diablo 3

Opowiadanie Droga przez kości

Ostatnia modyfikacja: 08.10.2008. Utworzono: 08.10.2008

Szedł powoli. Wchodził w kałuże rozchlapując brudną wodę. Wokół niego było ciemno. Absolutnie ciemno. Z ziemi wystawały zmurszałe kości. Niebo przeszyła błyskawica, rozświetlając mroczną ścieżkę pomiędzy jałową ziemią. Ziemią spaloną, zniszczoną zapomnianą. A mimo to od czasu do czasu zauważał kruki. Czarne kruki krążyły po niebie, przelatywały koło niego. Bezustannie, nienaturalnie. Kość pękła pod siłą jego buta. Nie zatrzymał się. Szedł dalej. W ciemność. Z zamętu brudnej mgły, która spowijała wszystko co go otaczało, zaczął wyłaniać się kształt. Wielka bryła przypominająca mur. Bo to był mur. Zbudowany z masywnych cegieł, poczerniałych od brudu i odrapanych ze starości. Stanął przed wrotami. Wrota zbudowane były z kości. Przerażały, budziły w nim niepokój. Za wrotami było ciemno, ciemno do tego stopnia, że trudno było nie wrzasnąć z przerażenia. A mimo to wrota się rozwarły. Przeszedł przez nie, nie wahał się. Nie miał wyboru. Gdy wtopił się w ciemność, która znajdowała się za wrotami poczuł, że umiera. Umiera bezboleśnie.
Wtedy się obudził.
- To tylko sen – pomyślał Książę – pierwszy raz miałem taki sen.
Odrzucił aksamitną pościel i wstał z łoża. Był mokry od zimnego potu. Odsłonił kotary a zimne powietrze delikatnie uderzyło go w twarz. Stąpając po zimnej posadzce, znalazł się na balkonie. Księżyc oświetlał las, który znajdował się pod jego stopami. Było jasno, księżyc sprawiał, że noc stawała się dniem. Jutro jest pełnia, pomyślał. Ciekawe co znaczył ten sen ?
Tene mówiła, że sny mają znaczenie. Każdy sen coś objawia. Pójdę jutro do niej i zapytam ją o co chodziło w tym śnie. Teraz postaram się zasnąć. Oby to się nie powtórzyło.


- Ty też to poczułeś ? – zapytał Geblon z podnieceniem – to przecież niemożliwe !
- Nie krzycz. To jest możliwe. Objawić może się o każdej porze. Nawet w nocy.
- Ale nie musiał nas budzić… - mrukną ze złością w głosie młodzian, po czym wtulił się w za mocno wykrochmaloną poduszkę.
- D’hie nie śpij ! – wrzasnął Geblon
- Zaraz ci wbiję sztylet z żyć jak się nie zamkniesz !.
- Przestańcie się kłócić, a ty D’hie wstawaj. Rzeczywiście coś się przed chwilą stało.
- Nie przesadzaj Reh, to mogło być po prostu wyładowanie, albo przeciek ze strefy astralnej.
- Nie chce mi się wierzyć – wtrącił się Geblon – aby tak bez powodu strefa astralna zaczęła pękać. Ostatnio rozdarła się dwieście lat temu. Ojciec mi opowiadał.
- To było za silne na przeciek – stwierdził Reh.
- Mam to gdzieś, idę spać... – ziewnął D’hie
- Ja wam mówię. Niedługo będzie Tan fazaha –stwierdził Reh
- Może. Spekulować będziemy jutro. Jest środek nocy. Dobranoc
- Twoje podejście jest bardzo nieodpowiedzialne. Powinieneś się zainteresować losami...
- Zamknij się ! – zdenerwował się – czy możesz iść wreszcie spać !?
Reh uśmiechnął się dyskretnie.
- Dobranoc wam – powiedział.


