diablo 3

Opowiadanie: Krok w nieznane część 1.

Ostatnia modyfikacja: 19.01.2014. Utworzono: 18.01.2014

Urth był głodny. Czuł krew. Nie minął kwadrans odkąd opuścił bezpieczne schronienie w poszukiwaniu pożywienia, odczuwał jednak wewnętrzne rozdarcie. Zbliżały się gody. Królowa od miesięcy odpoczywała na samym dnie groty, zalotnicy kipiący od podniecenia oczekiwali w korytarzach prowadzących do komnaty zajmowanej przez Wielką Matkę. Wszyscy byli jej dziećmi. Każdy chciał teraz ją posiąść. Zapewnić ciągłość rodu.

Urth wyczuwał narastającą irytację, w każdej chwili mógł przegapić swoją szansę na chwilę wielkości. Jeden moment będący zwieńczeniem całego życia. Chciał przetrwać w swoich potomkach. Byłoby to zgodne z prawdą. Po kopulacji Wielka pajęczyca pragnęła zaspokoić powstały po zalotach gniew. Potrzebowała dużo białka i energii by móc wydać na świat swoje dzieci. Dzieci, które w przyszłości zrobią to samo co ich ojcowie. Urth drżał na samą myśl. To nic, że po wszystkim zostanie zjedzony. Każde życie powstaje poprzez czyjąś śmierć. Martwił się jednak czy zdąży zaspokoić głód i wrócić na czas do jaskini. Podniecenie i głód. Te dwa uczucia stanowiły dla Urtha definicję życia. Czuł do siebie obrzydzenie, moment w którym chęć spożycia posiłku zwyciężyła, uznał za osobistą porażkę. Wybiegł z gniazda. Wszak był myśliwym. Polował.

Przemieszczał się przez zarośla, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Potężne dwuczłonowe ciało było zagłodzone, żoładek wypełniało jedynie powietrze. Głód przeradzał się w irytację, a ta sprawiała, że popełniał blędy. Kolorowa papuga zdołała uciec, bo aż tak pochłonięty myśleniem o jedzeniu zmiażdzył potężnym odwłokiem leżącą na ziemi gałązkę. Cztery oczy wpatrywały się w odlatującego ptaka z narastającą rozpaczą.

Ruszył dalej. Przez moment z niepokojem nawąchiwał. Nie wyczuwał jednak żadnej słodkiej woni. Szedł z głową podniesioną wysoko. Nagle gorący podmuch wiatru ze wschodu przywiał odpowiedź. Urth aż się zatoczył ze szczęścia. Jego serce przyspieszyło. Kolejna szansa na posiłek.

Fetysz rozglądał się dookoła wypatrując zagrożenia. Istota miała zaledwie pół metra wzrostu. Trzymaną oburącz włócznią omiatał okolicę idąc na wprost. W zmęczone oczy wkradały się pierwsze oznaki szaleństwa z niepokoju. Zabłądził. Urth zastanawiał się dlaczego idzie sam. Z reguły małe ludziki, noszące na twarzach korowe maski, włóczyły się całymi bandami. W pojedynkę miałby z nimi problem, teraz jednak to nie miało znaczenia. Żrąca ślina skapywała mu z pyska. Nerwowo spoglądał na ofiarę. Analizował swoje szanse.
Zmienił taktykę. Tym razem wspiął się na jedno z wielkich drzew o pniu szerokim na dwa metry. Z góry obserwował łupieżcę niepewnie kroczącego w promieniach zachodzącego słońca. Powoli zaczął opuszczać się w dół na pojedynczej wiązce pajeczej sieci grubej na dwa palce dłoni dorosłego mężczyzny. Nic nie podejrzewający fetysz przeszedł pod opadającym wolno pająkiem. Okrył go płaszcz utkany z cieni. Odruchowo spojrzał w górę. Na ułamek sekundy przed ciosem zdążył spostrzec co go zabiło.

Arachnid rozciął szczękoczułkami czaszkę ofiary i wstrzyknął żrący jad. Zaczynał od głowy. Zawsze. Uwielbiał słodki smak na wpół strawionego mózgu. Tym razem jednak nie delektował się. Pochłonął posiłek w kilka sekund, po czym odrzucił wysuszony zewłok w gęstwinę. Był zły. Pierwszy głód zaspokojony, ale taka ilość pokarmu nie wystarczy na długo. Ponownie zaczął węszyć. Obracał się co jakiś czas w rytm wiejącego wiatru. W końcu pochwycił w nozdrza woń słodszą niż wszystko inne. Zadrżał z radości i ruszył niemal kłusem przebijając się przez wyrastające z bagna trzciny. Człowiek. Królewski łup. Nie zważając na to czy ofiara była sama czy w stadzie, drapieżnik wyruszył na łowy. Znajome emocje przetoczyły się po licznych rozgałęzieniach nerwów docierając do każdego zakamarka obłego ciała. Zbliżał się czas zabijania.

