diablo 3

Opowiadanie Dzieci Kowala 1

Ostatnia modyfikacja: 09.09.2007. Utworzono: 24.08.2007

Była zimna, jesienna noc. Deszcz padał rzęsiście, wywołując obrzydzenie u kotów i bóle u chorych na reumatyzm.
Jakaś postać szła w kierunku wioski. Co chwilę przystawała, by mocniej naciagnąc przemoczony do nitki płaszcz na ramiona, pokasłiwała i szła dalej, niemal ciągnąc nogę za nogą.
W którymś momencie poślizgnęła się i padła w błoto z cichym przekleństwem.
Błyskawica rozdarła niebo, oświetlając wielką bryłę klasztoru, przypominającą zwierzę gotujące się do skoku na wieś.
Postać oparła się o kamień, na którym deszcze i wiatry niemal zatarły napis "Tristram". Odrzuciła kaptur i pozwoliła, by deszcz zmył błoto z jej twarzy i wniknął lśniącymi strumieniami w długie, ciemnoszare włosy. Takie przynajmniej wydawały się o tej porze.
Była to kobieta, wyraźnie wychudzona i zmizerniała od długiej podróży.
W jednym z domów ujrzała światło. Odeszła od kamienia, przeszła trochę i zastukała w troche wypaczone drzwi.
Usłyszała bolesny jęk kobiety. Chciała się wycofać, gdy otworzył jej barczysty mężczyzna, wyraźnie zdenerwowany.
- Błogosławieństwo temu... - zaczęła, ale człowiek chwycił ją za rękę i wciągnął do srodka. Położył jej dłonie na ramionach i zaczął potrżąsać.
- Znasz się na akuszerce? Znasz? - pytał bełkotliwie.
Szczękała zębami.
- Tak...
Głos mężczyzny stał się niemal błagalny.
- Pani, ratuj moją żonę, to trwa juz od paru godzin, boję się, że... - wpakował mięść w otwarte usta.
Wysunęła się i poszła w głąb domu, kierując się słuchem.
Rodząca leżała na barłogu ze słomy, okropnie jęcząc. Załzawionymi oczami ujrzała niewyraźną postać, zbliżającą się do niej. Usłyszała głos.
- Spokojnie, nic ci nie będzie...
Ciężko odchyliła głowę do tyłu. Między brązowe włosy spłynęła kolejna strużka potu.
Jej mąż stanął za młodą - teraz, w świetle było to widać - kobietą i spytał:
- Da się coś zrobić?
Pokiwała głową. Pochyliła się na jego żoną i zasłaniając ją sobą badała przez dłuższą chwilę.
- Oczywiście. Na razie musimy tylko trochę poczekać - odpowiedziała wycierając zakrwawioną dłoń w słomę. Niedługo powinno się zacząć kończyć.
Przyjrzała mu się, jakby się nad czymś zastanawiając.
- Pierwsze dziecko?
Potwierdził.
- Tak myślałam, skoro pan panikuje...
- Jaki tam ze mnie pan... kowal jestem, Griswold mam na imię...
Uśmiechnęła się.
- A więc, Griswoldzie, idź przynieść mi wody i jakieś czyste płótno. A, i nożyce, tylko wymocz je w gorącej wodzie.
- Dobrze.
Gdy kowal wyszedł, kobieta usiadła obok położnicy i położyła jej dłoń na brzuchu. Zadrżała i wyprostowała się, udając, że nic się nie stało.
Poczuła wyraźne drżenie, jakby pochodzące od mocy magicznej.

Starsze Zann Esu były śliczne. I cudownie się ich dotykało. Czuła takie miłe wibracje... podobno one też czuły to, dotykając jej... miała wtedy siedem lat.

Z wspomnień wyrwał ją gwałtowny krzyk. Spojrzała na żonę kowala, kurczowo chwytającej za słomę, spódnicę czarodziejki, wszystko.
Ta się zerwała i zabrała do gorączkowej roboty. Nigdy nie miała stycznosci z akuszerką, więc wykorzystywała swoją znajomość anatomii.
- Griswold!

Kwadrans później kowal trzymał w rękach małe piszczące zawiniątko, podczas gdy młoda kobieta denerwowała się jeszcze bardziej. Tego nie przewidziała. Ale gdy w kolejne dwadzieścia minut później usuwała łożysko, a Griswold trzymał dwoje dzieci, była już spokojna. Jego żona leżała, ciężko oddychając, a jej wzrok był już przytomny.
Czarodziejka uznała, że wypadałoby się przedstawić.
- Nazywam się Iellenta... pochodzę z wysp Skelinge... Jak je nazwiecie? - gwałtownie zmieniła temat.
- Jest syn i córka, więc nie musimy wybierać...
- Grawerowałem kiedyś miecz... imionami... dwa z nich mi się spodobały...
- Jakie?
- Hanth'arrye i Thur'yelln.
Pogrzebała w pamięci. Warto im mówić? Nie, to tylko imiona... słowa, tak jak je Griswold traktuje...
Dotknęła serca chłopca. U niego wibracji nie czuła.
- Noś dumnie swe imię, Thur'yelln, aż do końca swoich dni. Bądź tak wspaniały w tym, kim będziesz, jak Tal Rasha wspaniałym jest magiem. Bądź zawsze przekonany o słuszności swoich działań.
Pochyliła się nad dziewczynką.
- Noś dumnie swe imię, Hanth'arrye, aż do końca swoich dni. Bądź tak wspaniała we wszystkim, kim bedziesz, tak jak Tal Rasha wspaniałym jest magiem. Bądź zawsze piekna, niech piękno twe będzie potężne.
Zdumionemu kowalowi wyjaśniła:
- Obecnie wszyscy rodzice chcą, by ich dzieci były tak wspaniałe jak Tal Rasha, stąd się wzięła ta formułka.
Ten jednak nie myslał o imionach ani magach.
- Nie wiem, jak ci dziękować... co mogę dla ciebie zrobić?
Roześmiała się.
- Pokaż mi dom, w którym mieszka mędrzec Deckard Cain.
- Szalony Cain? Mamy go praktycznie za ścianą.

