diablo 3

Opowiadanie: Krok w nieznane część 3.

Ostatnia modyfikacja: 03.03.2014. Utworzono: 03.03.2014


III



Słońce chyliło się ku zachodowi pozostawiając za plecami tragiczne wydarzenia piętnastego dnia wyprawy. Teezar zebrał na powrót swoją drużynę nie szczędząc im przy tym obelg i kopniaków. Kolejny raz sprawili mu zawód, sytuacja ich przerosła to fakt, nie potrafił tego zanegować, w tym aspekcie musiał przyznać rację podwładnym. Ucieczka mogła wydać się rozsądnym wyjściem, ale płacono im za przelaną krew. Okryli się hańbą, nie potrafił im w żaden sposób tego wybaczyć. Zwrócił uwagę jak skończył ten, który pierwszy zdecydował salwować się ucieczką, wszyscy widzieli Burta, musieli zrozumieć. Próbował wbić im tę elementarną wiedzę w zakute w hełmy łby. Oznajmił, że następnego który chociaż zasugeruje taktyczny odwrót, osobiście obedrze ze skóry.

Miał wrażenie, że wyraził się dostatecznie jasno, kiwali głową ze strachem, jeśli tylko nie spróbują wsadzić mu kosiora pod żebro, może uda im się pożyć jeszcze przez jakiś czas. Kapitan prywatnie nie wierzył, że ekspedycja zdoła nawet dotrzeć do celu, nie mówiąc już o zbadaniu co tak naprawdę ukryte jest w tajemniczych ruinach o których tak niewiele powiedzial im mag.

Jak odzyska przytomność koniecznie musi pociągnąć go za język.

Założyli obóz w niedużej grocie, która z trudem pomieściła wszystkich żołnierzy i dźwigających w wielkich koszach resztki ekwipunku tragarzy. Wapienne ściany porastały mchy i grzyby. Cienie poruszających się wewnątrz ludzi tańczyły w rytm płomieni ogniska. Mimo żaru od niego bijącego chłód docierający z zewnątrz wciąż naprzykrzał się ludziom. Na warcie miała pozostać piątka ludzi.

Vreck stwierdził, że dwójka wystarczyłaby w zupełności, nie obozowali pod gołym niebem na otwartej przestrzeni, lecz Teezar był nieugięty, i nie chodziło tu o bezpieczeństwo wyprawy. Bardziej zależało mu na ukaraniu tych, którzy tak go zawiedli.

Paladyn czuł wyraźnie strach jaki narastał w najemnikach. Znał doskonale znaczenie jakie posiadają morale, z niechęcia spoglądał na obelgi kierowane do żołnierzy przez ich przełożonego, oni potrzebowali pokrzepienia a nie groźby. Mieli już wystarczająco wiele powodów do obaw, po co dokładać im kolejne? Strach jednak działał na nich zupełnie inaczej niż na cywilnych tragarzy, jak na razie nie zginął żaden z nich głównie dzięki sprzyjającym im mocom. Widzieli jednak co może się stać. Ich twarze stały się kredowobiałe, siedzieli w milczeniu oparci o ściany jaskini z założonymi rękami na piersiach odmawiając bezgłośne modlitwy do swoich Bogów, przeklinając chciwość i głupotę jaką okazali, dając wiarę słowom maga o łatwym zarobku.

Wszyscy byli głupi, i teraz przyszło im zapłacić za okazaną łatwowierność, z drugiej strony w tej krainie dawało o sobie znać Prawdziwe Zło, które trzeba wyplenić, nim zdoła urosnąć w siłę i zagrozić Sanktuarium. Celem był mag, Vreck wiedział, że Vizjerei musi przeżyć. Powinien wyjawić im o co tak naprawdę toczy się gra, był zły, że od razu nie wyciągnął wszystkiego od starego Hamrysa. Chyba dlatego, że niewiedza czyni życie znośniejszym, pozwala nie myśleć o zagrożeniu dopóki nie staniesz nim twarzą w twarz, wtedy dociera do ciebie jak wielki błąd popełniłeś.

Paladyn podsłuchiwał prowadzone szeptem rozmowy między żołnierzami, wymieniane półgłosem opinie bardzo go niepokoiły, niektórych najbardziej ogarniętych strachem ludzi, nachodziły pomysły związane z koniecznością jak najszybszego zamordowania Hamrysa. Propozycja nieprzyjaciela zdawała im się z czasem coraz bardziej atrakcyjna. Były to sporadyczne głosy i na razie wątpił, że któryś znalazłby w sobie na tyle ikry by spróbować podnieść rękę na Vizjerei, ale należało temu przeciwdziałać w zarodku.

Uzgodnił z Hogarem, że będzie czuwał przy nieprzytomnym czarodzieju, barbarzyńca poparł propozycję i poprosił by przyjaciel obudził go w połowie warty, zdawał sobie sprawę, że paladyn też musi trochę odpocząć. Vreck z ochotą przystał na tę propozycję. Był zmęczony.

Wszyscy byli zmęczeni.

