ze słuchu to odgłosy ich kroków, pod którymi uginały się liście roślin. Teraz na horyzoncie widoczny był las, pustkowie, nie które weszli po wydostaniu się z gęstwin, kończyło się za około dwa kilometry, a rozpoczynał gąszcz puszczy. Słońce płonęło swoją czerwienią przed nimi, gdy podążali w stronę lasu. Agharan szedł przodem, w pewniej chwili się zatrzymał, odwrócił się do Evy. Zauważył w jakim jest stanie.
- Powinniśmy się tu zatrzymać, nie wyglądasz najlepiej.
- Jestem bardziej wytrzymała niż sądzisz, wieśniaku. Idziemy dalej, jeśli tylko podołasz.
Agharan zaśmiał się i znów zaczął maszerować. Gdy pokonali następny kilometr, Słońce całkowicie skryło się za koronami drzew lasu naprzeciwko. Nie zatrzymali się jednak pomimo nastającej ciemności. Ona nie potrzebowała światła aby widzieć, a on po prostu dalej szedł jakby znał drogę doskonale na pamięć. Gdy zagłębili się w gąszczu, widać było światło w głębi lasu. W jego stronę podążyli, nie odzywając się nawet słowem do siebie.
Gdy księżyc znalazł się tuż nad nimi byli już zaledwie paredziesiąt metrów od tego punktu. Wtedy to Agharan, niszcząc całą to wspaniałą ciszę, zawrzeszczał:
- Czarnuchuuuuuuuuu!!!!
Jakiś nieartykułowany dźwięk odpowiedział mu - dochodzący ze strony światła wrzask.
Obok nich pojawił się pentagram zawarty w kole, jego linie promieniowały purpurowym światłem coraz silniej, aż jego promienie uniosły się dwa metry nad ziemię. Z nich wyłonił się dziwny, jak dla Evy, osobnik. Czarniego zabarwienia skóry, miał na sobie dziwny ubiór, kapelusz, którego daszek miał tylko z jedniej strony, spodnie z materiału, którego nigdy nie widziała na oczy, w koszuli, na szyi miał parę złotych łańcuchów z ozdobami. Przemówił do Agharana grubym głosem:
- Ileż to lat nie widziałem twej białej mordy?
- Dwa tygodnie - odpowiedział Agharan.
- Wiesz, że to co najmniej jak wieczność, białasie!
Po czym obaj się roześmiali.
- Chcę ci przedstawić Evę. Eva, to jest Shag - przedstawił ich sobie Agharan.
- Gheghe, Aghie, widzę że przynosisz ze sobą towar "pierwsza klasa, miejsce przy oknie". Tylko troszkę blada, ale mam gdzieś samoopalacz i zrobię z niej taką laskę, że wszyscy poświrują gdy ją zobaczą. - zmierzył wzrokiem Evę.
Ta, co najmniej połowy z tego nie rozumiejąc, odrzekła:
- Podobno znasz rozwiązanie na mo... - popatrzyła na Agharana - na nasze problemy.
- No ba! Rozwiązywanie problemów to moja fucha, stary Shag załatwi wam visę i całkiem dobre dokumenty osobiste, kredyt i utulnie domowe gniazdko w...
- Shag, nie tym razem. Potrzebujemy informacji.
- Informacje. Wymów tylko słowo, tajnie dokumenty służb cywilnych, wojskowych, filmy z Hilary Clinton oraz...
- nie o takie informacje nam chodzi. Eva chce poznać co zbliża się, przychodzi na ten świat, powoli przekraczając barierę.
- Aghie, przestań pieprzyć, nieważnie której mafii teraz podpadłeś. Poradzimy se, stary. Shag nie pozwoli ci zginąć, człowielu - Shag wyjął z kieszeni spodni czarnie pudełko z kawałkiem materiały wystającym na górze i wcisnął na nim guzik - dawać mi tu troszkę sprzętu. - Grunt zatrząsł się i z piasku wydobyła się dziwna konstrukcja. - Podoba ci się? Nowa wyrzutnia. Wczoraj się nią bawiłem, rozpieprzyłem komuś wioskę. Człowieku, tak się dymiło - ten smog jest lepszy niż najlepszy stuff jaki kiedykolwiek jarałem.
