diablo 3

Opowiadanie Historia Diablo - Nieznani Bohaterzy 5

Ostatnia modyfikacja: 30.09.2007. Utworzono: 24.08.2007

Wiatr głęboko w chmurach dął coraz mocniej i mocniej. Powodował że trzepotanie piór na chełmie Beallora zdwoiło odgłosy wydawane przez skrzydła Treda. Obudziło to niechybnie Sanariela który odsypiał chłodną i deszczową noc na warcie. Natomiast wypoczęty Beallor mimo iż był barbarzyńcą okazywał czasami chwile wzniosłości które zapewniały mu niewątpliwie krajobrazy pod nim. Widok dosłownie z lotu ptaka zapierał mu dech w piersiach. Rozległe lasy przerywały tylko czasami równie wielki i rozległe rzeki, tu i ówdzie zasiane małymi wysepkami koło których snuła się leniwie poranna mgła. Łąki i pola uprawne niczym wielka i kolorowa peleryna rozciągnięta na pagórkowatych schodach przeplatała się z lasami tworząc istną rewię kolorów.
-No stary, - przeciągał się Beallor- Gdzie jest ten las Arcany o którym mówiłeś od 3 dni naszego lotu. Ponoć ma tam być jakaś osada a ja nie widziałem żadnej drogi która mogła by tutaj biegnąc.
-Tutaj. Dokładnie pod nami.- odpowiedział Sanariel, powoli kierując lot Treda w dół.- I zaraz się przekonasz czemu nie widziałeś żadnej z dróg.
Wspaniale ukryta osada, a może raczej miasto bo tak chyba należy nazwać setki domostw i trzy razy więcej ludzi krzątających się po nim, ukazało się dopiero po przedarciu się przez korony drzew. Beallora bardzo zachwycił sposób jakim poruszali się tutejsi tubylcy, a mianowicie mnóstwo mostów, lin, i drabin dzięki którym mieszkańcy mogli swobodnie chodzić z domu do domu nie dotykając ziemi. Ten system spełniał według Beallora również pewny rodzaj obrony dzięki któremu obecna ludność podczas jakiegokolwiek ataku mogła bronić się bardzo długo. Barbarzyńcy nie obawiali się jakichkolwiek niebezpieczeństw z powodu orła na którym przybyli, ponieważ Sanariel zapewniał ze ta osada nieraz doznaje dziwniejszych zjawisk niżeli dwoje mężczyzn na wielkim orle. Kompani zostawili Treda pod opieką stajennego który przystawał przy tym że utrzymanie orła to nic trudniejszego niż utrzymanie Dosdona najdzikszego konia w okolicy, sami natomiast udali się do znajomego Sanariela który był zarówno miejscowym handlarzem toporów jak i ich tworzycielem.
-Musimy tam iść? - spytał Beallor - Nie mamy czasu na jakieś tam odwiedziny po latach. Lepiej czym prędzej zróbmy te zakupy, znajdźmy karczmę do odespania i lecimy dalej pod Arreat.
-Nie martw się - odparł Sanariel - To nie zajmie nam dużo czasu. Musze odebrać od znajomego pewien przedmiot, który miałem odebrać za uratowanie mu życia wiele lat temu.
-Nigdy mi nie opowiadałeś o tym że uratowałeś komuś życie. Przecież jak cię poznałem i miałeś może zaledwie 18 lat.
-Bo widzisz, nie trzeba być starym i doświadczony, aby okazać odwagę oraz pomoc, czasami trzeba poddać się emocjom i działać bezinteresownie. Jako mały myśliwy polowałem niedaleko Arcany na młode warchlaki. Pewnego dnia zapuściłem się w głąb niebezpiecznych jaskiń smoków i bazyliszków gdy nagle usłyszałem przerażające charczenie i krzyk człowieka. W końcu gdy stanąłem w progu groty z której dobiegały odgłosy wcześniej przeze mnie słyszane, zobaczyłem jak wielki czerwony smok przygniata swym łapskiem jakiegoś mężczyznę. Bez chwili zastanowienia rzuciłem kamieniem w bestię, która łypiąc ognistymi oczyma poczęła ruszać w moją stronę. Wolny już mężczyzna wykorzystał chwilę i skacząc ze skały wbił ogromny miecz w czerep smoka. Mężczyzna przedstawił się jako Urgor fer'Kemnon oznajmił także że w podzięce za ocalenie stworzy mi wspaniały topór z kości i łusek zabitego przed chwilą smoka. Przez kolejne lata mieszkając wraz kowalem w Arcanie, wiele się nauczyłem o sztuce wyrabianie broni i fachu w posługiwaniu się nią. Jednak pewnego dnia podczas podróży po rodzinnych stronach góry Arreat spotkałem ciebie, Herwala i Derhasona szukających ochotników do wyprawy przeciwko gnomom z Suchych Jaskiń. Marzenie z dzieciństwa że zostanę sławnym bohaterem od zawsze mnie pociągały więc nie mogłem odrzucić waszej propozycji, pociągnęło to za sobą to że już nigdy nie miałem czasu odebrać mego prezentu. Dopiero teraz po wielu latach nadarza się okazja której nie chciałbym zmarnować.
