diablo 3

Opowiadanie: Krok w nieznane część 2.

Ostatnia modyfikacja: 25.01.2014. Utworzono: 25.01.2014

Bekereth spał od stuleci. Pozbawiony ciała, pogrzebany wraz ze swoim pogromcą. Egzystował jako mizerny fragment duszy, który cudem zdołał uratować, wykonując ostatni, największy wysiłek w swoim życiu. Trud, osiągnięty dzięki wyjątkowym umiejętnościom otrzymanym w darze od siedmiu potęg i tak poszedł na marne. W tym stanie, nie mógł nic zrobić. Nie potrafił nawet złorzeczyć mocom, jakie go zniewoliły. Spał, ale nie umarł. Nie w ludzkim pojmowaniu tego słowa.

Śnił mu się rozlew krwi. Powrót po latach nieskończonych udręk. Przerwanie stagnacji ciągnącej się przez wieki. Gniew kipiał w drzemiącej, eterycznej istocie zakutej w kajdany bezczynności. Jedyną rozkosz stanowiły wspomnienia, zapach gorącej krwi chłeptanej przez służacych mu peonów, spływającej całymi kaskadami wzdłuż rynsztoków spacyfikowanej przez demony wioski. Ekstaza jednak w końcu zamieniała się w torturę. Symbolizowała przeszłość nie mającej już żadnego znaczenia, również przyszłość dla Bekeretha stanowiła jedynie puste słowo pozbawione wartości.
Pozostała mu teraźniejszość, która znaczyła tyle co wieczność. Zgubiła go pewność siebie, przeświadczenie o byciu niepokonanym. Gdyby wiedział, byłby ostrożniejszy. Nie popełniłby błędu, skandalicznego w swoich skutkach. Jego przeciwnik nie żył, ale jakie to miało znaczenie, gdy on sam pozostawał w zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią. Setki lat, spędzonych na wygnaniu, sprawiały, że śmierć wydawała mu się marzeniem. Nieosiągalnym snem odratowanego samobójcy.

Bekereth dryfował w immaterium nieświadomy obcej ingerencji w domenę w której przyszło mu gnić. Wyczuwał delikatne drgania mocy, ale uznał je za odległe echo zaklęć dobiegających zza ostatecznej granicy. O sile zdolnej do wyrywania dziór między wymiarami, pozwalając zaczerpnąć szczątki wiedzy tajemnej, tak bliskiej i znajomej, niegdyś stanowiącej z nim jedność.

Nie przewidywał, że właśnie pojawiła się szansa na powrót. Ktoś go odnalazł. Chciał podarować mu wolność.

Bynajmniej, nie bezinteresownie.

Bekereth wyczuł spływającą na niego łaskę, początkowo ją zignorował, dopiero ułamek chwili później zrozumiał kierowane w jego stronę pytanie.

Zbudził się.

Służył.



xxx




Reszta nocy minęła bez zakłóceń. Nikt, za wyjątkiem Hamrysa, nie odważył się zmrużyć oka. Burt, tak miał na imię tchórzliwy najemnik, który jak podejrzewali pozostali dał nogę, nie wrócił. O jednego mniej do podziału łupów.

Najdziwniejsze było w tym to, że prawie nikogo ten fakt nie cieszył. Po radosnych, pełnych śmiechu i sprośnych żartów rozmowach pozostało tylko bolesne wspomnienie. Pierwsza krew zmienia ludzi. Można żartować tak długo, dopóty śmierć nie zacznie wyciągać po ciebie swe długie łapska. Wtedy dorastasz mentalnie, ale jednocześnie karlejesz, stając się bezsilny jak dziecko.

Skończyli śniadać po czym ruszyli dalej, w głąb niedostępnej dżungli Kedżystanu. Słońce stało wysoko, zapowiadając upalny dzień. Muchy cieły niemiłosiernie. Na czele grupy szedł Vizjerei, asystowali mu Vreck i Hogar. Kapitan Angus został w środku pochodu, dyskutował głośno ze swoim zastępcą kwestie związane z dyscypliną w oddziale. Reszta szła gęsiego, trzymając w pogotowiu broń. Janice zamykała pochód. Gdyby nie brak zaufania w stosunku do płatnych zbirów Teezara pewnie szłaby ramię w ramię z przyjaciółmi, ale zgodnie uznali, że ktoś musi ich pilnować. Byli zbyt przerażeni, żeby dobrze wykonywać swoje obowiązki.
Dwóch najemników torowało drogę, wycinając maczetami przejście pomiędzy warstwami grubych, gęstych liści i zdrewniałych lian. Zranione rośliny wydzielały duże ilości białego soku o bardzo intensywnym zapachu. Niektórym z żołnierzy zbierało się od niego na mdłości. Kilku co jakiś czas wymiotowało, inni narzekali, na halucynacje. Dopiero zaklęcie czystego powietrza usunęło niepokojące objawy. Mag z pewnością uznałby to za zbędne, gdyby nie fakt, że tempo marszu wyraźnie spadało. Długo psioczył nad marnotrawieniem pokładów energii magicznej, ale wszyscy puścili to koło uszu.

