diablo 3

Opowiadanie Diablo, ostateczne starcie...

Ostatnia modyfikacja: 21.10.2007. Utworzono: 21.10.2007

... a może niekoniecznie.


    Północny wiatr rozwiał poły płaszcza zamaskowanej postaci siedzącej na gniadym koniu. Był już prawie na miejscu, czuł to, a poza tym w oddali majaczył znajomy kształt gór. Czuł się dziwnie, choć nigdy wcześniej nie widział ich na własne oczy, miał wrażenie, że wie o nich wszystko, że zna każdą ścieżkę, która może mu sprawić problem, każdy zakamarek, gdzie może czyhać na niego niebezpieczeństwo. Obejrzał się za siebie i zamachał na towarzyszących mu dwóch jeźdźców. Ruszyli powoli w dalszą, męczącą drogę, gdyż chcieli osiągnąć cel swej podróży jeszcze przed świtem następnego dnia.
Księżyc wisiał już wysoko na niebie, kiedy trzej mężczyźni stanęli nad zboczem urwiska, rozglądając się za łagodniejszym zejściem. Konie niespokojnie rozglądały się dokoła, czując nieprzyjazną aurę, dlatego też jeden z mężczyzn nakreślił w powietrzu kilka znaków, uspokajając w ten sposób wierzchowce.
    W czasie całej drogi każdy z nich często się zastanawiał dlaczego właściwie wyruszyli w tę dziwną podróż. Skąd właściwie wziął się ten pomysł. Chyba wpadł na niego ten zamaskowany? To pewnie jest powód tego, iż teraz im przewodzi. Poza tym jest w jego postawie coś tajemniczego i władczego, coś takiego, że inni nie potrafili mu się przeciwstawić i postawić na swoim. Długo rozmawiali o tej wyprawie. Tylko gdzie to u licha było... Czyżby w tej karczmie pod Złotym Cielcem? Tak, chyba to było wtedy, kiedy spotkali się przypadkiem wszyscy trzej w Karczmie. Spotkali się przypadkiem...
    Zgięty, barczysty mężczyzna jadący na samym końcu uniósł głowę i przyjrzał się pierwszemu jeźdźcowi. Długo nie mógł się zdecydować, czy za nim podążyć, ale w końcu uległ. Jak na razie opłacało mu się, gdyż w czasie całej swojej podróży nie udało mu się zgromadzić tylu kosztowności, co teraz. Tylko co będzie musiał za to dać, jaka będzie cena całej tej wyprawy? Później dołączył do nich jeszcze ten trzeci, dziwny jegomość. Nie przepadał za nim, zdawało mu się, że jest jakiś inny, ciągle podejrzliwy. I ta jego aura. Już wolał osobiście tę mroczną aurę ich „przywódcy”, tam przynajmniej wiedział, co się święci i dlaczego tak jest. A co do tego... Wojownik wiedział, że w zasadzie nie grozi mu z jego strony niebezpieczeństwo, osoby takie jak on, nie mają zwyczaju wbijać komuś noża w plecy, jednak coś go w nim niepokoiło.
    Środkowy jeździec czuł na swoich plecach czyjś wzrok. Otulił się szczelniej swoim płaszczem. „Znowu to samo” pomyślał. „Dalej nie chce mi zaufać. Od samego początku naszej podróży nie może się do mnie przekonać”.
Kiedy spotkał tych dwóch nie miał problemu z podjęciem decyzji o wyjeździe. Zwłaszcza w momencie, gdy dowiedział się jaki właściwie jest cel ich podróży. Od bardzo dawna planować wyprawę w te góry, potrzebował tylko do tego dobrych kompanów i niewątpliwie pomocników. Oni znaleźli się akurat w najbardziej pasującym momencie.
Zdjął z głowy kaptur i przygładził ciemne włosy. Mimo wszystko polubił ich, w momencie kiedy ma się z kimś tyle przygód, co on z nimi, ciężko jest nie poczuć nitki sympatii. Dlaczego więc tamten ciągle jest taki nieufny?
    Jechał nie odzywając się w ogóle. Przed sobą widział jedynie długą krętą drogę, jednak za sobą czuł bliskość towarzyszy. Czy ich lubił? Ciężko powiedzieć. Osoby takie jak on, raczej starają się polegać na sobie, a nie na innych, zwłaszcza takich, których poznał w Karczmie. Więc czemu im zaproponował wspólną podróż? Już dawno ich obserwował, widział ich w akcji, znał ich mocne i słabe strony i doskonale zdawał sobie sprawę, że będą się wyśmienicie uzupełniać. Poza tym czas go gonił. Jeśli chciał osiągnąć swój od dawna zaplanowany cel, musiał to zrobić jak najszybciej, dość czasu już stracił.