Rozmowa zmierzała ku końcowi ponieważ Sanariel oświadczył iż już widzi dom Urgora. Uchylili otwarte do połowy drzwi i po cichu wkroczyli do mieszkania. W kącie przy wielkim kowalskim kominie pełnym od czerwonego węgla ujrzeli zgarbionego człowieka o długich lecz rzadkich siwych włosach przytupującego miarowo lewą nogą w dmuchawę zwiększającą temperaturę w piecu. Lekki zaduch można było wyczuć nawet tuż przy drzwiach ponieważ okna fechmistrza były zamknięte i nie dające oznak dawnego użycia a komin niemiłosiernie zapraszał przez swoje gardło coraz to nowe chmury dymu. Zdawać się może że dla osoby tutaj pracującej i mieszkającej wcale to nie przeszkadza. Właściciel domu tylko co jakiś czas kaszlał i przecierał oczy z łez ponieważ bardziej obchodziła go praca niż zdrowie. Skry leciały w każdą stronę kiedy kowal potężnym złoto srebrzystym młotem uderzał w wyjmowane z żarzyska ostrze zapewne przyszłego topora.
-Dzień dobry mości kowalu - zwrócił się z grzecznością Sanariel.
-Dzisiaj zamknięte. - odparsknął starzec - Jeżeli chceta coś kupić to przyjdta za trzy dni na targ.
-Nie chcę nic kupować, chcę się tylko przywitać z tym komu uratowałem kiedyś życie.
Kowal nagle się wyprostował, odrzucił młot i zostawił płonące ostrze po czym odwrócił się raptownie w stronę swoich gości.
-Czy mnie wzrok myli czy ja już do reszty na starość oszalał. - starzec począł się uśmiechać - Sanariel? Ten Sanariel który małolatem będąc uratował mnie od pewnej śmierci?
-Nie inny. - odrzekł barbarzyńca po czym rzucił się w ramiona Urgora.
-Myślałem że po tym jak wyruszyłeś na "wyprawę swego życia" jak to określiłeś, już nigdy tu nie wrócisz. Co się stało. Haha czyżbyś chciał podjąć pracę fechmistrza - pytał starzec z takim łaknięciem w oku jak spragniony łaknie wody.
-Haha. - zawtórował Sanariel - Nic z tych rzeczy. Otóż widzisz, mam bardzo ważną misję do wypełnienia wraz z mym kompanem... Oh! A właśnie zapomniałbym ci przedstawić mego najlepszego przyjaciela. Urgor poznaj Beallora z klanu Dotriht.
-Wszelako bardzo mi miło poznać przyjaciela tak zacnego przyjaciela jakim jest mi mój przyjaciel Sanariel - wykwestionował kowal z lekkim i chytrym uśmiechem.
Beallor najwidoczniej nie zrozumiał wypowiedzianych do niego słów, ponieważ dłoń uściskiwał z podniesioną do góry brwią i skwaszoną miną. Sanariel uśmiechnął się także nieznacznie po czym Urgor rzekł:
-Przyjacielu mój i ty przyjacielu mego przyjaciela, czy zgodzicie się ostać na noc w mym domu?
Kompani stwierdzili że i tak mieli przeczekać noc na lądzie tak że chętnie przystanęli na propozycję kowala.