Hamrys był człowiekiem bardzo ostrożnym, lubiącym przemyśleć kilka razy każdy podjęty wysiłek, dokonywane przez niego przedsięwzięcia do tej pory zawsze kończyły się sukcesem, bo w pełni rozumiał ich wagę, szanował czas który musiał poświęcić, w końcu cel uświęcał środki. Wisienka na torcie. Chwila, będąca zwieńczeniem podjętego wyzwania. Ostateczne zwycięstwo okupione nieraz ogromnym wysiłkiem.

Czuł się odrobinę nieswojo. Ta wyprawa nie została przemyślana tak jak miał to w zwyczaju. Po raz pierwszy zadziałał impuls. Wiedziony chwilą nagłego oświecenia postawił wszystko na jedną kartę. Na asa w rękawie. Tylko czyj to był rękaw?
Pierwszy raz w historii swoich podróży, miał obawy.

Zdawał sobie sprawę, że u celu czeka go walka, która może kosztować życie wszystkich ludzi, którzy zdecydowali się mu towarzyszyć. To nie miało znaczenia, kilka istnień w zamian za wieczność, za bezpieczeństwo całego sanktuarium, był gotów je poświęcić dla większego dobra. Bardziej martwiła go świadomość porażki, nie potrafił odrzucić tej myśli, gnębiła go od samego początku, gdy natrafił na zapiski w samym sercu heretyckiej świątyni dwadzieścia lat temu, gdy nikt już nie pamiętał jak niebezpieczny potrafi być świat.
Prawie nikt.

Dzień powrotu Mrocznej Trójcy jawił mu się najstraszniejszym z koszmarów. Ziszczeniem marzeń szaleńca. Ulice spływały krwią niewinnych, rzesze uchodźców szukające ratunku, znajdujące śmierć w męczarniach. Strach zastygły w martwych źrenicach, twarze wykręcone w grymasie agonii. Te i inne obrazy z przeszłości powracały w snach, pozbawiając go złudzeń. Wieczny konflikt ciągle trwał, jego ogień chwilowo wygasł, tylko kiedy znowu podmuch wiatru rozbudzi ten żar, gotowy by pochłonąć sanktuarium?
Vizjerei wiedział, że do czasu ostatecznej rozprawy nie może pozwolić sobie na łatwe, bezsensowne straty. Do tej pory dobrze sobie radzili w starciach z lokalną fauną, ale poważniejsza potyczka obnażyła ich słabości. Przeciwnik maksymalnie wykorzystał czynnik zaskoczenia, ale na pewno był zaniepokojony, nie miał przewagi. Gdyby był pewny swej siły nie bawiłby się w podchody, uderzyłby frontalnie. Z całą siłą. Ten brak pewności siebie cieszył Hamrysa. Z drugiej strony, najtrudniejsza jest walka z nieznanym, ale tylko tchórz się ukrywa, by jak najbardziej opóźnić poznanie jego słabości.

Mag skoncentrował się na zaklęciu, chciał zapewnić eskortującycm go ludziom jak najwięcej spokoju. Walka z rzecznymi wężami, czy wielkimi Kolcodrzewcami, mogła szybko wykrwawić oddział najemników Angusa. To prawda, że byli mięsem armatnim, ale jeśli mają umierać, niech przynajmniej ochronią skórę swego pracodawcy. Rozciągnął potężny urok mentalny, wszystkie rozumne istoty w okolicy wyczuły falę mocy uderzającą w ich umysły, roztaczając im przed oczami ich największe obawy, strach jest najskuteczniejszym narzędziem kontroli, każdy czegoś się boi, a mag wyczarował grozę paraliżującą nerwy, mrożącą krew w żyłach. O natężeniu zdolnym zabić bardziej strachliwe istoty.

Niespodziewany odgłos wyrwał ludzi z zamyślenia. Wszyscy odwrócili wzrok w kierunku z którego dochodził dźwięk upadku. Nie upłynął moment, dłuższy niż dwa uderzenia serca a wszystkie ptaki z okolicznych drzew podniosły jazgot i odfrunęły w chaotycznej ucieczce, byle dalej. Na ziemi leżała jaskrawo ubarwiona papuga. Paladyn podszedł do niej, uklęknął.
Nie żyła, chociaż wydawało mu się to irracjonalne, miał dziwne wrażenie, że te oczy musiały zobaczyć coś przerażającego, wyczuwał jak duch ptaka szybuje wciąż wokół ciała, rzucając się w niezrozumieniu.