Dwóch ciężko rannych najemników przeżyło tylko dzięki błyskawicznej pomocy paladyna. Co prawda zaklęcie nakładania rąk, którego użył, zdołało zasklepić większość głębokich ran, ale Vreck nigdy nie był specjalistą w magii uzdrawiania, dużo zawdzięczał szczęściu i magicznemu berłu działającemu jak katalizator ułatwiając jego zadanie. Rannym wciąż dokuczały siniaki, stłuczenia i płytkie, wypełnione skrzepami rozcięcia, biorąc jednak pod uwagę stan w jakim przyszło im się znaleźć mogli dziękować mocom za otrzymaną pomoc.
Minęło już pięć godzin odkąd mag stracił przytomność. Jego oddech był bardzo słaby, pierś podnosiła się niemal niedostrzegalnie. Jedynie nabrzmiałe żyły przecinały kredowobiałą skórę pulsując w nierównym rytmie. Vizjerei gasł w oczach, ból sprawiało samo patrzenie na leżące bez ruchu ciało.

Vreck jeszcze nigdy nie widział tak ciężkiego stanu magicznego wyczerpania, mimo, że nieraz widział ledwo słaniającego się na nogach Tareka, niemal mdlejącego z wyczerpania po ciężkiej walce, zwykle wystarczał łyk czegoś mocniejszego, chwila odpoczynku i nekromanta odzyskiwał pełnię sił.

Hamrys ocalił im życie, mimo, że umowa to właśnie ich zobowiązywała do ochrony jego życia. Ten gest sprawił, iż Vreck w końcu poczuł do niego coś więcej niż tylko niechęć. Wszyscy teraz zaciągnęli u niego dług, paladyn już teraz chciał zacząć go spłacać. Między innymi dlatego zdecydował czuwać przy nim tak długo jak będzie trzeba.

Nie czekał, aż ktoś zacznie naliczać odsetki od ich niefrasobliwości. Czas miał pokazać, że była to najtrafniejsza decyzja jaką mógł wówczas podjąć.


xxx



Świat widziany oczami Olina zdawał się Bekerethowi być zupełnie pusty, pozbawiony wyrazu i smaku w jakim zwykł go kosztować. Fizyczne ograniczenia opętanego ciała budziły w nim gorycz rozczarowania. Trafił mu się człowiek drugiej kategorii, spętany więzami słabości, o budzącej pożałowanie kondycji i sile, czy może raczej jej braku. Demon zdawał sobie sprawę, że pozostali, chociaż odrobinę lepiej zbudowani, nadal pozostawali tylko ludźmi - Pokarmem. Czuł obrzydzenie świadomością, że musi przebywać w tak niedostosowanej do jego możliwości skorupie.

Chciał maga. Jeżeli jakikolwiek człowiek byłby godny, by nosić w sobie ''zaczątek lepszej przyszłości'' to był to Vizjerei. Moc czarodzieja nie budziła w nim podziwu, była jednak wystarczająca, by poszukać sposobu do pełnego powrotu z wygnania.
Paladyn również nie byłby złym żywicielem. Co prawda w jego ciele również nie pozostałby w pełni władny nad demonicznymi mocami jego domeny, lecz czy mógł wybrzydzać? Nie, musiał zaakceptować nieprzejednany los, który jednak i tak mu sprzyjał. Tylko dlaczego trafił akurat na najsłabsze ogniwo?!

Przypominało mu to przebywanie w chodzącej trumnie, bo tym był człowiek z którego uczynił naczynie. Kielich wypełniony trucizną, kto skosztuje, kto...

Odrzucił tę myśl. Urażała jego wyolbrzymione ego. Miał zadanie do wykonania. Zresztą nawet gdyby udało mu się opętać maga, co było nie tyle ryzykowne co raczej niemożliwe w jego stanie. Więził go pakt zawarty z Panem. Dopóki nie wypełni co do joty jego założeń, będzie mógł co najwyżej wrócić na powrót do Niebytu.

Być może dzisiejszej nocy. Gdy księżyc w pełni wypłynie zza chmur, a burza rozedrze niebiosa.


xxx



Ogarnęła go ciemność, gdy nie był w stanie uczynić żadnego kroku, ni gestu by temu zapobiec. Wiedział, że w ten sposób wystawia ich wszystkich na niebezpieczeństwo przewyższające wszystko inne. Jeśli stanie się coś złego, niechybnie to wyczuje, lecz nie będzie mógł nic zaradzić. Stanie się biernym obserwatorem wlasnej katastrofy, ujrzy jak zło, tym razem zwycięskie wyciągnie zakrwawione łapy po ich nieśmiertelne dusze. Zawiódł, zgubiła go rutyna, poza tym wiek też robił swoje. Nie miał już dwudziestu lat.

Przekroczył wszystkie dopuszczalne granice, wykorzystując przy tym ostateczne rezerwy, taka lekkomyślność powinna zostać ukarana, czuł zaciskającą się wokół jego szyi pętlę. Przerażało go to.