Ulewa już dawno ustała, a nad horyzontem pojawiłsię cieńki brudnopomarańczowy pasek, gdy czarodziejka opusciła dom Deckarda Cain, Jednego z bractwa Horadrim. W zasadzie jedynego. W drzwiach kończyła rozmowę.
- Obserwuj je, zwłaszcza dziewczynkę. Wyczuwam wibracje magii... chyba będę musiała tu przyjśc za siedem lat.
- Będę miał na nich oko. Bywaj, Iellenta!
Kobieta poprawiła płaszcz i ruszyła w drogę, podpierając się długim, rzeźbionym kijem.



SIEDEM LAT PÓŹNIEJ

- Hantha! Thur!
Małe dziecięce figurki wypadły z krzewów nad rzeką i popędziły ku domowi, gdzie stała tęga kobieta w zgrzebnej sukni i z czepkiem na włosach. Ich radosny śmiech i czerwone policzki wprawiły ją w dobry humor.
- Idźcie do środka, zaraz przyjdę. W domu siedzi pewna dama. Pamiętajcie, by nie odzywać sie nie pytani i nic od niej nie brać.
- Dobrze, mamo - powiedział chłopiec, chwytając siostrę za rekę.
Weszli i usiedli na ławie.
Pod oknem siedziała kobieta z ładnymi ciemnoblond włosami. Tylko tyle było widać, gdyż siedziała tyłem do jedynego w izbie okna.
Drzwi skrzypnęły i weszli rodzice dzieci. Kobieta wstała.
- czy Hanth'arrye może mnie oprowadzić po Tristram?

Ta pani zabrała jego siostrzyczkę i poszła z nią. A jemu kazali siedzieć tu i się nie mazać. A ona obejrzała się za nim, jakby też nie chciała iść sama.
Patrzył, jak rozmawiają, jak dorosła kuca i mówi dziewczynce cos prosto do ucha.
W końcu wróciły.


Bała sie tej wysokiej osoby. Miała piękny warkocz - Hanth'arrye pogłaskała swoje kasztanowe ogonki - i wyglądała na mądrą.
Pytał jej o jakies dziwne rzeczy, z których ona nic nie rozumiała. Po co? I czemu brat musiał zostać?


Rodzeństwo znowu poszło nad rzekę, gdy ta, która rozmawiała z dziewczynką zamknęła się w chacie z ich rodzicami. Po jakimś czasie wyszła.
Znalazła ich. Usiadła na brzegu, chwyciła jakis kamyk i rzuciła nim w wodę. Odbił się kilka razy od powierzchni.
Trudne to było, powiedzieć o rozstaniu tym dzieciom, tak zżytym ze sobą, ale tak trzeba.
Tak trzeba.
- Hanth'arrye...
- Tak, proszę pani?
- Jutro wyruszymy do Królewskiego portu. Ty i ja.
Wstała i odeszła.

Z niedużym tobołkiem na plecach i w krótkim płaszczyku hanth'arrye i kobieta wyszły w kierunku gościńca. Dziewczynka obserwowała podniecona ruch, dyskusje prowadzone przez Iellentę - tak się przedstawiła tamta - z woźnicami, i jazdę...
Jazdę przez piękne lasy i łąki, a po kilku dniach - mury miasta.
Wysiadły z wozu, a czarodziejka - tak przynajmniej o sobie powiedziała - chwyciła ją za rękę.
- Musimy znaleźć port, a w nim Meshifa.
- A po co Meshif?
- Zawiezie nas do wielkiego miasta Kurast, a stamtąd wyruszymy do siedziby czarodziejek.
- A po co?
- Byś i ty została jedną z nich.
Ta wiadomośc pochłonęła Hanth'arrye do reszty.
Na statku nie miała choroby morskiej. Miała się bardzo dobrze i nie mogła się doczekać dnia, który nadszedł, a w którym wkroczyła do siedziby Zann Esu w Kedżystanie.


Kilka tygodni po odejściu siostry do Tristram przybył kolejny dziwny osobnik. Również został ugoszczony przez Griswolda.
Odszedł trzy dni potem, prowadząc za rękę Thur'yellna. Chłopiec był jednocześnie przerażony, ale jednocześnie bardzo mu się podobał dziwny ubiór mężczyzny, miecz, nienaturalnie białe włosy i świdrujące oczy. Też chciał taki być.
Drogę do Klasztoru Sióstr Niewidzącego Oka pokonali na piechotę. Tam dołączyli do kupca Warriva, podróżującego do Lut Gholein, skąd mieli popłynąć do Kedżystanu.
Po drodze człowiek wykładał chłopcu różne rzeczy. Były one bardzo przekonywujące i ... łatwe. Pierwszy raz zetknął się z religią, i po krótkim czasie nie miał pojęcia, jak mógł żyć, gdy nie wierzył w Rathmę, boga nekromantów.
Nie miał żadnych wątpliwości, gdy w wielkiej sali desperacko bronionego przed dżunglą zamku, zadano mu pytanie:
- Thur'yellnie, czy chcesz przyjąć nauki najwyższego naszego Pana, Rathmy i zgłębić tajniki życia i śmierci?


//\ część 2 >>>

Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.