Cholera, przesadziłem. - Pomyślał Hamrys.

Magia tego rodzaju była ryzykowna. Jeśli jego przeciwnik naprawdę był utalentowanym czarownikiem, urok pozwoli mu śledzić ekspedycję, stanie się swoistym sygnałem wiodącym. To jeszcze nie było najgorsze, mag przeczuwał, że nieprzyjaciel, nawet bez takiego prezentu doskonale zdawał sobie sprawę z ich położenia. Był nekromantą, to trochę pocieszało Vizjerei. Nieumarli kierują się instynktem. Wiedzą utrwaloną w kościach, mięśniach i ścięgnach. Ich mózgi, o ile je posiadają są tak samo martwe jak oni. Nie czują bólu, strachu czy żalu. Nie są w stanie dostrzec więc impulsu który rozsiał, zmuszając wszystkie, żywe, rozumne istoty do pogrążenia się w panicznej ucieczce. Przynajmniej w tej materii ma nad przeciwnikiem jakąś przewagę. Wątpliwą co prawda, ale zawsze. Sprawy miałyby się zupełnie inaczej, gdyby przeciwnik był demonologiem.

Hamrys wzdrygnął się na tę myśl, co prawda, nekromancja i demonologia były sztukami których nie wypadało jednoczyć, ale szaleni, opętani pragnieniem wielkości magowie, dysponujący wielką mocą byli zdolni udźwignąć nawet tak ciężkie brzemię. Co innego ożywić martwe ciało, pozwolić mu bezmyślnie funkcjonować, przywołanie demona i utrzymanie nad nim kontroli wymagało znacznie więcej wysiłku. Istota taka ma własną wolę, nieraz ogromną wiedzę i równie wielki apetyt na władzę jak ludzie. Jednakże władza w ludzkim rozumieniu ma zupełnie inne znaczenie, bardziej prozaiczne, pozbawione puenty. Demon istnieje po to by niewolić ludzkie dusze, czynić je sobie poddanymi, aż w końcu, je zniszczyć. Tak po prostu, dla własnej satysfakcji. Przywołany zostaje wyrwany ze swojego naturalnego środowiska, z samych czeluści piekieł. Jest posłuszny swemu panu tak długo, jak ten jest w stanie nad nim zapanować. Wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie siły woli przywoływacza i sługi. Jeżeli mag jest słaby, natura demona zaczyna nad nim stopniowo górować, aż w końcu musi to doprowadzić to tragedii. Nieraz zdarzało się, że doświadczeni specjaliści w tej dziedzinie magii ginęli, bo nie byli w stanie przeciwstawić się woli przywołanych istot. Wówczas ich dotychczasowy niewolnik nie poprzestał na zwykłym akcie pomsty za upokorzenia wynikłe z posługi. Ciało było doskonałym materiałem, do stworzenia innych homunkulusów, gotowych by służyć nowemu panowi.

Tempo podróży znowu drastycznie spadło, więc mag zarządził półgodzinna przerwę. Nie przerwał nawet na moment studiowania trzymanego w rękach zwoju wypełnionego obliczeniami dokonanymi wczorajszej nocy. Był przekonany, że wśród zapisanych runicznym alfabetem ciągów znaków gdzieś musi kryć się błąd.

Ludzie usiedli posilając się, pijąc wodę, zagłębiając w monotonnej dyskusji. Hogar z Vreckiem postanowili wyjść na krótki rekonesans pytając wcześniej Vizjerei o kierunek w jakim pochód miał po przerwie wyruszyć.

Nie minęły nawet trzy minuty, gdy przybiegli z powrotem. Na ich twarzach gościł ponury grymas.

- Musicie to zobaczyć. Chyba znaleźliśmy Burta. - Oznajmił Vreck. Wszyscy natychmiast poderwali się na równe nogi.

To nie był przyjemny widok. Ciało najemnika zwisało głową w dół, czy raczej tym co z niej zostało, rozciągnięte na drzewie, przymocowane do niego włóczniami wbitymi w stopy, kolana i ręce. Lecz, to nie to było straszne, problemem nie był potworny smród i muchy uwijające się w otwartych ranach, składając w nich jaja. Najbardziej ludzi przerażał napis, wycięty na klatce piersiowej ofiary, strużki krwi spływające z nacięć zdążyły już dawno zakrzepnąć zniekształcając litery.