Ludzie to głupcy. Wiedzeni chciwością zapominają o ostrożności, gotowi poświęcić wszystko dla złudnej nadziei wzbogacenia. Urth nie dbał o to. Byli doskonałym pożywieniem, a fakt, że tak często zapuszczali się w dżungle Kedżystanu pozwalał przeżyć leśnym łowcom. W głębi duszy Urth traktował ludzi z pogardą. Jaki gatunek bez powodu skacze sobie do gardeł? Ludzie byli skazani na zagładę. Albo pożrą ich stwory zamieszkałe w dżungli i innych nieprzyjaznych miejscach, albo sami utoną w morzu toczonych braterskich konfliktów. Lecz póki są na końcu łańcucha pokarmowego trzeba korzystać. Zmarnowanie takiego dobrodziejstwa byłoby niewybaczalnym grzechem.

Urth zaczaił się na ofiarę w gąszczu opadających z gałezi lian. Nasłuchiwał. Człowiek kichnął. Jest chory, musi być osłabiony. Zapewne złapał czarną gorączkę podczas ostatnich deszczy namnożyło się różnych bakterii. Jego odnóża pochwyciły falę uderzeniową dochodzącą z północy. Cel nadchodził.

Dopiero po chwili skojarzył, że odgłos kaszlu dochodził z innej strony. Raptownie się odwrócił.

Stał nad nim potężnie zbudowany mężczyzna, o nagim pokrytym tatuażami torsie. Podobne malunki znajdowały się na głowie czlowieka. Jego małe, wodniste oczy spoglądały z ciekawością na pająka. Urth wyskoczył do przodu, spluwając na wojownika jadem. Mężczyzna jednak nie czekał aż pająk zaatakuje. Wirując w półobrocie uderzył trzymanym w dłoni toporem prosto w głowotułowie arachnida. Urth spróbował uniknąć ciosu, ale był na tyle duży i osłabiony, że nie zdołał wycofać się dostatecznie szybko. Jedno z odnóży wyleciało w górę. Zielona posoka kapała obficie z rany zalewając okolicę. Urth poczuł ból, tracił równowagę. Usiłował szerzej rozstawiać pozostałe kończyny umykając w szaleńczej ucieczce. Łowca stał się zwierzyną.

Barbarzyńca wyskoczył w górę, lądując metr przed uciekającym pająkiem. Urth wyhamował ryjąc odnóżami w gęstym błocie, jednocześnie rozpaczliwie próbując się obrócić. Człowiek podniósł topór by zadać kończący cios, ale w tym momencie z odwłoka bestii wystrzeliła struga sieci i uderzyła barbarzyńcę w pierś ograniczając jego ruchy. Wojownik zaklął próbując uwolnić się z półapki, ale ręka trzymająca topór ugrzęzła w lepiącej substancji. Pająk spojrzał na uwięzionego mężczyznę czworgiem oczu i nachylił się by rozpruć mu szyję.

Usłyszał dźwięk, przypominający swą barwą odgłos pękających kości. Poczuł palący ból przenikający jego ciało. Nie mógł się obrócić, coś przygwoździło go do ziemi.
Amazonka rzuciła drugi oszczep przebijając chitynowy pancerz pająka. Istota szarpała się przez moment aż w końcu znieruchomiała. Kobieta odziana w czerwony, idealnie przylegający do jej ciała skórzany pancerz podeszła bliżej, gotowa do zadania kolejnego ciosu.

Oczy Urtha zachodziły mgłą. Ból powoli przemijał ustępując miejsca otępieniu i całkowitemu niedowierzaniu. Wyprężył obłe ciało łapiąc ostatni w swym życiu oddech, cuchnący odór błota, zgniłych liści i sączących się płynów ustrojowych wypełnił jego nozdrza.

Łowcę upolowano.



xxx




- Prawie Cię dopadł, Hogar. - Powiedziała amazonka pomagając barbarzyńcy uwolnić się z sideł.
- Nie doceniłem go. - Odparł barbarzyńca próbując ukryć irytację - Mógłbym mieć do ciebie proźbę? - Zapytał.
- O co chodzi?
- Nie mów o tym reszcie.
- Nawet o tym nie myśl. - Zachichotała.
- Dzięki. - Prychnął, zatykając topór za pasem.