Nazajutrz pierwszy wstał Reh. Założył spodnie, zrobione ze skóry wiwerny, masywny pas, założył wysokie czarne buty. Na dziurawą, czarną koszulę nałożył lekką kamizelkę ze skóry. Był blady jak ściana. Miał podkrążone oczy. Nic w tym dziwnego – podobnie jak jego towarzysze był nekromantą. Długie siwe włosy zwisały do tyłu. Na czole nosił czarną opaskę. Rękawice zdawały się być za małe, i za ciasne. W istocie bardzo na niego pasowały. Jego różdżka była bardzo cenna. Klucz Czarnorękiego, potężny artefakt, który zdawał się już na stałe przyzwyczaić do jego duszy był w jego ręku zabójczą bronią.
Różdżka emanowała cmentarną mocą. Była zrobiona z magicznego stopu a na jej końcu znajdowała się kula. Niewielka, ale mroczna. W kuli coś się ciągle mąciło, jakby mgła.
Zdawało się, że różdżka wysysała otaczające ją światło. Reh bardzo ją szanował, bo wiedział jaka moc jest w niej zawarta. Moc, którą jeszcze nie do końca odkrył.
Następnie wstał Geblon.
- Witaj – mruknął.
- Obudź D’hiego – ja idę się ubrać.
Geblon wyglądem przypominał Reha, ale jego bronią była kosa - Ponury Żniwiarz
Wszyscy troje spakowali się, i zapłacili za nocleg. Poszli w dalszą drogę. Wszyscy troje dostali zadanie zbadać magiczny artefakt, który przypadkowo znalazł jakiś wieśniak. Nie spieszyło im się z zadaniem. Południowe Khanduras było ciekawym miejscem, pełnym potworów i tajemnic. Szukając artefaktu sypiali w różnych miejscach i poznawali różnych ludzi. Od wczoraj wiedzieli, że to nie potrwa długo. Wiedzieli, że to, co się wczoraj wydarzyło nie było ani przeciekiem strefy astralnej, ani zwykłym wybuchem energii. Szli w milczeniu przez spokojną cichą łąkę.
- To tylko kwestia czasu, pomyślał. Już niedługo będziemy musieli udać się do Vaavek, miasta kościanych ziguratów. To jest nieuchronne…
- Też tak myślę – stwierdził Geblon.
- Dlaczego bezczelnie czytasz w moich myślach ? – powiedział z nie udawanym spokojem.
- Przepraszam, ale wy w ogóle nie chcecie o tym rozmawiać
- Bo nie ma o czym – szepną D’hie.
Szli tak przez kilka godzin od czasu do czasu rozmawiając o czymś nieistotnym. Ilekroć Geblon próbował naprowadzić ich na temat o wczorajszym przebłysku mocy, panowała niezręczna cisza.
Nagle coś zasyczało, oślepiający blask przez ułamek sekundy wypełnił powietrze a na środku polany pojawił się teleport. Wyszedł z niego ze spokojem nekromanta. Ubrany dostojnie i z elegancją, nie tak jak trzej kamraci. Był to na pewno jakiś kanclerz. Był nieuzbrojony, ale przez jego palce przebiegały stróżki jaśniejącej energii kości.
- Ave Rathma ! – przywitał ich przybysz
- Ave Rathma !– odpowiedzieli chórem
- Geblon veh Hazee, Reh Ithaaka i D’hie Shaslen ! Jesteście wzywani w imieniu Patriarchy Trang-Oula na radę nekromancji Tan fazaha. Macie trzy dni na przybycie na miejsce !
- Dziękujemy za informację. Będziemy na pewno.
- Musicie być, to bardzo ważne. Żegnam – powiedział chłodno po czym zniknął w niebieskim łonie teleportu.
- Cha ! Wiedziałem ! – cieszył się Geblon – Tan fazaha za trzy dni !
- Zachowujesz się jak dzieciak – mrukną z pogardą D’hie- wiecie ile mamy do Vaavek ? Co najmniej tydzień drogi. Nigdy nie zdążymy dojść na…
Nie dokończył bo zza krzaków wyłonił się Kozłoczłek. Za nim następny i jeszcze jeden. Potwory poczęły ich otaczać. Kopyta dudniły o ziemię, a w ich pełnym wrogości oczach odbijało się niebo. Większość uzbrojona w topory, inni w długie konary zakończone krzemieniem przywiązanym rzemieniem.
- Klan nocy – stwierdził Reh
- Głupie zwierzaki – mrukną D’hie z kpiną w głosie – tylko zajmują nasz cenny czas.
Wszyscy wyciągnęli broń i ruszyli na wroga. Kozłoludzie w swej biednej inteligencji nie przewidzieli ich ataku, tak więc nie pozostało im nic jak walczyć. Z impetem uderzyli na siebie Z perspektywy postronnego obserwatora Kozłoludzie mieli przewagę. Nekromanci szybcy niczym powiew wiatru uderzali w słabe punkty wroga - w tchawice i płuca. Sprawne uniki pozwalały ochraniać się przed gradobiciem ciosów. Najsprawniej walczył jak zwykle D’hie. Dwoma sztyletami, które były tak ostre, że rozpruwały powietrze, wycinał wszystkich dookoła.
- Z lewej ! – krzyknął Geblon.
D’hie błyskawicznym ruchem wykonał unik przed toporem. Ostrze wbiło się w ziemię, w miejscu, w którym przed chwilą stał. Piruet, odbicie z lewej nogi i był za plecami Kozłoczłeka. Sztylet wbił idealnie między łopatki. Potwór zawył i padł na ziemię. Reh postanowił wykorzystać jego ciało i ożywić go.
To był ułamek sekundy. Nekromanta skoncentrował się i wymamrotał pospiesznie zaklęcie. Ciało martwego potwora przez chwilę pulsowało po czym wybuchło z przerażającym dźwiękiem rozrywanych mięśni i tkanki tłuszczowej. Na miejscu, w którym przed chwilą leżał trup stał parujący, oślizgły szkielet. Bez zastanowienia rzucił się na byłych sprzymierzeńców.
Walka nie trwała długo. Nekromanci bez najmniejszych strat wyszli z opresji.
- Co z nim ? – D’hie wskazał na szkielet, który idiotycznie kręcił się wokoło Reha – jak nas z nim zobaczą, to nas powieszą za czarną magię.
- Już go odsyłam… - tylko spojrzał na niego, a szkielet rozpadł się w obrzydliwą organiczną papkę.
- Ruszajmy – powiedział Geblon.