Odejdźcie! Zabijcie Maga i odejdźcie, a być może, daruję wam życie!



Ludzie cofnęli się ogarnięci grozą. Jedynie Hamrys, trójka przyjaciół i kapitan najemników patrzyli niewzruszenie na bestialsko okaleczone ciało. Niektórzy z żołnierzy szeptali między sobą, rozważając nikczemną propozycję, ale nikt nie zdecydował się wystapić przed szereg.

- Musimy go ściągnąć! - Krzyknął Angus z goryczą w głosie - Olin, zdejmij go z tego drzewa, Jauffre, pomóż mu.
- Moment! - Powiedział Vizjerei zatrzymując żołnierzy.
- A czemuż to?
- To może być półapka. Te muchy, nie powinno ich tutaj być. - Kapitan spojrzał na niego jakby był niespełna rozumu.
- Co niby muchy mają z tym wspólnego? - Zapytał.
- Za dużo by opowiadać a i tak byś nie zrozumiał. - Odparł opryskliwie podchodząc do trupa z laską, której klejnot przybrał karminową barwę. Nie uczynił nawet trzech kroków a dotąd spokojnie siedzące na Burcie muchy nagle ożyły wzbijając się w powietrze. Ich indywidualne dźwięki zlały się w jeden szum przypominający gwałtowne uderzenie huraganu. Pobudzony rój natychmiast rzucił się na podążającego naprzeciw maga.
Ten nie zwlekał. Uniósł laskę zatrzymując ją w pozycji horyzontalnej, klejnot poczerwieniał jeszcze bardziej, ale trwało to zaledwie ułamek sekundy. Z końca kostura wystrzeliła fala plomieni spopielając lecące w kierunku czarodzieja owady. Bezskrzydłe korpusy opadały na błoto, odór śmierci wypełnił nozdrza zgromadzonych. Hamrys uważnie przyjrzał się leżącym na ziemi pozostałościom. Stuknął laską o ziemię wstając. Owadzie korpusy zniknęły rozwiewając się w powietrzu.

- Iluzja. - Oznajmił krótko - Co nie znaczy, że nie wyrządziłaby krzywdy tym biedakom, których oddelegowałeś do tak niewdzięcznego zadania. - Kapitan zbladł.
- Czy teraz... można?
- Tak. Żolnierzu, - zwrócił sie do Olina - zdejmij ciało i ułóż na ziemi, tam gdzie leżały wcześniej owady. Nie mamy czasu na zachowanie obyczaju. Sam skremuję zwłoki, a przy okazji sprawdzę, czy nie ma na nich jakichś śladów magii. Jauffre ruszył za Olinem, żeby mu pomóc, mag chwycił go za ramię.
- Niech idzie sam. Poradzi sobie. - Najemnik bez przekonania zawrócił i stanął w szyku wraz z resztą żołnierzy.
- Nie ma więcej półapek? Może najpierw byś zbadał czy wszystko gra? - Hamrys uśmiechnął się szpetnie.
- Wcześniej ryzyko ci nie przeszkadzało. - Odparł kończąc rozmowę. Teezar tylko wzruszył ramionami.

Olin wyciągnął najpierw włócznie wbite w stopy i ręce ofiary. Zwłoki musiały sporo przeleżeć na słońcu. Skóra była cała wysuszona, smród unoszący się z gnijących ran gryzł w oczy ograniczając widoczność. Podtrzymał cialo ramieniem i usunął ostatnie dwie włócznie wbite w kolana. Położył ostrożnie Burta na ziemi.
Nagłe uderzenie gorąca w klatce piersiowej pozbawiło go tchu, wznosiło się coraz wyżej, uderzając do głowy. Na moment stracił wzrok, wezbrały w nim mdłości, zatoczył się i stracił równowagę, zrobił kilka chaotycznych kroków ale w końcu upadł tuż obok zwłok towarzysza.

Poczuł uderzenie w twarz. Chwilę potem następne, z drugiej strony. Ktoś oblał mu głowę wodą z manierki. Otworzył z wysiłkiem oczy. Stał nad nim Teezar, tknięty grozą, gdy spostrzegł, że jego podwładny odzyskał przytomność, położył jego głowę z powrotem na ziemi i odwrócił się w stronę maga.