Wokół niego piętrzyły się wyładowania many, nieprzytomne ciało stanowiło centrum oka cyklonu. Było idealnym katalizatorem, powoli energia wypełniała na nowo wszystkie członki. Pozostała mu wiara. Że szybko zdoła ustalić z kim tak naprawdę walczy. Jeśli ktoś zabija bez ukazywania swojego prawdziwego oblicza, daje wyraz swojej słabości. Liczył, że to prawidło nie zawiedzie go i tym razem. Może wróg tylko na razie ich sprawdzał, nie zauważy jak blisko jest zwycięstwa i na jakiś czas spasuje. A wtedy, o ile szczęście pozwoli, zdąży wrócić.

Duch Hamrysa, chwilowo odseparowany od Wewnętrznego Sanktuarium jego ciała błąkał się brocząc pośród potoków jaskrawych wybuchów czystej energii, dostrzegał wyraźnie skazy je znaczące. Były to pozostałości łask niegdyś zesłanych do świata ludzi przez samych Archaniołów Światłości. Te, zepsucie dopiero zdążyło nadgryźć, jeżeli ludzie którzy czerpią z ich źródła nie okażą się wystarczająco odporni na demoniczne pokusy skorodują stopniowo coraz bardziej, aż do wypaczenia samego źródła. Co mogło być aż tak potężne, że zdołało naruszyć te odwieczne Sanktuaria Boskości? Im dłużej je obserwował tym bardziej niepokoił go ten fakt, próbował skoncentrować się nad bliższym słupem pierwotnej mocy, powoli w jego jaźni zaczął powstawać obraz. Początkowo bezbarwny, pozbawiony kształtów cień uformował się w fantazmat przedstawiający młodą, posągowo piękną kobietę. Z najdalszych zakątków jego pamięci powróciły wspomnienia sprzed lat, których się wyparł, ze strachu, wstydu, rozpaczy.

Jej oczy miały barwę malachitu, ponownie poczuł ekstazę, jak wtedy gdy po raz pierwszy utonął w spojrzeniu swojej wybranki, gdy wszystko wydawało się prostsze a każdy gest i słowo nie budziło skojarzeń z nieuchronną klęską, jaka naznaczyła ostatnią dekadę. Lyse spoglądała na niego ze smutkiem, nieskazitelna, jak zapamiętał ją w wieku dwudziestu lat, postanowili wtedy wspólnie kroczyć przez życie, nieświadomi tragedii jaką już szykował im nieprzychylny los.

- Dlaczego nic nie robisz, gdy inni cierpią, wypatrując ratunku? - Aksamitny, choć stanowczy głos wkroczył w bramy jego świadomości - Odpowiedz, mężu.

Poczuł gwałtowne szarpnięcie, w tej samej chwili stojąca przed nim niewiasta rozpłynęła się w luminescencji światła w której przebywał, pozostawiając jedynie wspomnienie wyrwane cudem z dawno nie odwiedzanych ogrodów pamięci. Pobudzony impulsem już dostrzegał zmiany, odnalazł drogę powrotną, pozostawało tylko czekać, aż umęczone ciało zdoła ten sygnał wydać na zewnatrz.


xxx



Ciemnoskóry mężczyzna spoglądał z zarośli na wejście prowadzące do pieczary. Dostrzegał bijący z wnętrza blask pochodni odbijający się w kałużach błota i na mokrych liściach Laprysu. Padający deszcz ograniczał widoczność do zaledwie kilku metrów, lecz dystans jaki dzielił obserwatora od swojego celu, nie miał dla niego żadnego znaczenia. Był wiedzącym, nie musiał patrzeć, żeby widzieć.

Obserwował tę grupę od dłuższego czasu. Jeszcze zanim zdecydowali się przekroczyć niegościnny nurt Teganze. Wszystkie znaki zapisane w gwiezdnym alfabecie zdawały się potwierdzać gorzką prawdę, ostrzeżenie o którym wspominali prorocy.

Ci ludzie byli dziwni. Im dłużej spoglądał im w serca tym większy smutek odczuwał. Większość z nich została przeżarta przez chciwość, ogarnęła ich umysły, nieśmiertelne dusze. Był również zawiedzony ich strachem, małostkowością z jaką traktowali towarzyszy swojej niedoli, zachowywali dystans, gdy powinni się do siebie zbliżyć, milczeli, a powinni otwarcie porozmawiać o dręczących ich demonach.

Wśród tej niegodnej jego troski ciżby znajdowali się jednak ludzie wartościowi. Nie wyczuwał w nich spaczenia, tak charakterystycznego dla zachodniej kultury. Ich serca promieniały, dając świadectwo męstwa i odwagi, więzów przyjaźni scementowanych wspolnie przelewaną krwią. Było w ich postawie coś niezwykłego, godnego szacunku hartu ducha, być może właśnie dzięki tej trójce, nie usiłował jeszcze powstrzymać pozostałych.
Bezkształtna kraina odpowiedziała na gnębiące go pytania. Nakazała ich obserwować, i w odpowiednim momencie, gdy będą tego potrzebowali przyjść z pomocą. Być może dostaną swoją szansę na chwile wielkości, dokonanie czynów tak chwalebnych, przy których nawet największe skarby świata blekną.