Wojownicy ruszyli przez dżunglę kierując się w stronę obozowiska. Janice zastanawiała się czasami co robi w tej szalonej grupie. Najemników była w stanie zrozumieć. Zostali wynajęci. Za pieniądze mieli chronić swojego pracodawcę przed niebezpieczeństwami. Ale dlaczego ona, Hogar i paladyn Vreck dali się namówić na udział w tej wyprawie. Mag płacił co prawda krocie, ale chyba nie o pieniądze tutaj chodziło. Liczył się głód przygody. Miała nadzieję, że jej towarzysze, myślą podobnie. Chociaż znali się od lat, nie potrafiła zajrzeć w ich dusze. Tarek. On by potrafił.

Wciąż myślała o starym druhu. Tarek. Wszyscy często żartowali sobie z wiecznie milczącego nekromanty, który odzywał się tylko gdy naprawdę miał coś istotnego do powiedzenia. Wciąż zarzucała sobie, że to przez nią musiał zginąć. Z drugiej strony, odszedł tak jak zawsze tego pragnął. W obronie równowagi, oddał siebie za tych, którzy nigdy nie dowiedzą się komu zawdzięczają życie.

- Co się stało? - Zapytał barbarzyńca widząc zatroskaną twarz kobiety - Znowu myślałaś o Tareku?
- Skąd wiesz? - Odparła zaskoczona przemyślnością towarzysza.
- Znam to spojrzenie, ten rodzaj milczenia. Sposób w jaki człowiek układa ramiona. Wszystkim nam go brakuje.
- Zaraz mi przejdzie, muszę tylko
- Przestać myśleć. - Dokończył za nią, zmarszczyła brwi.
- Genialne. Czemu sama na to nie wpadłam. - Rysy twarzy amazonki stężały. Gniew kryjący się w jej głosie, zaskoczył go. Amazonka przyspieszyła kroku. Hogar nie próbował za nią nadążyć. Niech idzie, poukłada sobie wszystko w głowie. Zdecydował ostatecznie.

Barbarzyńca zawsze lubił cichego Tareka. Jego obecność zawsze działała na olbrzyma uspokajająco, zwłaszcza gdy przychodziło im się mierzyć z magią, daleko wykraczającą poza pojmowanie prostego wojownika przedkładającego siłę fizyczną nad wszystko inne. Teraz bez Wiedzącego przy boku dużo trudniej było odpędzić złowrogie przeczucia o mrocznych czarodziejach, jakich mogą spotkać na swojej drodze. Pomyślał o Vrecku. Paladyn był dobrym kompanem, ponadto w momencie po śmierci nekromanty przejął część jego obowiązków związanych z analizowaniem potencjału magicznych przeciwników. Vreck liznął trochę magii, jak każdy paladyn, był doskonale predestynowany do wykorzystywania potęgi światłości, ale mimo to przeważnie preferował fizyczne rozwiązania podobnie jak Hogar. Teraz uległo to zmianie. Zamiast swojego miecza, rodowej broni przekazywanej z pokolenia na pokolenie, paladyn dzierżył berło, wzmacniające jego zdolności magiczne. Można było wykorzystwać go w bezpośredniej walce, ale nie zapewniało takiej siły uderzeniowej jak obusieczne, wykonane z meteorytowej stali ostrze.
Czasami zapominał o Hamrysie. Stary Vizjerei spotkał ich w Bramwell. Tam też opowiedział im o swoim odkryciu, o szaleństwie trawiącym go od środka niczym robaki żerujące na zwłokach. Słodkie słówka o bogactwie nie robiły na barbarzyńcy wrażenia. Paladyn w ogóle zbył tą kwestię milczeniem. Janice, nie miał pojęcia o czym myślała, ale w głębi duszy odnosił wrażenie że zna odpowiedź. Wszyscy tęsknili za przygodą. Minęło pięć lat od wielkiego konfliktu jaki ogarnął sanktuarium. Powrót Wielkiej Trójcy i związane z nim wydarzenia kolejny raz odcisnęło piętno w ludzkim świecie który długo miał nosić ślady demonicznego zepsucia jakie wychynęło z samych najgłębszych czeluści piekieł. Któż to może wiedzieć, być może już nigdy nie będzie tak jak było przedtem.