- Czy to magia?
- Wątpliwe, raczej zwykłe omdlenie. Chociaż... - Uklęknął i dotknął czoła najemnika palcem wskazującym prawej dłoni, wyszeptał dwa melodyjnie brzmiące słowa. Zamknął oczy koncentrując się na żołnierzu.
- Jeżeli to magia, to nie zostawiła żadnego śladu. Omdlał, prawdopodobnie ze smrodu jaki wydziela ciało. Moja wina. Mogłem ponowić zaklęcie, czy raczej rozszerzyć je na wonie inne niż wydzielane przez rośliny. - Oznajmił nie wyrażając przy tym żadnej skruchy - Nie ma czasu na toczenie jałowych dyskusji. Zabierzcie go, zaraz przyjrzę mu się dokładniej, może będę mógł mu jakoś pomóc. Najpierw muszę skremować zwłoki. Zrobię to szybko, dość już tu zamarudziliśmy, zbierać się.

Najemnicy podnieśli Olina z ziemi, ten przez chwilę jeszcze się zawracał rozkładając podczas chodu ręce na boki jak atleta spacerujący po linie, usiłując utrzymać równowagę. Ten stan jednak szybko ustał i początkowa apatia ustapiła miejsca powracającemu dobremu nastrojowi. Żołdacy zdawali sobie od początku sprawę, że szanse na przeżycie Burta są równe zeru, nikczemna propozycja złożona przez nieprzyjaciela kusiła, ale żołnierski honor nie pozwalał im na dokonanie tak niegodziwego czynu. W głębi duszy, zdawali sobie chyba jednak sprawę, że nawet gdyby spróbowali zabić maga, skończyliby tak samo jak stado feralnych much.

Grupa wróciła na trakt. Nikt nie dostrzegł cienia skrywającego się za powiekami Olina, spoglądającego na idących ludzi głodnym wzrokiem. Z kącika ust najemnika zaczęła ściekać strużka śliny. Byt skrywający się w nim zdawał sobie jednak z tego sprawę. Chciał zachować pozory tak długo jak to będzie możliwe.

Tak jak nakazał mu pan. Był posłuszny. Służył.




xxx




Krzyki torturowanych niosły się po kazamatach, lecz na nikim nie robiły już wrażenia. Zakuty w łancuchy mężczyzna, siedział samotnie w celi. Otaczały go szkielety pomordowanych, tych, których nie potrzebowali, którzy byli zbyt wątli, starzy, schorowani. On nie miał tego szczęścia. Został przeznaczony do "wyższych celów". to oznaczało tortury, by raz na zawsze pozbawić go nadziei a zarazem człowieczeństwa, w ten sposób zło chciało go namaścić, odebrać mu duszę.

Zaklęty w ściany ból niósł się echem w jego głowie. Zakatowane ofiary pomstowały na swoich oprawców, przeklinały ich za doznane cierpienia, one bynajmniej miały to szczęście, że umarły. Jemu na to nie pozwolą. Nie teraz. Do fizycznej udręki zdążył już się przyzwyczaić. Stal zatapiająca się w ciało przestała budzić obawę, już prędzej... nerwowe oczekiwanie. Tak, od bólu też można się uzależnić. Ale nawet najgorsze cielesne tortury były niczym w porównaniu do słuchania piekielnego zawodzenia potępionych dusz, uwięzionego w ścianach. Jeżeli nie złamią go kolejnymi dniami w katowni, oszaleje wewnątrz własnej celi.

Jakiś nieszczęśnik przestał krzyczeć. Złamali go, albo ich frustracja przelała w końcu czarę goryczy.

Kroki niosły się korytarzem. Idą po następnego.

Zagrzechotał klucz przekręcany w drzwiach sąsiedniej ciemnicy. Odgłos zdejmowanych kajdan przerywał charczący oddech osadzonego. Kroki rozbrzmiały ponownie. Oprócz wolnych, tępych oderzeń bosych stóp katowskiego czeladnika, słychać było odgłos sunącej po kamieniu kuli przytroczonej do nogi skazańca.

Już niedługo.

Chciał umrzeć. Modlił się o to w każdej sekundzie jaką spędził w tym ponurym lochu. Nie pamiętał nawet jak długo już tu jest, dwa lata, trzy, a może dziesięć? Skazano go na nieśmiertelność, do tej pory jednak nie udało im się wykonać wyroku. Zamknął dostęp do swojej duszy, do przechowywanych w umyśle tajemnic. Nie pozwolił mrocznej istocie osiąść w swoim ciele. Oprawcy latami próbowali wyrwać jego esencję, liczył, że może się znużą, że niepowodzenia sprawią im zawód i po prostu dadzą mu upragnioną, wymodloną śmierć.
Po latach spędzonych na torturach, zdał sobie sprawę w końcu z bolesnej prawdy. Rzucił im wyzwanie, a demony łatwo się nie poddają. Nie mają potrzeby się śpieszyć. Istoty postawiły sobie za punkt honoru złamać go, i nie spoczną póki jego dusza nie zasili piekielnego tronu. Póty nie zmienią go w podobnego sobie potwora.