- Shag, to nie to o czym myślisz. Tym razem to może naprawdę oznaczać poważnie kłopoty.
- Dobra, dobra, widzę, że czas spędzony na tym zadupiu historycznym poważnie zgwałcił ci psychę, stary. Ale OK, wporzo, niech ci będzie, wbijamy się do mnie. - spojrzał ponownie na Evę - Tyś chyba zdeczka zmęczona, nie? Pozwól, że trochę cię podreperuję.
Shag wysunął prawą nogę w stronę Evy, wyciągnął owartą prawą dłoń w jej stronę i zaczął recytować formuły dziwnym językiem.
- Co to za dialekt - spytała Eva - nigdy takiego nie słyszałam.
- A wiesz, tak sobie mamroczę pod nosem, bo to wygląda bardziej profesjonalnie. Szybka wersja raz!
Eva poczuła jak coś daje jej siłę, jej bladość momentalnie zamieniła się w zarumienienie, krew zaczęła szybciej płynąć w tętnicach i żyłach, czuła się jak nowa.
- My to nazywamy odrodzeniem, złotko. Jeśli chcesz spróbować "prawdziwej Nirvany", to daj mi znać. Będzie ci lepiej niż k i e d y k o l w i e k, a mówiąc to myślę o przeszłości, jak i przyszłości. - zachęcił Shag po czym ruszył w stronę światła, które zauważyli wcześniej. Do jego chatki, lub jak on to zwał...


ROZDZIAŁ 6 :

- Willa Shaga! Witajcie w moich nieskromnych progach. - na miejscu zachwycał przepych korytarza, pokój, do którego zmierzali zawierał materac, pomieszczenie było pełnie szafek i luster, w jednym z nich Eva zobaczyła swoją spoconą twarz, włosy, również mokre, opadały jej na ramiona, jej oczy jak zwykle mieniły się szmaragdowym blaskiem - Wyciszcie się tam na sofie, gdy ja skoczę po drinki a i może coś mocniejszego
- Nie, stój tu i mów kim jesteście i to co mi obiecano usłyszeć - Eva była coraz bardziej zniecierpliwiona, dała to im do wiadomości.
- Agharan, ty jej opowiedz, jesteś w tym lepszy.
Agharan wzdychnął głośno i zaczął tłumaczyć Evie wszystko co był sobie w stanie przypomnieć:
- Ci kapłani, któzi nas więzili są.. byli łowcami do wynajęcia. Ktoś chciał aby pojmano właśnie ciebie żywą lub martwą, ja tam się zjawiłem również z twego powodu. Da się ciebie wyczuć na kilometr, i nie chodzi mi bynajmniej o twój zapach. W Shagu i mnie, w nas również tkwią demony, jeśli nie zdążyłaś się jeszcze tego domyślić. Demony, z natury stworzonie do zła, tak jak niegdyś aniołowie do dobra, mają prawo wyboru, i niektóre stały się dobre, tak jak niegdyś niektórzy aniołowie stali się źli. Ja i Shag posiadamy w sobie dobre demony. Dają nam dodatkowe zdolności, na przykład Shag może podróżować w czasie, w ograniczony sposób jednak, nie potrafi dokładnie wymierzyć w którym czasie wyląduje. Nim trafił z powrotem tu zapewnie musiał metodą prób i błędów szukać naszego czasu. Ja potrafię wzmacniać siłę fizyczną i mentalną każdej żywej istoty. Tak jak Ty, wyczuwamy, że coś wkrótce ma się wydarzyć.
- A ja? Jakiego demona ja noszę?
- Nie wiem, nie wyczuwam w tobie wielkiego zła, ale również nie czuję dobra.