Deszcz wzmagał się budząc do życie uśpioną dotąd siłę natury, nurt Teganze przyśpieszył, woda powoli opuszczała swoje koryto, pieniąc się na zakolach, uderzała o wystające skały. Dotąd nieskazitelnie błękitna, zmieszała się z mułem dotąd skrytym na samym dnie, przybierając buroszarą barwę. Trzask łamanych gałęzi i huk piorunów wręcz ogłuszał. Spadające liście tonęły w błocie, które sięgało już szamanowi do kostek.

Paskudna pogoda, zdawała się go jednak nie zrażać. Rzęsiste krople deszczu omijały go o cale, nawet jedna nie spadła na jego rytualny strój. Mimo odkrytych ramion i nóg nie odczuwał zimna jaki niósł szaleńczy wicher. Stał spokojnie, nieruchomo pomimo, że huragan miał dostateczną siłę by wyrywać co mniejsze drzewka i krzewy z korzeniami. Tuż obok niego, leżały dwa psy, ożywione siłą jego woli. Resztki ich futer pokrywała zaschnięta krew, spomiędzy odkrytych żeber opadały sploty jelit. Jeden z psów podniósł łeb, pokryty muchami, żerującymi na martwej tkance, miał tylko jedno oko, promieniujące mętnym zielonym blaskiem. Spojrzał na swojego pana, który nie poświęcił temu gestowi najmniejszej uwagi. Pies kłapnął szczęką obnażając przy tym ostre jak brzytwa łopaty zębów.

- Nie.- Szaman wysłał mu krótki komunikat za pomocą myśli.

Ożywiony zwierzak wydał z siebie serię pomruków i niezadowolony wtulił zarobaczony pysk na powrót w zimne błoto udając rozczarowanie.


xxx



Bekereth chciał wypełnić kontrakt. Wystarczyło zabić maga. jeden cios zadany nieprzytomnemu, łatwiejsze niż wyprucie duszy bezbronnego dziecka. Jak wiele razy wąchał słodki zapach wypływającego z rozbitej czaszki mózgu, jak wiele ofiar zdeptał, rodzin rozdarł, marzeń zniszczył.

Wyobraził sobie dźwięk noża przebijającego wysuszoną skóre starego człowieka, prześlizgującego się delikatnie po sercu bijącym w piersi, badającym jego kształt i wymiary, drażniąc delikatną tkankę, czyniąc na niej najpierw niewielkie rysy, pobudzając je do szybszej i coraz cięższej pracy. Aż w końcu znudzony tymi pieszczotami, wydobyłby je na zewnątrz dwoma szybkimi cięciami i pożarł.

Jak za dawnych czasów.

Niemoc drażniła go boleśnie, niczym kajdany zepsucia jakie musiał nosić przed wiekami gdy zniewolił go Belial, wysługiwał się nim przez długie lata, aż w końcu docenił jego talent do odbierania innym życia. Wtedy zwrócił mu wolność, uczynił jednym ze swoich poruczników. Lecz pewnych zniewag nigdy się nie zapomina, nawet jeśli po jakimś czasie ich miejsce zajmują zaszczyty. Azmodan wiele mu dał za zdradzenie sekretów brata, ochronił przed jego gniewem, gdy oszukany Władca Kłamstw chciał dopełnić zemsty na słudze, który nie wybaczył wyrządzonych krzywd. Azmodan jednak, nie miał zamiaru wiecznie roztaczać nad nim ochrony. Raz zdołał pokazać nielojalność, a kto zdradził raz, nie będzie miał oporów by ponownie w ten sposób postąpić. Zesłał go do krainy śmiertelników by szerzył chaos i zniszczenie, w ten sposób na zawsze odseparował go od własnych ambitnych planów zdobycia hegemonii w piekle. Bekereth nie czuł rozczarowania, otrzymał tytuł Księcia Krwi, i własną hordę gotową by plugawić krainę ludzi.

Chciał odzyskać to co utracił, a żeby tego dokonać wystarczyło tylko dopełnić dzieła. Jednak, jak zawsze, na pozór proste zadanie, wręcz niegodne poświęcenia jego czasu, ulegało komplikacjom.

Paladyn strzegł maga, nie był głupcem w porównaniu do reszty przedstawicieli swojego rodzaju, z którymi do tej pory Bekereth miał styczność. Demon wiedział, że zwykli żołnierze nie stanowili dla niego żadnego wyzwania, pomimo cielesnych ograniczeń jakich doznawał, znał wiele sztuczek, o jakich ludzie mogli tylko pomarzyć. W starciu z paladynem i jego kompanami to mogło jednak nie wystarczyć, raz już zlekceważył przeciwnika i to kosztowało go utratę potęgi i pozycji w kręgach piekieł. Drugi raz nie popełni tego błędu, musi mieć pewność.

A to oznaczało dokonanie pewnych zmian w pierwotnej wersji planu. Chociaż mierziło go to potwornie, musiał zachować cierpliwość.