Postanowił, że wytrwa tak długo jak to możliwe. Widział co działo się z tymi którzy zostali złamani. Nie chciał stać się bestią ogarniętą szałem i rządzą gorącej, ludzkiej krwi. Nie mógłby, nie po tym co przeszedł.

Zapłakał cicho wspominając dawne życie. Zdawał sobie sprawę, że nie da rady dłużej wytrzymać. Jego skóra przestała przypominać ludzką, ciało bardziej przypominało wielokrotnie łatany pancerz, blizny, oparzenia, ledwo zgojone strupy. Nie było miejsca które zostawili w spokoju. Normalny człowiek umarłby już dawno, ale demoniczna moc trzymała go przy życiu. Ponowne otwarcie ran miało zapewnić niesamowite doznania, przy których dotychczasowe tortury przypominały niemal erotyczne pieszczoty. Wierzył w to.
Krzyki ucichły ponownie. Odgłos kroków bosej kreatury niósł się po korytarzu coraz wyraźniej.

Zachrobotał przekręcany w zamku klucz.

Twoja kolej.



xxx




Dotarli do rzeki. Teganze rozgałęziała się w tym miejscu, idąc odnogą skierowaną bardziej na wschód, wędrowcy mogli dotrzec aż do Viz-jun. Lasy deszczowe w tamtej częsci Kedżystanu były o wiele rzadsze, surowszy klimat nie sprzyjał ludzkiemu osadnictwu. Samo Viz-Jun było znacznie mniejszym ośrodkiem niż Kurast, położone w głębi kontynentu w delcie rzeki bardziej przypominało dużą osadę rolniczą, niż prężnie rozwijające się miasto. Kiedyś żyli tam Vizjerei, mieli tam nawet swój klasztor, jeden z pierwszych jakie zostały założone na kontynencie. Jednak z tej spuścizny nic nie zostało. Klasztor został zamieniony w katedrę Zakarum, w końcu nawet i ona popadła w ruinę. Hamrys, odwiedził za młodu to miasto, czy raczej to co z niego zostało. Poszukiwał wiedzy, starożytnych ksiąg, znalazł jedynie osadę pełną wiecznie pijanych ludzi, nie wiedzących nic o Vizjerei, dziedzictwie, walce ze złem. Żyli na uboczu, nie przejmowali się niczym. Gdy nastapiły mroczne czasy miasto o mało nie upadło. Lecz mag więcej nie wiedział. Odkąd je opuścił, czterdzieści lat temu, nie chciał mieć więcej nic z nim wspólnego.

O ironio, znalazł się teraz znacznie bliżej niżby tego sobie życzył. Nie spędzało mu to jednak snu z powiek, i tak zmierzali w innym kierunku.

Druga odnoga rzeki, z tamtej strony ciągneło główne źródło, prowadziła do dżungli Torajan, zamieszkałej przez Umbaru. Hamrys słyszał opowieści o szamanach zamieszkałych w niedostępnej części kedżystanu. Większość ekspedycji wysyłanych z największych ośrodków, takich jak Kurast czy nawet, ze znacznie bardziej oddalonego Kaldeum nigdy nie powróciła. Jedyna, z której relacją miał okazję zapoznać się Vizjerei opisywała, że w trzy dni po wkroczeniu do "Zakazanych Lasów", została zaatakowana przez khazrów, istoty przypominające wyglądem skrzyżowanie człowieka z kozłem. Kozłoludy zdołały zdziesiątkować, liczącą ponad pół setki zbrojnych grupę ekspedycyjną, która zdołała ocaleć dzięki interwencji kilku ciemnoskórych, noszących maski przedstawiające istoty, jakich ocaleni nigdy wcześniej nie widzieli, czarowników. Kozłoludy na widok grupy szamanów rzuciły się do panicznej ucieczki, lecz ci "Wojownicy z puszczy" trzymanymi w dłoniach laleczkami sprowokowały ich do powrotu, ostatecznie kozłoludy zaczęły walczyć same ze sobą, a tych którzy przetrwali bratobójczą walkę dobili szamani korzystając z zatrutych strzałek wydmuchiwanych z podłużnych trzcinowych tub. Podróżnicy chcieli podziękować tubylcom, lecz jeden z nich będących najpewniej przywódcą plemienia, nakazał im zawrócić. Nie odezwał się nawet słowem, po prostu wskazał im kierunek z którego przybyli wędrowcy. Nie oczekiwał odpowiedzi, chwilę później zniknął wraz z pozostałymi w nieprzeniknionych ciemnościach.