Janice zniknęła mu z oczu. Barbarzyńca westchnął przeciągle, ostatnie promienie słoneczne z trudem przebijały się przez gęste listowie, za kilka minut i ta odrobina światła miała przepaść, przyspieszył kroku. Od obozu dzieliło go zaledwie kilkadziesiąt metrów. Moment opuszczenia Bramwell przypominał mu dawne, awanturnicze czasy. Od zakończenia na Górze Arreat egzystował niczym jeden z golemów jakie często towarzyszyły Tarekowi. Spustoszenie ziem, od stuleci należących do jego pobratymców w skutek eksplozji wywołanej zniszczeniem Kamienia Świata stworzył z niego i jemu podobnych wyrzutków pozbawionych ojczyzny. Cieszył się, że konflikt między niebem a piekłem został ostatecznie zażegnany, ale brak adrenaliny związanej z walką na śmierć i życie z zastępami nieprzyjaciela i ogromne koszty jakie spotkały wszystkich barbarzyńców sprawiał że czuł się wypalony niczym gliniana skorupa. Teraz jednak zaczynały męczyć go wątpliwości. Może praca straznika miejskiego nie była jednak taka zła?

Odgonił tę defetestyczną wizję tak szybko jak się pojawiła. Każdy dzień patrolowania ulic był dla niego przekleństwem. Ściganie zwykłych złodziejaszków, oszustów podatkowych, sprawców bójek i gwałtów, nie był dla kogoś takiego jak on. Bramwell i tak było spokojne, zbyt spokojne jak na gust olbrzyma. Tutaj miał przynajmniej okazję wykazać się tym co potrafił najlepiej.

W oddali dostrzegł płomień bijący od ogniska. Nareszcie na miejscu.



xxx




Kapitan najemników, Angus Teezar, przewodził grupie dwudziestu ludzi, wynajętych przez maga w Bramwell. Hogar minął dwóch wyznaczonych na nocną wartę żołdaków, ledwo kojarzył ich z imion. Mimo blisko dwóch tygodni, jakie minęły od wypłynięcia z Królewskiego Portu do Kurast, nie zamienił z żadnym więcej niż kilku zdań. Nie potrafił odmówić im odwagi, zdążył się przekonać, że naprawdę potrafią walczyć, ale potyczki z wężami błotnymi, czy łupieżcami to nie to samo co starcia z demonami i nieumarłymi. A miejsce do którego prowadził ich Vizjerei mogło obfitować w oba zagrożenia. Miał nadzieję, że gdy przyjdzie czas na prawdziwą walkę, ludzie Teezara udowodnią czy są tacy dobrzy jak zapewniał ich stary przywódca.

Ludzie zgromadzili się wokół ogniska. Pili, żartowali, piekli mięso. Kilku tragaży taszczących dobytek maga i zapasy żywności odpoczywało nieco z tyłu, rozmawiając półgłosem. Vreck z Janice siedzieli w ciszy nie angażując się w rubaszne konwersacje prowadzone przez najemników. Hogar szybko dołączył do przyjaciół.

- Co słychać Vreck? Gdzie jest Vizjerei? - Zapytał Hogar nabijając na patyk wielki kawał wołowego mięsa.
- Siedzi w zwoim namiocie i rozmyśla. Zajrzałem do niego jakiś kwadrans temu, to tylko zwymyślał mnie, że niby mitrężę jego cenny czas zadając bezsensowne pytania, gdy on ciężko pracuje by doprowadzić nas do celu. - Wzruszył ramionami - Wygląda na to, że stracił trop. Podejrzewam, że jutro ruszymy dopiero w okolicach południa, o ile w ogóle ruszymy. - Hogar pokiwał głową z dezaprobatą.
- A tak w ogóle, - Vreck dodał po chwili - jak tam patrol? - Barbarzyńca przewrócił oczami dając do zrozumienia towarzyszowi, że nie wydarzyło się nic o czym warto byłoby wspominać.
- Pare grup wałęsających się łupieżców, nic z czym byśmy sobie nie poradzili. - Janice spojrzała na niego znacząco ale nie wtrąciła się do rozmowy. Barbarzyńca i Paladyn doskonale wiedzieli o czym rozmyśla. Oboje wielokrotnie próbowali przekonać ją, że nie może upatrywać niczyjej winy w śmierci ich towarzysza. Sam zdecydował się na taki dramatyczny krok, gdyby tego nie zrobił, prawdopodobnie żaden z nich nie wyszedłby cało z tamtej półapki.
- Pora się kłaść, miejcie nadzieję, że staruch do rana z powrotem wpadnie na trop tych cholernych ruin. - Oznajmil Vreck i okrył się śpiworem. Pozostali zrobili to samo. Ognisko tliło się z wolna, drewniane szczapy skwierczały cicho akompaniując do muzyki nocnych owadów wybywających na żer. Księżyc niósł się wysoko, znikając co jakiś czas za gęstymi chmurami. Gdzieś w oddali para czerwonych oczu przypatrywała się śpiącym ludziom oceniając ich szanse na przeżycie nocy. Do tej pory mieli szczęście. Czas sprawdzić, jak długo uśmiech losu będzie im sprzyjał.