Coś uderzyło w ścianę "willi". Deski chatki zaczęły się łamać pod dudniącymi uderzeniami czegoś z zewnątrz. Shag wyprostował się i podbiegł do szafki z kłótką, której pozbył się jednym machnięciem ręki. Z szafki wydobył długi sejmitar oraz coś co przypominało dwie metalowe rury złączonie drewnianą rękojeścią i pasem pełnym kulek. Shag na widok zdziwioniej tym wyposażeniem Evy, powiedział:
- To shotgun, mała. Rozpierniczy każdą kreaturę, która będzie miała dość jaj aby stanąć w szranki z wielkim Shagiem!
Miecz trzymał w prawej dłoni, zaś shotgun znalazł się w jego lewej ręce. Skierował się do drzwi, przez które wchodzili i wyważył je kopniakiem. Ujrzeli hordy nadnaturalnie wyrosłych wilków szarżujących w ich stronę. Parę już tu dobiegło i obijały się o ściany chatki. Shag wymierzył shotguniem do jedniego i strzelił. Zwierzę padło martwe. Zauważyła to reszta agresorów i rzuciła się w biegu na Shaga. Ten sejmitarem kosił kolejnych wrogów. Jeden z wilków zdołał się dostatecznie przybliżyć i ugryźć czarnoskórego w łydkę. Shag przechylił się, ale wpakował kulkę z shotguna w ciało wilka. Kolejnie, korzystając z zamieszania, wgryzły się w ramię wojownika wyrywając kawałki mięsa z ręki. Cięciem miecza padły martwe. Shag stanął twardo na ziemii, strzelił w kolejną gromadę nadbiegających agresorów. Skrzyżował shotguna i sejmitar, pochylił głowę w dół i ponownie pod nim pojawił się pentagram, a czerwonie światło jakby wydobywające się z niego leczyło jego rany.
Ziemia się zatrzęsła, drzewa w oddali zaczęły się pochylać. Nie widać było jednak kto lub co zbliża się do nich. Wilki zaprzestały ataku i się rozproszyły. Wiatr zawył, gdy zjawisko wyrywające pnie z ziemii było już tylko parę tuzinów metrów od nich. Shag pierwszy dostrzegł nowe niebezpieczeństwo. Osoba, którą dostrzegł wcale nie była ogromnych rozmiarów, a niewidzialnie pole wokół niej miażdżyło pobliskiej drzewa. Biegł do nich przechylając się do przodu. Miał na sobie płaszcz, który wyglądał - gdy biegł - jak skrzydła.
- Agharan! - zawołał Shag - Rzuć na mnie wszystko, co masz!
Agharan bez pytania wykonał parę ruchów rękoma zakreślając koło. Pod stopami Shaga pojawiła się aura składająca się z języków ognia, wokół niego bariery odbijające przez chwilę blask księżyca. Sejmitar zapłonął błękitnym płomieniem i wyglądał jakby składał się tylko z diamentów. Mięśnie zaczęły drgać od góry do doły i powiększyły się momentalnie. Shag wyrzucił shotgun'a i stojąc jak na baczność czekał, aż osoba zbliżająca się do nich znajdzie się bliżej. A jego cel już był bliżej niż Shag sądził.
Stał przed nim mężczyzna, płaszcz okalał jego ramienia. Włosy miał wzbite w górę, białe niczym śnieg. Uśmiech, który miał zarysowany na ustach przerażał. Wpatrzony był, nie w Shaga, lecz w Evę.
- Nieładnie tak gapić się na kobietę - przerwał ciszę Shag, który gotów był podjąć walkę.
Postać zaczęła mówić w obcym języku, jednak na wpół słowa przestała, jakby pomyliła się w wyborze dialektu i przemówiła w tym zrozumiałym dla nich:
- Zwijcie mnie Vidatu, przybyłem po melancholijną duszę - i palcem wskazał na Evę - Oddajcie ją po dobroci a śmierć, która po was przyjdzie nie będzie zbyt bolesna.
- A takiego wała! - Shag pokazał środkowy palec przybyszowi - Skopię ci dupsko, mroczny wykolejeńcu!