Teganze była rzeką o bardzo spokojnym nurcie, pozbawionym zdradzieckich wirów i wodospadów tak charakterystycznych dla swojej znacznie bardziej kapryśnej siostry Argentek do której wpływała. Woda koloru lazuru zachęcała do kąpieli, dziewicza część kedżystanu znacznie mniej dostępna dla ludzi uwodziła kolorem, zapachem, słowem wszystkim co miała do zaoferowania. Wysoko ponad liniią drzew na dalekim wschodzie piętrzyły się skalne molochy. Ich ośnierzone szczyty nieomal zachaczały o gęste, burzowe chmury nawiedzające górskie niedostępne szlaki. Majestatyczny widok budził nabożny podziw wśród żołnierzy nienawykłych do tak niezwykłego krajobrazu.

- Jak daleko stąd do brodu? - Zapytał Hamrysa Vreck patrząc na ciągnącą się w dal gładką jak lustro rzekę.
- Jakieś dwadzieścia kilometrów dalej na południe. Jeżeli, ruszymy w tamtą stronę, będziemy musieli potem nadłożyć kolejne piętnaście by wrócić na szlak. - Porównał dane zapisane na zwoju. Strata czasu.
- Ale chyba nie mamy wyboru, co? - Wtrącił się Teezar.
- Wy może i nie macie alternatywy, ale nie po to was wynająłem. - Wzruszył ramionami - Musimy znaleźć możliwie najwęższy przesmyk na rzece.
- I co wtedy?
- Zobaczycie. - Uśmiechnął się tajemniczo.

Ruszyli wzdłuż brzegu nie odrywając wzroku od leśnej ściany, jednocześnie wypatrując w oddali pierwszych zabudowań Viz-Jun. Rzeka zakręcała lekko na zachód wzdłuż niewielkiego klifu na którym stała kapliczka poświęcona Akaratowi, zaniedbana, ograbiona z dawnej świetności. Vreck pokiwał z żalem głową widząc tak haniebny akt desakracji.
Wreszcie dotarli do punktu w którym brzegi były od siebie oddalone o zaledwie dwadzieścia metrów. Ludzie stanęli w dwuszeregu, Janice usiadła na pniu jednego z przewróconych drzew Vreck i Hogar stanęli przy niej obserwując maga.

Ten przechadzał się wzdłuż ściany lasu szukająć odpowiednio wysokiego drzewa. W końcu znalazł dwa dostatecznie wysokie, podszedł do nich i wyszeptał zaklęcie uderzając w powietrzu laską jak mieczem.

Odgłos pękającego drewna wypełnił okolicę. Drzazgi sypały się na wszystkie strony. Wielkie, pełne pasożytniczych grzybów liście opadały na ziemię. Hamrys używając telekinezy poprowadził drzewa tak by utworzyły prowizoryczny pomost. Pot spływał po czole czarodzieja podczas tej operacji. Gdy skończył musiał przyklęknąć z wyczerpania.

- No, to robi wrażenie. - Skomentował Hogar przyglądając się idealnie gładkiej krawędzi po której prześlizgnęło się niewidzialne ostrze.
- Na co czekamy? Ruszajmy. - Oznajmił paladyn i gestem ponaglił najemników wciąż spoglądających niemo na przeprawę. Ludzie ruszyli ostrożnie, jeden za drugim, jakby wyczuwając nadciągającą katastrofę.

Jauffre szedł ostatni w szeregu. Z tyłu wciąż pozostawał kapitan i trójka przyjaciół. Mag powłóczył nogami zbierając energię. Najemnik spoglądał na leniwy nurt rzeki, myślami błądząc zupełnie gdzie indziej. Po raz wtóry przeliczał swoją część złota i kosztowności jaka miała mu przypaść w wyprawie. Zastanawiał się, ilu z jego towarzyszy dożyje końca ekspedycji, z każdym kolejnym podejściem do kwestii podziału łupów, coraz bardziej cieszyły go zakładane sumy, i tym razem kwota przypadająca na głowę kolejny raz miała ulec powiększeniu.

Nagle dostrzegł bąbelki powietrza unoszące się na wodzie. Coraz większych i gwaltowniej pękających na błękitnozielonej tafli wody. Dwa czerwone punkty wpatrywały się w niego spod powierzchni. Oczy najemnika rozszerzyły się w niemym przerażeniu, gdy ujrzał kościaną czaszkę wzbijającą się w powietrze. Stwór miał ponad cztery metry długości. Z budowy przypominał odartego ze skóry, mięśni i wszelkich tkanek błotnego węża. Ożywiona mocą nekrotycznej magii bestia rzuciła się na najemnika i jednym kłapnięciem ogromnych szczęk pozbawiła go połowy klatki piersiowej.