xxx




Przeraźliwy krzyk agonii wypełnił ciszę nocy, rozdzierając ją niczym stare prześcieradło. Hogar pierwszy zerwał się ze snu, ognisko zdążyło dawno wygasnąć. Barbarzyńca rozejrzał się nerwowo. Vreck podniósł w górę berło, białe światło omiotło okolicę, wtedy ich zobaczyli.
Jeden z najemników leżał bez życia na ziemi z prawie odgryzioną głową. Zwisała przekręcona nienaturalnie w bok odsłaniając złamany kręgosłup trzymając się ledwie na centymetrowym pasku skóry. Bestia która go zabiła miała ponad dwa metry wzrostu, potężną sylwetkę pod którą pracowały sploty mięśni. Gęste kołtuny niemal zakrywały jej oczy w których malowała się jedynie żądza krwi. Drugiego z trzymających wartę żołnierzy nie było. Uciekł gdy usłyszał krzyk umierającego towarzysza.

potwórr wrzasnął obnażając dwa rzędy zakrwawionych zębów długości palca wskazującego dorosłego mężczyzny. Rzucił się biegiem w kierunku dwóch biegnących w jego kierunku najemników. Zabiłby ich niechybnie, gdyby nie ugodził go w pierś oszczep rzucony przez amazonkę. Bestia zachwiała się pod wpływem uderzenia, to pozwoliło żołnierzom wymierzyć jej dwa szybkie cięcia wymierzone w tors. Istota z wrzaskiem upadła w błoto wijąc się w konwulsjach. Żólnierze krzyknęli triumfalnie.

Moment później zginęli pocięci kawałkami kości, nagromadzona w martwym cielsku energia została wyzwolona zasypując okolicę fragmentami organów wewnętrznych i krwią.
Hogar wrzasnął wskazując na dwie kolejne poczwary biegnące w kierunku obozowiska od strony rzeki. Kapitan Angus rozkazał łucznikom skoncentrować ogień na bliższym stworze. Paladyn machnął berłem biegnąc w kierunku drugiego oponenta ramię w ramię z barbarzyńcą, jego tarcza rozbłysnęła niebiańskim blaskiem, na jej powierzchni zalśnił biały krzyż migocząc lekko. Hogar poczuł jak moc przenika wszystkie mięśnie w jego ciele, wrzasnął fanatycznie wyprzedzając towarzysza nie zważając na niebezpieczeństwo, rzucił się na przeciwnika. Gdy znalazł się w zasięgu ciosu, na głowę stwora spadł pocisk z samych niebios niemal wgniatając go w ziemię. Ogłuszona bestia machała chaotycznie rękami zaopatrzonymi w potężne pazury. Barbarzyńca uchylił się pod ciosem, topór świsnął w powietrzu ucinając potworowi głowę wraz z jednym ramieniem. Ułamek chwili potem odskoczył od swojej ofiary nim zdążyła wybuchnąć i wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę.