Chłopiec od dawna był na nogach. Pobierał nauki u prywatnego nauczyciela. Tene była czarodziejką, która często bywała w okolicach Duncraig. To właśnie nieopodal tego miasta znajdowała się akademia Jehave, akademia czarodziejek. Jehave była jej mistrzynią od zawsze. Dla tego Tene była tak przywiązana do tego miejsca. I nie tylko dlatego. Był tu ktoś, kto znaczył dla niej bardzo wiele. I nie chodziło tu o młodego Księcia, który uczył się u niej starszej mowy .
- Siea’o Ha yea’p vala Tenne – przywitał się Książę.
- Witaj Vanus – odpowiedziała czarodziejka.
Jak wszystkie czarodziejki była bardzo piękna. Rozpuszczone kasztanowe włosy opadały na jej ramiona. Obręcz, którą nosiła na głowie otrzymała po wojnie, od elfów. Była to Saelo’ten, czyli dowód wdzięczności. Jak wszystkie czarodziejki ubierała się w stroje, które pozwalały na pokazanie swoich wdzięków . Suknia zrobiona z drogich materiałów, z głębokim dekoltem pasowała do niej świetnie.
Vanus był pojętnym uczniem. Zawsze z ochotą zabierał się do pracy i codziennie przez trzy godziny ćwiczył starszą mowę. Szmaragdowe oczy Tenne śledziły nieustannie jego poczynania. Tenne była surowa i nie szczędziła mu zadań. Tak więc Vanus pisał, czytał, tłumaczył, mówił i recytował w starej mowie elfów. Jego ojciec, król, dbał o jego edukację od najmłodszych lat. Vanus był sierotą. Matka zmarła po urodzeniu syna. Od tamtej pory młody Książę był oczkiem w głowie starego już ojca. Pod koniec lekcji Vanus postanowił nawiązać do swojego snu.
- Pani Tenne.
- Słucham .
- Mówiła mi Pani kiedyś, że potrafi pani odszyfrować sny.
- Mój drogi nie przesadzaj. Nie wszystkie.
- Mogę opowiedzieć Pani mój ?.
- Oczywiście, ale nie gwarantuję, że go zrozumiem.
Vanus opowiedział jej. O mrocznej drodze. O bramie. O strachu. A ona słuchała. Słuchała. Zastanawiała się co mu powiedzieć.
- To wszystko – zakończył chłopak.
- Ile ty masz lat ? – zapytała z zaniepokojeniem.
- Trzynaście – odpowiedział swobodnie.
Tego się obawiała. Obawiała się tej odpowiedzi. Wiedziała, co mógł oznaczać jego sen. Ale nie była pewna.
- Zastanowię się nad tym i odpowiem ci za parę dni. Muszę to zbadać i przemyśleć. To co powiedziałeś było bardzo niepokojące. A teraz idź już. Siea’o Ha ube’j
- Siea’o Ha ube’j vala Tenne.