Tamtego wieczora wiedział, że albo wtedy, albo nigdy. Przekupił karczmarza, który przygotował mu grunt – podawał wyśmienity trunek w niesamowitych ilościach. Aż dziw bierze, że tak łatwo mu poszło. A teraz proszę, podróżują już ze sobą od wielu dni, przeżyli chwile grozy i śmiechu i są coraz bliżej celu. Już tylko kilka godzin oddziela ich od tego miejsca, miejsca wyśnionego za młodu.     Po kolejnych godzinach żmudnej jazdy spocone zwierzęta odmówiły posłuszeństwa.
- Czas więc zatrzymać się na odpoczynek – rzekł mężczyzna, który pełnił rolę przywódcy całej tej wyprawy.
- Spoko Pestis. Czas najwyższy coś zjeść i legnąć wśród traw. - Tak, tak – zgodził się trzeci z podróżujących, wysoki mężczyzna z dziwnym berłem.
    Świt w Tajemnym Sanktuarium. Diablo jak co dzień ruszył wzdłuż ciemnych korytarzy aż dotarł do posterunku Demonologa.
- Mam dość – rzekł posępnym głosem, podbijając kartę pracy. – Codziennie robię to samo, ta sama harówka za niewielkie pieniądze... Co za totalna nuda. Domyślam się, że dziś również zjawią się tu jacyś głupcy.
Potwór podrapał się po głowie, zajrzał w swoje notatki, po czym podszedł do ściany z automatem do kawy, wrzucił 3 złote monety i wyciągnął kubek aromatycznego napoju.
- Bez przesady – z tyłu dobiegł go znajomy głos Mefista. – Ty przynajmniej siedzisz w fajnym miejscu, nie to, co ja albo Baal. Po wymienieniu kilku przyjacielskich uścisków, skierowali się w stronę portalu, którym mieli teleportować się na swoje posterunki.
- Mój bracie, ty sobie nawet nie zdajesz sprawy, jakie tam pracują denerwujące potwory. I ciągle wieje, ja nie wiem, skąd się bierze ten wiatr, ale boję się już o moje i tak nadwątlone zdrowie. Mówię ci, jak nic dorobię się jakiegoś paskudnego choróbska i przyjdzie mi iść na L4 – to mówiąc Diablo podszedł do portalu, włączył kilka przycisków i zniknął w poświacie, która się pojawiła.
- Jak zawsze marudzi – Mefisto rzekł bardziej do siebie, niż do Demonologa i sam oddalił się w swoją drogę.
    Trzej mężczyźni zbudzili się wczesnym rankiem. Było chłodno i wilgotno. Ich koce całkowicie przemokły od rosy, oni jednak nie zrażeni tym faktem spakowali je i zarzucili toboły na konie. Po szybkim zwiedzeniu pobliskich drzew ruszyli na ostatni odcinek swej podróży.
Droga mijała im szybko i po niedługim czasie dotarli do olbrzymich, mosiężnych wrót.
- Dobra, teraz moja kolej – barczysty mężczyzna o wyglądzie tępego mięśniaka zatarł ręce z zadowolenia, wydał z siebie dziwny odgłos i zsiadł z konia. Lekko kulejąc z powodu niezagojonej jeszcze rany wyniesionej z ostatniego pojedynku, podszedł do wrót i stanął jak wryty. Podrapał się chwilę po głowie.
- Ej, Pestis – krzyknął do wciąż czekających kompanów – którą to właściwie mamy godzinę?
Zamaskowany mężczyzna pogrzebał w odmętach swojego ciemnego płaszcza, obszytego różnego rodzaju runami i wyjął klepsydrę.
- 7.30 – rzekł po chwili zastanowienia.
- O choróbcia – zaklął napakowany jegomość. – No to w takim razie mamy mały problemik – mięśniak odwrócił się tyłem do drzwi i wrócił do towarzyszy.
- Co ty gadasz, Merkel? – trzeci, najbardziej milczący z całej drużyny mężczyzna zsiadł z konia i przetarł swoje berło. Ruszył w kierunku wrót, ale zatrzymał go silny uchwyt Merkela.
- Bo oni otwierają dopiero o 8.00, więc mamy pół godziny na wypicie kawy – to mówiąc wyciągnął termos ze wspomnianym już napojem i nalał towarzyszom do kielichów. W tym samym czasie Pestis pogrzebał trochę w swojej wielkiej torbie i wyciągnął nieduże zawiniątko. Rozpakował i położył na ziemi pomiędzy nimi.
- Ciasteczko, Panowie? – spytał niewinnym tonem.
    Punktualnie o 8.00 mosiężne wrota otwarły się z głośnym hukiem i wyszedł przez nie archanioł Hadriel. Pod pachą dźwigał mnóstwo ksiąg. Rozejrzał się z zaciekawieniem.