- Zatem, aby walka była równa, pozwolisz, że również dobiorę swego miecza - Vidatu wydobył swój miecz, długi miecz samurajski pokryty runami. - Zaczynaj.
Shag błyskawicznie podbiegł do Vidatu i zadał cięcie mieczem, które została zablokowanie przez przeciwnika. Płomień zatańczył na ich ostrzach. Vidatu przeszedł do kontry, uderzył rękojeścią swojego miecza w brzuch Shaga z taką siłą, że ten skulił się do tyłu. Po kolejnym machnięciu miecza na ziemii lezał już sejmitar Shaga, razem z jego prawą dłonią. Shag krzyknął z bólu, krew wytryskiwała się z przeciątych tętnic. Vidatu, niemal natychmiastowo, obrócił się tworząc pełnie koło w powietrzu swoim mieczem wokół siebie (zupełnie jak kiedyś Eva podczas walki z Rikku). Zarysowanie w przestrzeni koło przecięło Shaga wpół. Korpus obsunął się i upadł na ziemię z dławiącym się własną krwią Shagiem. Vidatu dźgnął go w serce czubkiem miecza. Pocisk poszybował w jego stronę, rzucony przez Evę. Vidatu zatrzymał go w locie wyciągając lewą dłoń.
- Takim marnym czymś nie zdołasz mnie powstrzymać - zadrwił przybysz.
W jego stronę poszybowała dziesięć więcej. Te również się zatrzymały.
- Twoja siła jest słabością twych przyjaciół - Vidatu sprawił, iż zatrzymanie przez niego pocisku ruszyły w stronę Agharana, który stał przerażony zdarzeniem. Shag, jego wierny przyjaciel od setek lat, został zmasakrowany na jego oczach. Pociski zatopiły się w Agharana i odrzuciły go do tyłu. Uderzył o ścianę chatki, słyszalnie chrupnięcie dowodziło, iż złamała mu się większość kości. Padł bezwładnie na ziemię.
Vidatu skierował się teraz w stronę Evy, kroczył powoli, rozkoszując się jej strachem.
- Stój! - obcy głos dobiegł znikąd.
- Nie możesz interweniować i wiesz o tym! - Vidatu wiedział, czyj to był głos.
- Mylisz się - między Evą a Vidatu zmaterializował się anioł Tyrael. Jego skrzydła nie były już białe jak kiedyś. Stały się czarnie niczym smoła. - Teraz już nie obowiązują mnie tamte prawa. - Wokół nich pojawili się też inni aniołowie, ci również posiadali czarnie skrzydła. - Wielką cenę zapłaciłem za możliwość chronienia jej. Plan (Tyrael wymówił słowo, które Eva nie zrozumiała) nie dojdzie do skutku. Nie połączysz się z nią!
Wszyscy aniołowie ruszyli na Vidatu.
- Uciekaj! - krzyknął Tyrael do Evy.


ROZDZIAŁ 7 :

Jeszcze gdy były już na skraju lasu, słyszała za plecami odgłosy walki aniołów z Vidatu. Brzęk uderzających o siebie mieczy i krzyk zranionych. W pewnym momencie ziemia się zatrzęsła i Eva upadła na kolana rozdzierając skórę na nodze. Huk wybuchu chwilowo pozbawił ją słuchu. Gdy zmysł powrócił do niej było już cicho. Żadnych odgłosów. Walka się skończyła. Szybko wstała i jeszcze szybciej zaczęła biec. Zobaczyła coś przed sobą. Nagle zatrzymała się i stanęła jak wryta bowiem przed nią stał sprawca wydarzeń.
Vidatu stał przed nią uśmiechnięty. Jego włosy wyglądały jak unoszonie przez wiatr białe wstęgi.
- Ucieczka jest bezsensowna - oświadczył krótko Vidatu.
Miał w ręce swój miecz. Drugą - lewą - wyprostował i cisnął czarnym pociskiem w Evę. Pocisk trafił w cel, przewracając ofiarę. Wkrótce kolejnie poszybowały w stronę czarnowłosej. Całe serie zostały skierowanie w jej stronę uderzając w brzuch, nogi, ręce, twarz, aż bliska była skonania.