Dwa elfy stały na skraju zbocza. Ubrane w stroje magów, z niepokojem przyglądały się z daleka kłótni D’hiego z Geblonem. Trzej nekromanci szli wąwozem narzekając na oślepiający blask zachodzącego słońca. Drzewa szumiąc przypominały o swojej obeconośći.
- Nekromanci się zbierają Isea – powiedział Qwi’eek
- Wiem.
- Czy sądzisz, że to ma coś wspólnego z…
- Na pewno ma.
Myszołów zerwał się aby pochwycić ofiarę. Liście drzewa drgały jeszcze od nagłej interwencji startującego ptaka. Zerwał się lekki wiatr. Nastała niezręczna cisza przerwana przez Qwi’eeka.
- Co robimy ?
- Musimy powiadomić naszych.
- A co potem ?
- Czekamy.
- Jak zwykle... czekamy…
- Nie bądź taki zuchwały...
- Nie jestem zuchwały, tylko przezorny. Jeśli nie zadziałamy może być za późno. Wyznawcy Rathy są niezwykle zawzięci, a ja nie chcę stracić tak potężnego źródła. Isea, musimy działać. Musimy pierwsi odkryć kto jest źródłem. M u s i m y –wycedził.
- Ja bym się nie bała. Będziemy pierwsi. Zobaczysz. A teraz chodź. Musimy ruszać.
Elfy czmychnęły bezszelestnie, nie pozostawiając nekromantom choćby cienia podejrzeń, że ktoś rozszyfrował cel ich podróży.


Dwa dni później trzej nekromanci dotarli do Vaavek. Miasto wyglądało jak ruina. Jak opuszczony, spalony wrak niegdyś pięknego miasta. Upiorne zigurraty wznosiły się pomiędzy resztkami świątyń. Miasto, pozornie archaiczne było świetnie zorganizowane. Vaavek było trzecim, co do wielkości, miastem nekromantów. Co kilka lat tysiące nekromantów z całego królestwa zbierali się tutaj aby obradować. Na zebranie musiał przybyć każdy nekromanta, który ukończył szkolenie i dostał tytuł nekromanty. Tan fazaha było bardzo ważnym dla każdego wierzącego okresem. Obrady mogły trwać nawet kilka dni i nocy. Nekromanci rozmawiali o przyszłości, o tym kto będzie dowodził w danym miejscu i o rzeczach naprawdę ważnych tak jak dziś. Kto będzie uczył źródło ? Kto weźmie go pod swoje skrzydła ? Jaki mistrz zdobędzie się na bohaterski czyn ? Najwyższa rada wyznawców zwana Tazaranha miała o tym przesądzić. Członkowie Tazaranhy to doświadczeni nekromanci, którzy osiągnęli duchową doskonałość. Rada za pośrednictwem Rathy podejmuje najważniejsze decyzje. Decyzje, które odbijają się na historii świata.
Przespali się kilka godzin po ciężkiej podróży. Obudził ich Yerh, ich dawny mistrz. Przywitali się, ale nie mieli czasu na rozmowy o przeszłości. Wszyscy nekromanci musieli się ubrać odświętnie. Każdy założył czarną, zdobioną szatę a na lewy bark zgodnie z tradycją , przypinał czaszkę najpotężniejszego potwora jakiego w życiu pokonał.
- Co to jest ? –zakpił D’hie wskazując na dziwną kość na ramieniu Geblona.
- Czaszka rzygacza. Całej nie wziąłem bo była za ciężka.
D’hie zaśmiał się pogardliwie. Geblon pierwszy raz widział szczerze śmiejącego się kompana. Prychnął na niego niczym zniesmaczony kot i zapytał.
- A ty co za ścierwo masz na ramieniu ?
- To jest mój drogi nieuku czaszka demona Tryvaax, występującego nieopodal zamarzniętej rzeki pod górą Arreat – powiedział dumnie – byłem tam z bratem i kilkoma innym na ekspedycji. A ty Reh co tam masz ?
- Kieł młodego smoka ze Skovos.
- Bzdura ! W Skovos nie ma smoków ! –zakrzykną Geblon.
Wtedy wtrącił się mistrz Yerh.
- Drogi Geblonie mylisz się. W Skovos żyją smoki. Można je spotkać w ruinach Hevakanki.
- A ty mistrzu co nosisz jako trofeum ? – Zapytał z ciekawością Reh.
- Nie chcę się chwalić, ale noszę lewy róg gnijącego plugawiciela.
Wszyscy trzej wytrzeszczyli oczy. We wszystkich książkach jakie czytali napisane było, że plugawiciel znany także jako demon wypaczenia jest niezwykle rzadko spotykany. Do tego operuje magią szóstego stopnia, co jest rzadko spotykane u potworów.
Gdy Geblon chciał się wtrącić, do ich komnaty wszedł nekromanta. Wysoki, dobrze zbudowany z demonią głową w ręku. Oznajmił, że obrady zaraz się zaczynają. Wszyscy pospiesznie wyszli z pokoju.