- O...widzę, że mamy pierwszych klientów – rzekł z uśmiechem widząc trzech bohaterów czekających pod drzwiami. – Są Panowie niezwykle wcześnie, jak widzę. Zapraszam, zapraszam. Tu trzeba się podpisać przed wejście... - zastanowił się chwilę. – Wiedzą Panowie, na wypadek ewentualnej śmierci, abyśmy wiedzieli kogo właściwie nie ma już wśród żywych. Może trzeba będzie kogoś zawiadomić.
To mówiąc rozłożył przed sobą na kamienny stole przyniesioną wielką, okutą w żelazo księgę i wskazał palcem miejsce.
- Imię i zawód, jeśli można prosić.
Trzej mężczyźni trochę niechętnie podeszli po kolei do archanioła i po umoczeniu w dziwnej, czerwonej cieczy pióra, naskrobali starannie w księdze wymagane informacje.
- No, no, no... - Hadriel przyjrzał się uważnie wpisom i aż gwizdnął z zachwytu. – Dawno nie mieliśmy tu tak znakomitych osób. Van Pestis – nekromanta, Merkel – Barbarzyńca i no proszę, Lyrrus – Paladyn we własnej osobie. W takim razie zapraszam serdecznie i życzę powodzenia szacownym Panom – wskazał otwarte drzwi i lekko się schylił.
    Ruszyli labiryntem otoczonym ze wszystkich stron gorącą lawą i po niedługim czasie dotarli do celu swej jakże długiej podróży. Czekały ich do sforsowania jeszcze tylko ostatnie schody.
- Przyszykujcie się Panowie – szept nekromanty wyciągającego swoją różdżkę zabrzmiał w pustych korytarzach jak huk wystrzału z armaty.
    Ostrożnie ruszyli naprzód, aż dotarli do centrum sali. Rozejrzeli się uważnie i ujrzeli go. Diablo siedział spokojnie przy biurku, pił kawę i uzupełniał zaległą dokumentację. Gdy ujrzał przybyłych wyprostował się lekko, wskazał im trzy krzesła przed sobą i rzekł.
- Zapraszam, zanim jednak zaczniemy trzeba wypełnić kilka niezbędnych papierków – podał im dość pokaźnych rozmiarów plik kartek.
- Ta biurokracja zabija całą zabawę – dodał znużonym głosem. – Na koniec rozdam Panom jeszcze do wypełnienia krótką ankietę ewaluacyjną, oceniającą warunki walki i moją pracę. Mam nadzieję, że będą Panowie w stanie ją wypełnić, gdyż od tego zależy moja ewentualna premia i urlop.
Ze zrezygnowaną miną czekał aż mężczyźni przebrną przez wszystkie dokumenty. Po ukończeniu wypełniania i sprawdzeniu wszystkiego, król piekieł złożył wszystko w staranną kupkę, wstał i rzekł:
- No to zaczynajmy.
    Klasnął w dłonie i jak na zawołanie zgasły wszystkie światła, a zapłonęły pochodnie. Ze sklepienia opuszczono mikrofon i stukając kośćmi o kamienną posadzkę podszedł do niego kościotrup. Chwycił w dłoń mikrofon i huknął na całe gardło:
- Lejdiiiiiiiis end Dżentelmeeeeens. Przed Państwem walka roku. W lewym narożniku obrońca dotychczasowego tytułu, Misteeeeeeer Diaaaaaablooooo.
Na ten sygnał Diablo wstał, wydał z siebie przeraźliwy ryk, zdjął swój złoty pas i uniósł go wysoko nad głowę. Wszystkie kościotrupy i gargulce, które licznie przybyły oglądać walkę, wybuchnęły gromkim krzykiem. Cała sala ożyła.
Sędzia kościotrup uniósł swoje kościste dłonie, dając znak, że przyszedł czas na ciszę.
- W prawym narożniku zaś gościmy dziś trzech śmiałków, niewątpliwej urody, aczkolwiek niekoniecznie utalentowanych. Panowie – Vaaaan Peeeeestis, Meeeeerkel i Lyyyyyrrus.
Odgłos gwizdów i tupotów wszelkiego rodzaju stóp poniósł się po sali. Kościotrup po raz kolejny wzniósł swą dłoń i wypowiedział słowa, na które wszyscy czekali z niecierpliwością:
- Walkę czas zacząć!