Teganze zabarwiła się czerwienią. Stwór miotał głową rozszarpując nieżyjącą ofiarę. Fragmenty ciała i organów wewnętrznych spadały na głowy uciekających w panice żołdaków.

Janice wezwała moc burzy, przesycony energią oszczep pomknął w kierunku potwora wbijając się w czaszkę. Stwór zadygotał, wypuścił ze szczęk to co zostało z Jauffre'a na krótki moment tracąc orientację. Hogar nie czekał na ruch potwora, doskoczył do niego w mig zadając dwa błyskawiczne cięcia w kościste kręgi. Poszczególne segmenty pozostały jednak nienaruszone, topór barbarzyńcy wyszczerbił się lekko, mężczyzna z niedowierzaniem uskoczył w bok o milimetry unikając ciosu wymierzonego końcem ogona. Bestia wyszła z szoku wywołanego bezpośrednim trafieniem i próbowała dopaść kolejną ofiarę.

Vreck wykorzystując wiedzę nabytą podczas walk z nieumarłymi zaczął miarowymi ruchami berła wywoływać niewielkie, pulsujące błękitnym światłem pociski, punktujące raz po raz ożywionego węża. Te jednak zdawały się nie robić na nim większego wrażenia. Dwóch uciekających najemników podciął ciosem ogona oboje krwawili z szarpanych ran na brzuchach, lecz nadal żyli. Leżeli bezradnie na błotnistym brzegu i mieli wykrwawić się na śmierć, jeżeli nikt nie udzieli im szybko pomocy.

Hamrys wpatrywał się na walkę z bezsilnością. Kostur ciążył mu jakby był wykonany z ołowiu a nie z drewna nal. Uklęknął wspierając się na lasce, modląc się o ratunek. Nagle poczuł wypływającą z lagi falę energii.

Wiedział co zrobić.

Niemalże w pozycji leżącej wypowiedział słowo mocy. Klejnot przybrał czarną barwę, dwa fioletowe promienie oplotły węża uniemożliwiając mu wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Tylko na ułamek chwili.

Ułamek chwili wystarczający by wskrzeszony stwór, zabity przed latami odnalazł utracony spokój.

Wąż opadł z powrotem na dno Teganze. Fala, która przy tym powstała zmyła dolną część tułowia jakie pozostało z Jauffre'a, do tej pory wciąż leżącego na jednym z wielkich drzew użytych do zbudowania przeprawy.Hamrys nie widział swojego triumfu. W momencie, w którym zaklęcie zadziałało stracił przytomność. Z krawędzi jego ust płynęła strużka krwi.

Nie słyszał krzyków rannych żołnierzy dogorywających na plaży, biegnącego w ich kierunku paladyna nakazującego im spokój, sięgającego do samej osnowy niebiańskiej siły przepływającej przez jego ciało. Długa droga czeka nadal, lecz czasem pielgrzym musi znaleźć chwilę na odpoczynek. Jego czas właśnie nadczedł. Spadał w ciemność.



xxx




Głęboko w sercu dżungli, zaszyty w swoim sanktuarium, Mroczny mag dygotał z wściekłości. Kolejny fortel zawiódł. Lecz udało mu się opóźnić ich marsz. Vizjerei przeżył. Wysiłek na jaki się zdecydował omal go nie zabił, lecz po raz kolejny zabrakło szczęścia. Sługa był na posterunku, pech chciał, że w momencie w którym mag pozbawił życia jego ukochaną zabaweczkę, nad którą tak długo pracował, w pocie czoła zastawiając tak precyzyjną półapkę, ten był zbyt daleko by wypełnić zadanie nim ten zdążyłby wypowiedzieć zaklęcie. Sam fakt, skumulowania tak wielkiej siły w niedługim czasie bardzo zdumiał Czerwonookiego. Nie docenił tego pionka. Następnym razem musi przewidzieć wszelkie ewentualności.

Zawiódł, lecz porażka ta świadczyła jedynie z korzyścią o trudności wyzwania jakiego się podjął. To będzie prawdziwa przyjemność, gdy w końcu pozbawi ich wszystkich życia. Gdy udręczeni bólem będą błagać o śmierć i otrzymają ją w ostatecznym akcie łaski.
Łaski, która na zawsze zmieni oblicze tego świata.

Szatański śmiech niósł się w dół wieży, po krętych schodach aż do samych czeluści piekieł.


Oceń materiał: Ocena: 5.67 (3 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.