Obraz w jej oczach stawał się rozmazany. Wszystko działo się zbyt szybko. Vidatu zaśmiał się i wytworzył kolejnie pociski. Pierwszy ruszył w stronę głowy Evy. I trafiłby gdyby nie fakt, iż został strącony mieczem. Kryształowym mieczem, w którym zdawała się przepływać krew. Mieczem Tyraela. Anioł pojawił się ponownie, lecz teraz zdawał się wyczerpany, jedno ze skrzydeł było przechylonie w nienaturalny sposób, jakby zostało złamanie. Stał przed Evą odbijając bronią nadlatujące serie Vidatu, jednocześnie powoli zbliżając się do napastnika.
Vidatu zaprzestał ataku z dystansu i podbiegł do Tyraela. Ostrza ich mieczy ponownie się spotkały.
Evo, zostawiłem coś dla ciebie, leży tam gdzie się pojawiłem - głos usłyszany wyłącznie przez czarnowłosą poinformował ją o znajdujących się blisko szponach. Nigdy wcześniej nie widziała takich ostrzy. Przypominały jej szpony, ale były znacznie silniejsze. Leżały w zasięgu ręki, wzięła je i powoli, dalej leżąc, nałożyła na ręce. Dostrzegła w nich obecność run. Po założeniu pojawiła się pod nią aura, czerwona jak krew z czystego serca oraz falująca jak linia morza podczas sztormu. Napawała ją siłą i zawziętością.
Vidatu przebił zbroję Tyraela, przeszywając jego bok mieczem. Anioł upadł i wzniósł skrzydła do góry. Jego ciało zniknęło, a pióra skrzydeł rozproszyły się ponoszonie przez wiatr.
Eva w szale ruszyła na wroga. Vidatu z trudem sparował mieczem jej pierwszy cios. A za pierwszym ruszyła setka kolejnych z zabójczą prędkością. Vidatu uniknął ich wszystkich albo uchylając się przed nimi, albo parując uderzenia mieczem. Aż Eva wykonała kończące uderzenie. Wróg nie zdążył się odchylić. Ostrze utknęło mu w ramieniu. Eva nie usłyszała jednak żadniego krzyku zranioniego, Vidatu stał z pazurami wbitymi w ciało i nie zamierzał krzyknąć z bólu. Chociaż go czuł.
Zaskoczenie dało mu przewagę, chwycił za rękę Evy i ścisnął ją gruchotając kości przedramienia. Klingą miecza uderzył ją w twarz i Eva znów runęła na ziemię. Aura przestała działać. Czarnowłosa leżała zaciskając zęby z bólu. Vidatu wbił miecz w jej drugą rękę. Tak mocno, że połowa ostrza utknęła w gruncie. Krew, która ledwo wypływała z rany zatkaniej ostrzem "nie ożyła", jak zwykła to robić, lecz powoli spływała.
- Brak ci sił, Evo? - złośliwie rzucił Vidatu i usiadł obok niej. - Chyba nie zdajesz sobie sprawy z powodu jakiego tu przybyłem. Ale sądzę, że wkrótce sama to odkryjesz.
Eva odchyliła głowę w bok, była wycieńczona.
Poczuła, że coś w nią wchodzi. Poczuła palący ból wewnątrz siebie. Zaczęła szybciej oddychać. Ból się nasilał, coś rozrywało ją, było coraz dalej. Głębiej.


ROZDZIAŁ 8 :

Obudziła się rano. Może to był następny dzień, a może minęło już ich kilka. Rana na ręce była na wpół otwarta, a złamana kość drugiej ręki zdawała się już zaczynać zrastać. Pomimo wyczerpania, nadnaturalna regenracja dalej działała. Wstała, jej ubranie było w strzępach. Po napastniku nie było śladu. Zachwiała się, upadła na klęczki i zwymiotowała.