    Na ten znak nekromanta skoczył do tyłu zostawiając miejsce swoim kompanom walczącym przy użyciu siły mięśni, złożył ręce i zaczął kreślić w powietrzu różne symbole i znaki. Na kilka chwil Diablo został uwięziony w kościanym więzieniu, co dało nekromancie czas na posłanie w kierunku potwora włóczni z kości. Przeszła jednak obok, prawie nie dotykając Władcy Piekieł, atakującego akurat paladyna. Tymczasem barbarzyńca, po serii udanych uników i uskoków, zamachnął się swym olbrzymim toporem trafiając w ogon bestii. Czując ból Diablo odwrócił się w stronę Merkela, dając tym samym czas paladynowi, który odpalił swój popisowy numer – błogosławiony młot, którym udało mu się lekko ogłuszyć potwora. Rozwścieczony Diablo naparł ze zdwojoną siłą traktując swoich przeciwników wiązką błyskawic i serią ognistego oddechu. Cała sala zaczęła wiwatować, ciesząc się chwilową przewagą swojego przywódcy. Nekromanta, któremu jako pierwszemu udało się podnieść z posadzki, wyjął sztylet, wypowiedział kilka magicznych słów i tuż koło niego pojawił się nagle żelazny golem, gotowy do walki u jego boku. Barbarzyńca podniósłszy swój topór dobył jeszcze miecza i szarżując z dwiema broniami na raz, rzucił się na Diablo.
    Walka trwała już dobrych kilka godzin nie wskazując jednoznacznie na zwycięstwo żadnej ze stron, kiedy nagle rozległ się dzwonek. Z bocznego korytarza wyszedł kościotrup i podszedł do walczących.
- Panowie wybaczą, że pozwolę sobie przeszkodzić – rzekł ściszonym głosem – ale jest już 13.00 i najwyższa pora na obiad.
Po tych słowach podszedł do Diablo, podał mu menu i cierpliwie czekał na dalsze rozkazy. Pan Piekieł wskazał pozycję i ruszył w kierunku stołu. Uprzątnął papiery i rozsiadł się wygodnie. Po niedługim czasie przyszło więcej kościotrupów niosąc zamawiane przez ich przywódcę potrawy i wina.
- Może Panowie się przyłączą? – potwór zwrócił się do trzech mężczyzn w dalszym ciągu stojących na środku sali. – Co jak co, ale kucharzy mamy tu znakomitych.
    Nie zwlekając zbyt długo nekromanta, paladyn i barbarzyńca zbliżyli się i zasiedli do suto zastawionego stołu. Zaczęli posiłek.
Po deserze Diablo wstał, rozciągnął wszystkie mięśnie i kości, zrobił kilka przysiadów i skłonów, i ruszył na środek sali. - Dobra, czas kończyć tę zabawę, bo chcę już wracać do domu. Szykujemy dziś z braćmi małą imprezę.
    Walka rozgorzała na nowo, jednakże Diablo, który najadł się do syta i odzyskał wszelkie utracone siły, miał teraz niesamowitą przewagę. Serią błyskawic uderzył w napierającego na niego barbarzyńcę, pozbawiając wojownika zapału i ręki.
Nekromanta, który w tym czasie próbował pomóc koledze nie zauważył, że z tyłu czai się na niego już nowa pułapka potwora. Ze wszystkich stron otoczyła go nagle ściana z ognia. Tymczasem paladyn bezskutecznie próbował poradzić sobie z więzieniem z kości.
- Dosyć – nekromanta widząc zbliżający się koniec wyciągnął z płaszcza białą flagę. – Dziś nie damy ci rady, niestety. Jeśli jednak pozwolisz, zjawimy się tu za jakiś czas i pokażemy na co nas naprawdę stać.
Spojrzał wyczekująco na Diablo, który korzystając z chwili przerwy dłubał sobie w zębach ręką barbarzyńcy. Wyjął klepsydrę sprawdzając czas.
- W porządku – rzekł po chwili. – I tak czas nas już goni. Panowie pozwolą jeszcze na chwilkę, aby wypełnić wspominane wcześniej ankiety i możemy się pożegnać.
Drzwi zamknęły się za trzema bohaterami z łoskotem. Z oddali dobiegł ich jeszcze szyderczy śmiech Hadriela.
- To był ciekawy dzień – rzekł nekromanta z wahaniem. - Tak, dość ciekawy – paladyn wsiadał już na swojego konia, przygotowując się do drogi powrotnej.
- Dla kogo ciekawy, dla tego ciekawy – to rzekłszy barbarzyńca runął na ziemię mdlejąc z powodu znacznego upływu krwi.
    Wsadzili nieprzytomnego barbarzyńcę na jego konia i ruszyli w drogę powrotną do Kurast. „Czyli tak to wygląda” pomyślał nekromanta odwracając się ostatni raz, aby popatrzeć na Sanktuarium Chaosu. „Dokładnie jak w moim śnie”. Odwrócił się w stronę drogi i pogrążył w rozmyślaniach. Uświadomił sobie bowiem, że jest jeszcze zbyt słaby, że to nie był odpowiedni czas. „Psia krew” zaklął w duchu. „Dlaczego zawsze śnią mi się takie brednie, a sen przerywa się w najważniejszym momencie”.

KONIEC


Oceń materiał: Ocena: 4.63 (60 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.