Kaszlnięcie poniosło się echem po jaskini. Hamrys powoli otworzył oczy, przecinała je pajęczyna niewielkich żyłek nadając im rdzawoczerwoną barwę. Źrenice mimo panującego w grocie półmroku zwężyły się do rozmiaru niewielkich szparek.

Vreck natychmiast uklęknął przy magu i podał mu kubek z przegotowaną wodą. Vizjerei łapczywie wyrwał naczynie z jego rąk i zaczął pić rozlewając przy tym połowę po posłaniu, mocząc swoje drogocenne szaty. Zakrztusił się przy tym, wypuścił żelazny kubek z rąk wylewając żałosne resztki które w nim pozostały na ziemię. Chrapliwy kaszel obudził kilku żołnierzy, głosy zdenerwowania mieszały się z pełnymi nadziei westchnieniami. Teezar przetarł rozespane oczy i patrząc z wyraźną ulgą na paladyna skinął mu głową, po czym ponownie ułożył się do snu.

Paladyn poczuł na ramieniu czyjąś ciężką dłoń. Odwrócił się, Hogar stał za nim, na jego twarzy malował się wyraz zmieszania i odprężenia zarazem.

- Śpiąca Królewna wreszcie odzyskała przytomność? - Zapytał, chyba tylko by cokolwiek powiedzieć.
- Tak, nie spałeś?
- Jak suseł, ale wystarczy byle odgłos i zaraz się budzę, a ten tu charczał jakby ktoś go zarzynał. - Paladyn pokiwał głową.
- Kto wie może i tak było. - Odparł, ale barbarzyńca nie załapał aluzji.
- Niech odpoczywa, widać, że nadal jest osłabiony. Pogadamy z nim rano, o ile wystarczy mu sił. - Wzruszył ramionami.
- Nie będzie takiej potrzeby. - Odrzekł Hamrys łamiącym się głosem. - Zaraz dojdę do siebie. Cholera, tyle lat praktykowania sztuki, a ja popełniłem błąd jak jakiś niedouczony pierwszak w akademii!
- Mimo wszystko, witaj ponownie wśród żywych. - Oznajmił barbarzyńca, siadając obok śpiworu czarodzieja.

- Więc pragniecie odpowiedzi, nie powiem, że mnie to dziwi. Zasadniczo jestem przekonany, że pewne wiadomości powziąć powinni tylko Ci, którzy potrafią z tej wiedzy zrobić użytek, ale chyba sam udowodniłem, że skoro nie umiałem zapanować nad dzierżonym brzemieniem, powinienem podzielić się tym co z trudem odzyskałem ze starych zapisków. Moja duma, mogła pozostawić was z pustymi rękami, podczas gdy siły zła tylko czekały na taki błąd. Pora go naprawić, więc doceńcie przynajmniej fakt, że muszę puścić w diabły zasady którymi kierowałem się przez całe dorosłe życie.

- Nikt nie czyni Ci wyrzutów, że przez tak długi czas zachowywałeś te informacje tylko dla siebie, ale nadszedł czas by wyjawić przynajmniej powody dla których zmierzamy, no właśnie, gdzie tak konkretnie? - Mag westchnął przeciągle, jakby wysiłek którego się podjął przerósł jego wszelkie szacunki. Zamknął oczy, strasznie go piekły, łza pociekła po jego policzku i spadła na okrywający go koc.

- Czy moglibyście podać mi tubę w której trzymam zwoje? Tą przewiązaną szkarłatną wstęgą? - Paladyn wstał i ruszył w kierunku szpargałów maga.
- Są dwie takie. - Powiedział sprawdzając bagaż.
- Na jej szczycie jest pieczęć w kształcie trupiej czaszki. - Odparł Vizjerei. Paladyn sięgnął po tubę, wyglądała dosyć niepozornie, wykonana z gładkiego metalu, zdawała się jednak nic nie ważyć. Zapewne została zaklęta, tak jak pozostałe, by ułatwić ich przenoszenie w większych ilościach. Podał ją magowi.

- Obudźcie też amazonkę i kapitana Teezara. Chcę by tylko wasza czwórka poznała szczegóły, jestem wam bowien winien wyjaśnienia, a nie zamierzam dwa razy wyrzucać tego z siebie, mogłoby mnie to zabić. A nie chcę ryzykować, że gdy im powtóżycie moje słowa, nie popełnicie jakichś pomyłek, które potem miałbym prostować. Hogar poszedł po Janice i Teezara. Vizjerei w tym czasie odszpuntował tubę i wyciągnął kilka pomarszczonych pergaminów, wypełnionych niezrozumiałymi dla paladyna symbolami. Vreck wiedział, że mag nie musi mówić im prawdy, może wymyślić jakąś bajeczkę, której i tak nie mogliby skonfrontować z materiałami jakie zamierzał im pokazać. Żaden z nich nie znał bowiem języka w jakim je spisano.

Gdy wszyscy zgromadzili się przy Hamrysie i rozbudzili na tyle, by nie uronić niczego z relacji maga, ten wskazał na pierwszy położony przed nim pergamin.