- Patrzcie tam! - Wrzasnęła janice pokazując palcem na wzgórze głębiej w dżungli.
Hogar z Vreckiem natychmiast zaszarżowali w kierunku postaci w czarnym płaszczu. Byli już zaledwie kilka metrów od nieruchomo stojącego człowieka gdy ten wyszeptał inkantację. Zdążyli zobaczyć tylko promieniujące nienawiścią oczy, całe czerwone jakby wypełnione krwią. Fala energii odrzuciła ich w tył zatrzymując dopiero na dwóch drzewach. Janice zbliżyła się na odległość rzutu oszczepem, spojrzenia jej i czarownika spotkały się. Amazonka zawahała się, ta chwila mogła ją wiele kosztować, mag bowiem nie zwlekał. Z ziemi wyskoczyły macki, zaczęły sunąć w kierunku wciąż leżących nieruchomo pod drzewami ciał. Janice zareagowała dopiero teraz, ogarnęła ją dzika furia, pod której wpływem zerwał się gwałtowny wiatr, pojedynczy grzmot przeciął niebo na pół. Trzymany w dłoni amazonki oszczep przechwycił moc błyskawicy, po jego głowicy przeskakiwały wyładowania gotowe by przy uderzeniu wyzwolić nagromadzoną moc. Janice cisnęła pocisk w kierunku najbliższej macki trafiając w zgrubienie tuż u jej nasady, moment w którym ostrze dosięgneło celu uwolniło skumulowaną w nim moc żywiołu, w kierunku pozostalych macek wystrzeliły pioruny, zaczęły tańczyć między oślizłymi tworami. Przez krótką chwilę porażone macki szamotały się uderzając rozwidlonymi końcówkami o ziemię aż ostatecznie znieruchomiały. W tym momencie czarnoksiężnik który do tej pory statycznie stał na wzgórzu oglądając całe teatrum działań zniknął. Wówczas zapanowała cisza.



xxx




Hogar i Vreck zdołali pozbierać się z ziemi dopiero po kilkunastu minutach. W międzyczasie kapitan najemników zebrał swych ludzi w krąg. Rozmawiali cicho, lecz janice słyszała wyraźnie utyskiwania niektórych wojaków na niespodziewaną zasadzkę. Nie myśleli chyba że czeka ich tu piknik?
Amazonkę, znacznie bardziej interesowało co podczas walki robił Vizjerei. Nie omieszkała zwrócić na to uwagę przyjaciół.

- Pójdę to sprawdzić. - Oznajmił Vreck i ruszył w stronę namiotu maga.
- Cholernie ciężka walka. - Kapitan Angus dołączył do niego przrywając rozmowę z podwładnymi. - Nie powiem, spodziewaliśmy się walki z zamieszkującymi tę dżunglę bestiami, ale coś takiego? Podobno walczyliście z piekielnym pomiotem, co to takiego było? - Zapytał.
- Pierwszy raz coś takiego widziałem na oczy. Moi towarzysze również. - Odparł zgodnie z prawdą - Bestiom dowodził czarodziej. Uciekł, więc zapewne spróbuje ponownie.
- Widziałem. - Pokiwał głową - Prawie was wykończył. Ale do kroćset, to zmienia postać rzeczy! Moi ludzie są w stanie odeprzeć prawie każde zagrożenie, ale demony? Tym miał zajmować się nasz oświecony zleceniodawca! To jedno z założeń kontraktu! Chcę z nim koniecznie porozmawiać.
- Więc zróbmy to. - Paladyn wzruszył ramionami ucinając pustą rozmowę. Jego również zaskoczyły niespodziewane problemy. To oczywiste, że w zapomnianych od setek lat ruinach mogą kryć się najrozmaitsze niebezpieczeństwa, ale jeżeli napotyka się na nie w samym sercu dżungli, niebiosa raczą wiedzieć w jak dużej odległości od celu, sprawa zaczynała stawać się coraz bardziej poważna. Paladyn wątpił ażeby to był przypadek. Wielu czarnoksiężników wciąż zatruwa ten świat swoją obecnością, ten jednak miał bardzo wiele odwagi by ukazać jaką potęgą dysponuje, a Vreck szczerze wątpił czy objawił im chociażby ułamek swoich możliwości. Jedno starcie a już czterech najemników ubyło. Jeden może zdoła wrócić, chociaż lepiej dla niego zapewne byłoby gdyby uciekł w stronę Kurast. O ile przeżyje samotną wędrówkę w dżungli trwającą minimum 3 dni jakie dzieliły ich od doków i nie zabłądzi.

Paladyn odsunął płachtę materiału zasłaniającą wejście do namiotu i pokazał gestem Angusowi by wszedł pierwszy. Ten sapnął widząc, że stary czarodziej śpi sobi smacznie podczas gdy wokół nich rozpętało się prawdziwe piekło. Vreck spostrzegł, że najemnik położył dłoń na rękojeści miecza, nie zdziwiło go to, mimo, że najemnikowi zależało przede wszystkim na wypłacie za osiągnięty trud, wiedział, jak trudno doświadczonemu żołnierzowi jest pogodzić się ze śmiercią podwładnych, nawet jeżeli byli bandą morderców i rabusiów, którzy bardziej pasowaliby do stryczka niż do wojaczki.