Usłyszała tupot kopyt. Spojrzała na południe gdzie zauważyła kogoś jadącego na rumaku, właściwie na zwykłym biednym koniu, w sumie to to był muł. Osoba wyglądała na starszą kobietę. Ciągle przyglądała się Evie, aż gdy dzieliło je zaledwie parę metrów powiedziała oschłym głosem:
- To ty zapewnie jesteś Eva.
Czarnowłosa zaskoczona, iż kobieta zna jej, noszonie zaledwie przez kilka dni, nowe imię spytała:
- Ktoś ty?
- Zwą mnie pradawnym imiem, budzi ono grozę w sercach niewiernych mych nauk i stanowi znak potęgi mojej wiedzy. Jestem Mroczna Krystyna!
Gdzieś w oddali słychać było jak piorun uderza z impetem w ziemię.
Mroczna Krystyna ciągnęła dalej:
- Wymawiaj je tylko wtedy, gdy naprawdę musisz, bo jest zaklęte złą mocą. A teraz wsiadaj na mojego muła i wyruszamy na południe. No dalej, dalej! nie mamy ani chwili do stracenia! - ponaglała Evę Mroczna Krystyna.
Czarnowłosa zgrubsza nie miała wyboru, ich poprzedni "przewodnicy" zginęli, a zagadka pozostała bez rozwiązania. Wstała na nogi i usiadła na muła, za kobietą.
- Wiem o czym myślisz - powiedziała Mroczna Krystyna. - Zastanawiasz się, jaki będzie skutek tamtej nocy. Gdy dotrzemy na miejsce, opowiem ci parę rzeczy i może nauczę paru sztuczek. Wiooo, Mefisto - krzyknęła do muła.
- Mefisto? - Eva zdziwiła się. - Przecież Mefisto był...
- Jednym z Mroczniej Trójcy, tak - nie pozwoliła jej dokończyć Krystyna. - Ten muł to JEST Mefisto. Spójrz - wskazała ręką na puste miejsce po jakimś kamieniu znajdujące się na czole zwierzęcia. - Biedak był ciągle dręczony, to jakaś czarodziejka zasypująca go zamieciami i meteorami, to jakaś grupka osób, która wykonuje quest. Skończył jako muł - na słowa te Mefisto zaryczał jak muł, którym się stał.
- Skąd o mnie wiesz? - nagle zmieniła temat czarnowłosa.
- Jestem szamanką, potrafię widzieć rzeczy niedostrzegalnie dla innych. Uprzedzając twoje następnie pytanie, pomagam ci, bo chcę aby równowaga świata była utrzymana. I ty właśnie posłużysz jako element do utrzymania tej równowagi.
Podążały na Mefiście na południe. Coraz częstszym widokiem były uschnięte drzewa oraz złamanie pnie.
W końcu dotarły na bagniste tereny, większość roślinności nie przejawiała, że jeszcze żyje. Odór pleśni i zgnilizny przesycał wilgotnie powietrze. Zsiadły ze zmęczoniego podróżą Mefista i Mroczna Krystyna poprowadziła Evę do dziwniej chatki, która przypominała zrośniętę ze sobą drzewa. W ich "paszcze" znajdował się mały kociołek na ogniu, z którego nieustannie wylatywały opary. Ściany chatki wypełnionie były torbami, płynami w fikuśnych butelkach, wszystkie zaczepionie na krótkiej linie, która przymocowana była do drewnianiej powierzchni ściany.
Mroczna Krystna w jednym z worków miała przygotowany opatruniek, który nałożyła na zranioną rękę Evy. Dała jej też do ubrania nowe szaty, bardzo podobnie do tych, które dotąd nosiła czarnowłosa.
Staruszka sięgnęła ponownie do jedniego z worów i wyciągnieła z niego trochę owsa, który zanużyła zaraz w cieczy znajdującej się w kociołku i rzuciła mułowi do zjedzenia. Ten szybko chwycił pożywienie i zaczął je żuć.
- Odkąd jest mułem czerpie radość tylko z jedzenia - stwierdziła Mroczna Krystyna.