- Zdobyłem go w Kaldeum, dwadzieścia pięć lat temu. Miałem wielkie szczęście, chociaż gdybym wiedział do czego mnie to zaprowadzi, wolałbym się nigdy nie narodzić. Miałem wtedy sposobność pracować na dworze Cesarza Tyfasa VII, służyłem mu jako doradca. Zdobyłem poważanie i bogactwo, lecz nade wszystko pragnąłem wiedzy. Wielka Biblioteka zawierała ogrom bardzo ciekawych wolumenów dzięki którym jak mniemam stałem się tym kim jestem teraz, lecz to nie w niej natrafiłem na jeden z najcenniejszych przekazów historycznych, ktory po części, doprowadził nas aż tutaj.

- Cesarz Tyfas był niezwykle małostkowym człowiekiem, stanowił zupełne przeciwieństwo swojego ojca, niektórzy sądzili, że pochodził z nieprawego łoża. Coś mogło w tym być, jego matka nie należała do najcnotliwszych kobiet jakie stapały po tym świecie, a jej mąż, chociaż władcą był wielkim, nie potrafił sprostać jej wygórowanym wymaganiom, co więcej, trzeba przyznać, że nawet nie próbował. No, nie kręćcie głowami! Wbrew temu co sobie myślicie, w całej opowieści ma to ogromne znaczenie, gdyż właśnie dzięki głupocie i całkowitemu braku zainteresowania jakie przejawiał jego syn do spraw państwowych, udało mi się zdobyć ten fragment manuskryptu, którego pozostałe części leżą przed wami.

- Zaiste, głupi był z niego człowiek, a ufny jak wszyscy diabli. Przez długi czas nie zamierzał się ożenić, szlachta stawała na rzęsach, żeby młody władca upodobał sobie którąś z przedstawicielek ich rodów. Rządza władzy niszczy ludzi, a chęć wywyższenia się nad innych, po prostu szkoda gadać. Każdego miesiąca odbywały się wielkie uczty, organizowane z pozoru przez monarchę, lecz oficjalnie za te matrymonialne szachy odpowiadałem ja. Wymogli to na mnie wszyscy wyżej postawieni ludzie w państwie, nie będę wymieniał kto, większość i tak nie żyje. Zapewne zapytacie czemu, ano bo byłem jedyną osobą której Cesarz raczył słuchać, ale nawet on wyrzuciłby mnie z dworu gdybym w bezpośredni sposób zasugerował mu ożenek. Musiałem więc kombinować.

- Mijały miesiące, na wszystkie bale i przyjęcia zjeżdżali się możni z całego kraju, prawdziwa parada próżności, co miesiąc dostarczała plotek na całe lata. Dopiero podczas ósmej, uprzedzę trochę fakty, ostatniej, nastąpił przełom. Szlachta zaczynała tracić cierpliwość, monarcha za każdym razem wyglądał na coraz bardziej znudzonego. Więcej zainteresowaniu przejawiał ignorowanej na co dzień polityce i plotkach z wielkiego świata niż wszystkim zgromadzonym damom, które patrzyły tylko na niego, z coraz większym zniecierpliwieniem, a na niektórych, chociaż pięknych obliczach, nawet taki uczuciowy ignorant jak ja dostrzegał odrazę i niechęć. Niektórzy nawet posyłali złośliwe komentarze w kierunku cesarza, że preferuje męską szorstką przyjaźń, nad kobiece wdzięki. Właśnie wtedy do sali weszła ona. Księżniczka Lut Gholein, młodsza siostra obecnie tam panującego Sułtana Jerhyna, przyszła matka cesarza Hakana I. Miała na imię Jesebel.

- Czy możecie sobie wyobrazić tę ciszę jaka zapanowała w momencie gdy wkroczyła do Wielkiej sali? Te pochłaniające ją spojrzenia, pełne niedowierzania i zachwytu? No i rzecz jasna jadu, jaki krył się w oczach tych wszystkich dziewcząt, które Cesarz bez ustanku ignorował? Miała na sobie suknię w kolorze złota, na głowie diadem, inkrustowany klejnotami w blasku świec promieniujący wszystkimi kolorami tęczy. Za jedno spojrzenie w jej oczu można było oddać królestwo, uczynić siebie żebrakiem, w końcu umrzeć, czyniąc wyrzuty, że to i tak za mało, by wynagrodzić jej jeden uśmiech. Wystarczyło raz na nią spojrzeć, to wystarczyło, wszyscy wiedzieli, że właśnie przybyła Cesarzowa. Ja jednak starałem się zachowywać trzeźwo, nie uległem jej pięknu, ujęła mnie za to reakcja samego cesarza. Kto wie, to była chyba najlepsza decyzja jaką w życiu podjął. A na pewno jedyna jaka mu się opłaciła. Cesarz wyglądał jakby ktoś uderzył go w głowę ciężkim narzędziem, drżącym krokiem ruszył w kierunku szukającej wolnego miejsca kobiety, nieśmiało spoglądającej na wszystkich gapiacych się na nią bezwstydnie ludzi. Cesarz przywitał się z jej ojcem, ukłonił nisko matce niewiasty a potem dosłownie upadł na kolana przed swoją wybranką. Właśnie wtedy chyba prysł czar jaki zapanował nad milczącym dotąd tłumem. Rozległy się płacze i szlochy, krzyki i prychnięcia niezadowolenia. Lecz umilkły tak szybko jak się pojawiły. Cesarz zdołał powstać z klęczek i poprowadził młodą księżniczkę w kierunku swojego miejsca jakby zreflektował się nagle w jakim celu obok niego stoi puste nakrycie. Rodzice i orszak przyszłej panny młodej zajęli pozostałe wolne miejsca przy Cesarskim stole.