Vreck podszedł do maga i klepnął go w ramię, ten tylko machnął ręką nad głową starając się odpędzić komara który zakłóca mu sen, jednak bezskutecznie. Chrapiąc otworzył oczy. W tym samym momencie twarz wykrzywiła mu się w grymasie wściekłości.

- Jak śmiesz mnie budzić! Pracowałem pół nocy, ledwo zasnąłem a wy macie czelność mi przeszkadzać?! Masz trzy sekundy by przygotować interesującą wymówkę albo usmażę was obu na wolnym ogniu! - Wrzasnął zrywając się na równe nogi. Vreck spostrzegł, że czarownik nawet do snu nie zdejmował swojej szaty. Turinash maga miał jaskrawoczerwony kolor z fioletowymi wstawkami w okolicach kołnierza, i nadgarstków. Całość uzupełniał żółty kaptur, i takiż pas.
- A ty jak śmiesz spać podczas gdy atakują nas stwory z piekła rodem!? - Odparł kapitan przez zęby - Czterech moich ludzi nie żyje, a ty chrapiesz sobie w najlepsze! Zastanawiam się czy nie złamać kontraktu, jeżeli tak ma wyglądać dotrzymywanie zobowiązań przez magów. - Vizjerei wytrzeszczył oczy.
- Trzeba było mnie obudzić! - Warknął - ten namiot jest obłożony potężnymi zaklęciami ochronnymi! Na zewnątrz mogłoby rozpętać się tsunami, trzęsienie ziemi, burza z piorunami a żaden dźwięk z zewnątrz nie dostałby się do środka! Jak myślicie, czy ja byłbym w stanie pracować, podczas gdy wy w pijackim amoku drzecie mordy co wieczór?!
- Dość! - Przerwał im Vreck - Hamrysie, odparliśmy atak, bestie które nas zaatakowały nie przypominały żadnych z jakimi przyszło mi dotąd walczyć. Ale potwory potworami. Bardziej martwi mnie mag, który je sprowadził. - Oczy Vizjerei rozszerzyły się.
- jak wyglądał? Zabiliście go? - Spytał.
- Uciekł. powalił mnie i Hogara bez większych trudności. Gdyby nie Janice, zapewne nie rozmawiałbym teraz z tobą. Wyjdźmy na zewnątrz. Może uda Ci się z resztek napastników czegoś dowiedzieć.
- Jeden zachował się w całości. - Powiedział nagle kapitan - Naszpikowaliśmy go strzałami, wygląda jak jeden z kolcozwieży jakie można spotkać u nas w marchii, tylko że jest od nich kilkanaście razy większy.
- To ciekawe. Rzuca sporo światła na naszego czarodzieja. - Oświadczył paladyn - Być może to właśnie on zdetonował zwłoki, by nawet po śmierci jego pupili zadać nam jakieś straty.
- Nekromanta? - Wtrącił się Hamrys - Nigdy plugawcom nie ufałem. - Paladyn wzruszył ramionami.
- Wątpię czy to był nekromanta. Być może poznał jakieś aspekty wykorzystywnej przez nich sztuki, ale nie wierzę, by jeden ze strażników równowagi zaczął służyć ciemnym mocom. - Vizjerei spojrzał na niego sceptycznie.
- Skąd ty możesz to wiedzieć. - Zadrwił. Paladyn spojrzał mu w oczy.
- Znałem jednego z nich. I zdążyłem poznać na tyle, że nie pozwolę nikomu w mojej obecności , by chociaż jednym słowem zdecydował się oczerniać lojalność i dokonania nekromantów, więc zważ na swój ton.

Opuścili namiot. Najemnicy przynieśli ciało jedynej ocalałej bestii, ułożyli je obok wypalonego ogniska. Ze zwłok roztaczał się okropny smród. Wszyscy żołnierze stanęli w pewnej odległości od poczwary jakby bojąc się, że w każdej chwili trup postanowi zmienić stan skupienia. Tylko Hogar i Janice postanowili stanąć na tyle blisko potwora by dokładniej mu się przyjrzeć. Pousuwali już większość strzał jakimi naszpikowane było ciało istoty.
Vizjerei nie odrywał wzroku od leżącego ciała. Przyjrzał się wielkim zębom, przez pewien czas wodził ręką po torsie istoty mrucząc coś niezrozumiale. W końcu dotknął trupa czubkiem swojej laski mamrocząc przy okazji słowa mocy. Powietrze przesycił zapach zgnilizny i rozkładu.