Na środku opuszczonej, zamglonej areny był podest i dwadzieścia osiem krzeseł. Rada przybyła na miejsce i usiadła . Trang-Oula wstał i wyszedł na sam środek podestu.
- Ave Rathma ! – rozpoczął. Ubrany był w nieskazitelnie czysty, złoto-bursztynowy rynsztunek. Emanowała od niego tak potężna mroczna moc, że nawet na dźwięk jego głosu niektórzy wzdrygali się. Był już stary, bardzo stary. Wyglądał na martwego. Ale oczy miał bystre a głos pewny. Tysiące zebranych na olbrzymiej arenie osobistości, które za pośrednictwem magii słyszało każde słowo Trag-Oula odpowiedziało.
- Ave Rathma !.
- Zebraliśmy się tutaj aby o sprawie oczywistej osądzić. Wie każdy, że dni cztery temu źródło się objawiło. Odkryć kto owym źródłem jest, to nie problem. Ogłaszam, że Książę Vanus Yaruga z Duncriagu zyskał błogosławienie Rathy.
Po widowni przebiegł szmer zaskoczenia i zaniepokojenia. Każdy bowiem wiedział, że młody Vanus jest synem Urliha Yarugi króla, który jest największym wrogiem nekromantów. Urlih nienawidził nekromantów od śmierci jego żony. Od tamtego czasu walczy z nimi niczym z heretykami…bo Urlih był Paladynem. Paladyni jako święta gwardia Wszech ojca, Boga Bogów uważała, że nekromanci to niewierni. Zbłądzeni, którzy zasługują tylko na krucjatę.
- Teraz wysoka rada Tazaranha i ja skontaktujemy się z Rathą. Doradzi ona kto opiekunem będzie– powiedział Trang-Oula
– o ciszę i skupienie proszę !
Rada siedziała i mruczała coś w starej mowie.
Wszyscy zebrani czekali w milczeniu. Wszyscy skupieni, przekazywali manę radzie. Wszystkich dwudziestu ośmiu nekromantów utworzyło coś, co nazywane jest przekaźnikiem. Rathma miała im podpowiedzieć kto dostąpi honoru. To trwało kilkadziesiąt minut. Nagle rada odetchnęła i wszyscy jak jeden mąż powiedzieli.
- Wiemy już kto to…wiemy kto jest godzien. Trang-Oula wyszedł na środek, tak jak na początku i zaczął mówić.
- Była to najkrótsza w historii narada, choć ważna bardzo. Rathma przemówiła. Zadanie opieki nad źródłem powierza… Rehowi Ithaakace z Saregs, starszemu nekromancie !
Przez minutę trwała cisza. Cisza tak absolutna, że aż nienaturalna. Do Reha nie dotarło to co powiedział Trang-Oula. Siedział i patrzył się na niego. Nagle po widowni przebiegł szmer zdziwienia.
-Reh Ithaaka ? Kto to jest ?
- Nigdy o nim nie słyszałem…
- Myślałem, że wybiorą Cuve’ha Parle, on jest świetny, widziałem go w akcji…
Mistrz przemówił znowu.
- Do mnie podejdź młodzieńcze !
Reh szturchnięty przez Geblona, błyskawicznie podbiegł do przemawiającego.
Po widowni przebiegły ciche, choć szczere brawa.
- Witaj arcymistrzu.
- Ave Rathma synu.
- Nie jestem pewien czy zasługuję – rozpoczął strachliwie Reh – nie jestem tak doświadczony jak większość tu obecnych. Chciałbym…
- Zamilcz – przerwał mu ostro – czy wiesz co mówisz ? Jak śmiesz się woli świętej Rathmy sprzeciwiać?! Wyboru nie masz ! Zostałeś wybrany. Wiesz co czynić masz ?
- Wiem – powiedział zdecydowanie- znajdę źródło i pokażę mu ścieżkę Rathmy. Pokażę mu tyle ile zdołam. Pokażę mu jego przeznaczenie...


Oceń materiał: Ocena: 4.67 (12 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.