- Wszystko zdawało się biec w jak najlepszym porządku. Ogłoszono zaręczyny, a ślub wyznaczono zgodnie z obyczajem jaki panował w Lut Gholein, za pomocą horoskopu gwiezdnego. Osobiście uważałem to za bzdurę, ale Cesarz był pod tak wielkim urokiem swojej wybranki, że zgodziłby się chyba na wszystko. Rzecz jasna wróżbita który miał "przewidzieć" z gwiazd datę ślubu, został odpowiednio poinstruowany i nagrodzony, oczywiście w tajemnicy przed młodą parą, by radosne wydarzenie nastąpiło odpowiednio szybko. Zdarzały się bowiem przypadki, że pary wierzące w takie zabobony czekały na moment ślubu przez wiele lat, "aż gwiazdy na niebie przyjmą odpowiedni układ". Nie mogliśmy ryzykować, że Cesarz nagle się rozmyśli. Dojrzałości nie osiąga się bowiem pod wpływem impulsu, zwłaszcza powodowanego miłością do kobiety, jak piekna by ona nie była.

- Ślub został wyznaczony za dziesięć dni, toteż rodzice panny młodej pozostali gośćmi na Cesarskim Dworze. Ponadto, uprzedzili Tyfasa o pewnej przypadłości na jaką cierpi ich ukochana córka. Otóż niewiastę dręczyły nocami koszmary, nie zdarzały się one codziennie, były jednak na tyle częste, że stanowiły kwestię, jakiej nie można było przemilczeć. Jednak do momentu ślubu, ten dziwny objaw nie dał ani razu po sobie znać. Wszyscy doszli do wniosku, że wynikały z niedawnego wejścia w pełnoletność, a dzień w którym młoda kobieta poznała swojego małżonka, przegnał te przykre obawy, raz na zawsze z jej życia. To założenie jednak okazało się błędne.

- Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Minął miesiąc od ślubu. Rodzice panny młodej wyjechali tydzień temu. Zostawili jednak kilku członków straży stanowiących osobistych członków świty teraz już Cesarzowej. Tak nakazywał obyczaj, a my nie chcieliśmy go łamać. Od tygodnia, noc w noc, powtarza się ta sama scena. Jesebel krzyczy przez sen, płacze miotając się w dzikim szale po łóżku. Gdy w końcu odzyskuje zmysły, spokój trwa tak długo dopóty ponownie nie zaśnie. Po bezsennym tygodniu w niczym nie przypominała tej pięknej, niewinnej kobiety która tak zauroczyła Cesarza. Tyfas jednak wbrew moim obawom nie odwrócił się od żony, rozpaczał, że jego największe szczęście cierpi. Zwrócił się do mnie z proźbą o pomoc, a ja choć bardzo się starałem mogłem jedynie wzruszyć ramionami z rezygnacją. Długo ją badałem wszelkimi sposobami, próbowałem odnaleźć powiązania z nieczystymi mocami, uważnie przesłuchałem wszystkich członków jej straży przybocznej. Jak się później okazało, pominąłem dwóch, którzy akurat byli chorzy, a potem o nich zapomniałem. Wszystko przez nachodzącego mnie Cesarza, żądającego efektów, nie słuchającego moich błagań, że nie mogę w niczym pomóc. Dał mi tydzień na rozwiązanie problemu, gdybym zawiódł skazałby mnie z rozpaczy i wściekłości na śmierć. Jak dobrze się domyślacie, każdą chwilę od tej zapowiedzi spędzałem nad wymyśleniem czegokolwiek, by móc wyjść cało z tej opresji.