- Nie ma wątpliwości. - Oświadczył Vizjerei - To ożywieniec, najprawdopodobniej coś jakby ogniwo pośrednie pomiędzy Ghulem a tutejszymi zombie. To co może zaskakiwać, to doskonale zachowane ciało. Z reguły nieumarli posiadają pewne, jakby to określić... Defekty, rozprute brzuchy, braki w uzębieniu, i inne takie. Zwłaszcza tutejsze, wilgotny klimat, zwiększone tempo rozkładu. Ten tutaj natomiast, posiada kompletne ciało, w żaden sposób nie uszkodzone. No, nie licząc ran po pociskach. Pozostałe wyglądały tak samo, zanim postanowiły się rozerwać? - Paladyn skinął głową. - Zaczyna się robić naprawdę ciekawie.
- Potrafisz dowiedzieć się czegoś o ich twórcy? - Zapytał paladyn. Mag pokręcił przecząco głową.
- Normalnie nie byłoby z tym żadnego problemu. Magia zawsze zostawia ślady, zwłaszcza tak paskudna jak nekromancja. Tutaj jednak nie jestem w stanie odczytać nic, oprócz tego, że do jej użycia wymagana była ogromna wiedza i jeszcze większy talent. Zwłaszcza, żeby ukryć tak wielki potencjał magiczny, ale jest jeszcze inna możliwość. Prowadźcie do tych które wybuchły. Same na pewno tego nie dokonały pośmiertnie. Może czar który wywołał eksplozję zwłok na coś mnie naprowadzi.

Resztki leżały na przecince pomiędzy drzewami. Z potwora pozostał jednynie kawałek głowy, kości miednicy i mnóstwo krwi. Kilka żeber wbiło się w jedno z otaczających polanę drzew. Ciała zabitych pośmiertnie przez stwora najemników przeniesiono. Żólnierze zaczęli szykować dla nich mogiłę, ale mag surowo im tego zabronił. Nakazał spopielić zwłoki, by ciała nie mogły zostać wykorzystane przez nekrotycznego czarnoksiężnika. Vizjerei podszedł do żałosnych pozostałości po ożywieńcu i uklęknął poszukując nitki która mogłaby go zaprowadzić do źródła z jakiego czerpał rzucający tak plugawe zaklęcia.

Na próżno.

- Nie wyczuwam żadnych, nawet najmniejszych pozostałości po użytych zaklęciach. Gdybym był obecny podczas walki w mig rozpoznałbym stopień zagrożenia z jakim przyszło nam się borykać. - Oświadczył.
- Czyli jedyne co nam pozostaje to oczekiwać do następnego spotkania? - Paladyn spojrzał na niego sceptycznie.
- Tego nie powiedziałem. - Skrzywił się mag - Być może uda mi się uchwycić jakieś resztki energii podczas dalszego marszu. Nasz czarnoksiężnik z pewnością musi nas obserwować. Jeżeli chociaż przez moment utraci koncentrację zdołam niechybnie go wykryć, a wtedy sami wyprowadzilibyśmy pierwszy cios.
- Więc ruszamy dalej?
- Zaraz po świcie. Za jakieś trzy godziny. Podwojcie warty. - Te słowa skierował do kapitana najemników podążającym za nim jak cień. - Nie możecie dopuścić by ponownie was zaskoczył. Jak tylko coś się zacznie natychmiast mnie budźcie. - Kapitan skinął głową z grymasem niepewności.
- Ja i moi przyjaciele obejmiemy wartę, kapitanie, ale byłoby miło gdyby paru twoich ludzi również miało oko na liniię drzew.
- Żaden z nas nie zmruży oka. Po czymś takim? Lepiej maszerować zmęczonym, niż zostać trupem. - Odparł stary zołnierz.

Najemnicy pośpiesznie ułożyli stos. Ciała zabitych towarzyszy spoczeły na usypanym z chrustu kopcu. Ogień natychmiast pochwycił ciała, powietrze wypełnił odór palonego tłuszczu i włosów. Ludzie przez moment patrzyli jak czarny dym niesie się pionowo ku rozgwieżdżonemu niebu. Gdzieś w oddali zawył wilk. Zły omen. Wszyscy zatoczyli ochronne kręgi na piersi, rozglądając się trwożnie, wypatrując wśród drzew przerażających czerwonych oczu.

Każdy zadawał sobie tylko jedno pytanie, chociaż nikt nie odważył się powiedzieć tego na głos.

Kto będzie następny?

Wróć do poprzedniej strony


Oceń materiał: Ocena: 5.38 (8 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.