W Arcanie inaczej zwanej "Wiosce miliona lin" dzień po sumiennej od gorąca pracy zdawał się udawać na odpoczynek Wykorzystywał to bezlitośnie mrok który powoli acz systematycznie zapełniał każdą szczelinę, każdą ścianę, każde drzewo swoimi niezniszczalnymi mackami siejąc ciemności i niepokój. Tajemniczość nocy spowijały tylko, to dźwięk harfy czy mandolin dobiegających z sąsiednich karczm bądź co bądź odgłosy ludzki, to oddech śpiącej natury. Czasami normalny i w ogóle nie dostarczający żadnych obaw a nieraz cichy niczym fałszywa i przerażająca jest cisza w grobowcowych murach. Odmienna i zupełnie nie pasująca do otaczającej jej reszty atmosfera panował w domu Urgora. Wesoła, głośna i co najważniejsze pusta od mroku tak niebezpiecznego w tych czasach. Już czwarta świeca poczęła zastępować swoją siostrę bliźniaczkę. Już ogień powoli dogasał, tląc ostatkami sił lekki wyraz ciepła. Już piąta czy szósta amfora wina przechyla się na po raz kolejny na ramieniu, aby dać krople upojenia i chwile zapomnienia. Mimo tego wszystkiego dwoje barbarzyńców i stary kowal nie poddawali się uczuciu zmęczeniu i trwali w beztroskiej chwili aż rozmowa ich dobrnęła do tematu kiedy to Sanariel uratował Urgora od śmierci.
-Przyjacielu mój! - wykrzyknął fechmistrz - Na śmierć byłbym zapomniał. Przecie w czas jakiś po twym nagłym odejściu ukończyłem topór robiony specjalnie dla ciebie. Już parę ładnych lat spoczywa w mej piwnicy, czekając aż sam osobiście go odbierzesz.
-Z wielką chęcią to uczynię - odparł Sanariel i wraz z Beallorem ruszyli za kowalem.
Dzierżąca przez Urgora pochodnia dawała coraz to więcej światła wraz z kolejnymi przebytymi stopniami schodów. Schodzili najpierw w głąb wielkiego pnia drzewa na którego szczycie osadzony był dom fechmistrza, po czym widoczny był koniec korzeni i barbarzyńcy ujrzeli ściany z ziemi wysadzane coraz to częściej wielkimi głazami.
-Drogi Urgorze - nie wytrzymał Sanariel - Gdzie ty nas prowadzisz? Ostatnio jak byłem u ciebie za mych dziecięcych lat nigdy mi nie pokazywałeś tych piwnic.
-Nie pokazywałem bo nie było czego, - spokojnie odparł kowal - Lat kilka wstecz przed twoim przybyciem w Arcanie było wielkie trzęsienie ziemi. Ludziska pośpiesznie powybiegali ze swoich mieszkań w jaskiniach na powierzchnię do domostw w koronach drzew. Trzęsienia jednak były tak wielkie ze większość lin z Górnej Arcany zaczęła pękać i niejeden dom z wielkim hukiem lądował na twardej ziemi. Chociaż to było nic w porównaniu co się z stało z Jaskiniami Wermendu. Kolumny utrzymujące strop pękały niczym zapałki, podłoga rozstępywała się i pochłaniała kolejne mieszkania, korytarze, ludzi... - kowal westchnął głęboko i po chwili kontynuował - Nieszczęście doprawiła woda. Ściany pełne rys i pęknięć poczęły powoli ze swych szczelin puszczać wodę czarną jak smoła, aż w końcu poddały się i potok niczym lawy czarnej zalał całe Jaskinie Wermendu. Rok może dwa minął po twoim odejściu Sanarielu, gdy jakiś śmiałek po pobycie w zalanych podziemiach wrócił z nowiną o braku wody w jaskiniach i możliwości naprawy zniszczeń. Ludziom wydało się to szczęściem i na nowo poczęli budowę jaskiń Wermendu.
Urgor przestał na chwilę opowiadać ponieważ oznajmił iż doszli do jego podziemnego mieszkania. Wnętrze różniło się bardziej od tego z góry drzewa. Było tutaj więcej pajęczyn, kurz wydawał się jakby był elementem posadzki i niektórych mebli. Różnicę najbardziej doprawiał chyba wielki, brzozowy regał wypełnionymi do cna książkami o sztuce wyrobu magicznego metalu. Jednak barbarzyńcy nie mieli zbyt dużo czasu na podziwianie miejsca ponieważ starzec po chwil grzebania się w stercie szmat, desek i innych śmieci wydobył futerał ze skóry owinięty grubą na 1,5 cala liną. Położył przedmiot na ziemi i ostrym być może myśliwskim nożem przeciął węzły. Delikatnie rozwijał kolejne warstwy skóry aż nagle oczy wszystkich zgromadzonych oślepił blask mieniących się klejnotów jak i również wielki blask bijący od nieopisanie srebrnego żelaza.
-Oto on – Urgor wstał, odwrócił głowę w stronę gości i dokończył – topór nad topory. Dokzu!

<<<< Akt 4 //\


Oceń materiał: Ocena: 5.17 (18 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.