- Po co tu jesteśmy? - spytała Eva.
- To część twojego przeznaczenia, Evo - odparła stara kobieta. Sięgnąła do jedniego z worków i wyciągnęła księgę w czarniej okładce. Wyrecytowała z niej kawałek - "Ta, która to rozpoczęła za dawna, ta i skończy to, jeśli zechce. A siły wszelakie próbować ją będą przeinaczyć na swoje upodobanie. Podwójnie brzemię nosić będzie i wybierać pomiędzy dobrem a złem. A decyzji jej najwięksi mędrcy przewidzieć nie będą mogli".
- I chcesz powiedzieć, iż "ta, która to rozpoczęła za dawna" to ja? - z ironią spytała Eva.
- niewątpliwie. Ty jednak nie czujesz tego wszystkiego, co powinnaś czuć. Jakiś inny szaman musiał cię pozbawić części mocy.
- Ten rytuał w obozie kapłanów!
- nie martw się - uspokoiła Mroczna Krystyna. - Łamanie takich amatorskich pieczęci kapłańskich to dla mnie pestka.
Krystyna sięgnęła do kolejniego z worków, potem do następniego i część ich zawartości wrzuciła do kociołka. Opary momentalnie zamieniły swój szary kolor na błękit. Napełniła chochlę miksturą z kociołka i dała Evie do napicia.
Czarnowłosa, choć troszkę niepewnie, opróżniła zawartość chochli. Poczuła palenie w gardle. Sekundę później nagle poczuła ogromny ból głowy. Nie z powodu cieczy, którą wypiła jednak, lecz z powodu dotąd uśponioniego den.


ROZDZIAŁ 9 :

Den natychmiast zaczęło ją powiadamiać o wszystkim, ciągłym niebezpieczeństwie, jakby za rogiem czaiły się setki wrogów. Z pewną trudnością opanowała "krzyk" swojego odzyskaniego zmysłu. Nie tylko den stało się znów aktywnie. Poczuła, że nabiera sił, które opuściły ją wcześniej. Teraz również myślała jaśniej. I zdała sobie prawę, chociaż w glębi swego ludzkiego serca nie chciała, iż została zgwałcona przez tamtego napastnika.
Złość przepełniła jej umysł, a potem resztę ciała, napinając jej mięśnie do granic możliwości. Jakąż nienawiść teraz odczuwała, chęć zemsty. Krwawej kary dla oprawcy.
- Błagam cię, uspokój się - Mroczna Krystyna próbowała opanować emocje Evy.
Czarnowłosa były głucha na jej prośbę. Wrzasnęła pałając gniewem. Mefisto uciekł w popłochu ze strachu, a parę worków pospadało na ziemię. Włosy Evy powoli unosiły się do góry, jej złość ciągle rosła.
Krystyna miała zamiar dalej próbować uspokoić Evę, jednak wniet zauważyła, że coś się do nich zbliża.
- Evo! - głos brzmiał na znajomy dla Evy. Przestała wrzeszczeć po usłyszeniu go i odwróciła się.
Stał przed nią strzępek człowieka. Parę jego kości wyglądało na złamanie po wybrzuszeniach na skórze. Kość piszczelowa prawej nogi była otwarcie złamana, krew jeszcze wypływała z rany. Eva była przerażona widokiem. Ponownie odnalazł ją Agharan. Dysząc głośno zdołał przemówić jeszcze parę słów:
- Przepraszam... Nie byłem w stanie... - spojrzał na Mroczną Krystynę - nie ufaj... jej... Nie możesz...
Po czym padł na błocistą powierzchnię, z ust wypłynął mu strumień krwi i skonał.
Eva spojrzała na Krystynę:
- Jesteś szamanką. Wskrześ go! - rozkazała, chociaż sama wątpiła w tak proste rozwiązanie.
Krystyna nie odpowiedziała jej. Wpatrzona była w Evę, a raczej w jej włosy. Jeden z jej kosmyków stał się biały niczym krystalicznie czysty śnieg.

//\ część 2 >>>

Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.