- Postanowiłem przeszukać jej osobiste rzeczy. Cesarz akurat wyjechał na polowanie, natomiast Jesebel akurat brała kąpiel. Żeby nie wzbudzić podejrzeń skorzystałem z iluzji i przybrałem postać Cesarzowej, udając, że zapomniała czegoś wkradłem się nie wzbudzając niczyich podejrzeń do prywatnych apartamentów w pałacu. Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi wróciłem do własnej fizjonomii. Łatwiej mi było w ten sposób dokonać przeszukania. Mogłem co prawda zapytać o zgodę, ale jeżeli panienka coś ukrywała, na przykład jakieś niezdrowe fascynacje czarną magią, mogłaby to zamaskować. W ten sposób miałem niczym nieskalany obraz prawdy. Możecie wierzyć lub nie, ale gdy tylko wszedłem do sypialni utkwiłem wzrok w leżącym na blacie nocnego stolika pierścieniu. Cesarzowa zawsze miała go przy sobie. Prosta srebrna obrączka z prymitywnie oszlifowanym rubinowym oczkiem. Jedyny detal, który zaburzał doskonałość jej wyglądu. Później dowiedziałem się, że to klejnot rodowy, przekazywany z matki na córkę po osiągnięciu przez dziecko pełnoletności, lub jeżeli wcześniej wyszła za mąż, w momencie ślubu. Miał zapewnić płodność i powodzenie w małżeństwie, chyba jednak nie do końca spełniał pokładane w nim założenia.
Wziąłem pierścień do ręki, a przynajmniej taki miałem zamiar, bo obrączka jakby wyczuła moją chęć położenia na niej dłoni, poczułem jak coś powstrzymuje moją wolę. Nie powiem, żeby bardzo mnie to zaskoczyło, jedyne wzbudziło we mnie pewne powątpiewanie stanowił fakt, że nie wyczułem żadnej złej siły czającej się w pierścieniu gdy prowadziłem inwestygację w obecności Cesarzowej. Musiała zdejmować go na czas badania, to "coś", ukryte w nim, musialo wysyłać jej pewne podszepty, nakazujące określone zachowanie, inaczej nie potrafiłem tego wtedy wytłumaczyć.

- Podczas gdy usiłowałem przełamać obronne zaklęcia chroniące błyskotkę i dokładnie zbadać tajemnice jakie w sobie skrywała, zdarzyło się jednak coś, czego w żaden sposób nie byłem w stanie przewidzieć, nie mówiąc już o przygotowaniu na taką ewentualność. Niemniej improwizacja zawsze była moją mocną stroną. Otóż, usłyszałem jak drzwi wejściowe do sypialni się otwierają, natychmiast spojrzałem w kierunku osoby która mnie nakryła, będąc przekonanym, że ujrzę jedną ze służebnych dziewek, lub nawet samą Cesarzową, wracającą po skończonej kąpieli. Tym dziwniejszy okazał się fakt, że zobaczyłem dwójkę strażników, którzy wcześniej wpuścili mnie do środka. Co więcej na ich twarzach również dostrzegłem, ten charakterystyczny grymas konsternacji, który gościł zapewne i na moim obliczu. Otępienie nie trwało jednak długo. Nakazałem im spieprzać mówiąc, że znalazłem przyczynę dręczących Cesarzową Jesebel koszmarów. Nie zatrzymali się jednak, ani nawet nie speszyli.

- Od razu pojąłem, cóż się święci, lecz nie zamierzałem czekać. Stuknąłem delikatnie trzymaną w ręku laską o podłogę i wyzwoliłem falę uderzeniową, która zwaliła ich z głuchym hukiem na ziemię. Dopiero gdy uderzyli głowami o marmurową posadzkę ujrzałem ich prawdziwe oblicza. Ten widok wstrząsnął mną do głębi, pierwszy raz w życiu zobaczyłem istoty tak paskudne. Ubrania i zbroja jaką nosili w ludzkiej postaci zniknęły, nogi połączyły się i wydłużyły zamieniając w długi ogon zakończony charakterystyczną dla niektórych gatunków węży grzechotką. Ciało zostało pokryte obślizgłymi łuskami, we wpadającym przez okna świetle poranka, mieniły się one najrozmajtszymi kolorami, a co jakiś czas znikały na ułamek chwili. Głowy tych istot były pozbawione nosów, jedynie dwie szparki na płaskich czaszkach wyznaczały miejsca w których znajdowały się nozdrza. Ich oczy przybrały gadzi kształt, a rozwidlone języki syczały podjudzone bólem jaki sprawił im upadek.

- Dopiero gdy poznałem Deckarda Caina, blisko dekadę później, poznałem prawdę o tych stworach. Dowiedziałem się, że w piekielnych otchłaniach zwą ich Mistyfikatorami oraz, że służą Belialowi, Władcy Kłamstw w charakterze szpiegów i osobistej gwardii. Niektórych Belial zwykł wykorzystywać w charakterze posłańców. Jeden z tych, którzy zaatakowali mnie wtedy w Cesarskiej łożnicy, miał przy sobie rozkazy od swojego władcy, wykazałem wtedy głupotę o jaką nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewał. Wziąłem je do ręki, natychmiast zajęły się ogniem, niemal doszczętnie ulegając samospopieleniu. Zdążyłem co prawda rzucić zaklęcie, które spowolniło ten proces, lecz jedyne co zdołałem odczytać, to informacja, że zostali wysłani w poszukiwaniu czegoś. Nie omieszkałem wspomnieć o tym Cainowi w mojej relacji. Wymienił wówczas jeszcze jeden tytuł, pod którymi te istoty występowały w starożytnych tekstach Horadrimów, mianowicie, zwano ich Wiedzokradami. Nie omieszkał wytknąć mi półżartem, że miałem niezwykłe szczęście, ponieważ spośród wszystkich Mistyfikatorów, Wiedzokrady odznaczają się najmniejszymi wartościami bojowymi i odpornością na magię. Zdradzę wam tylko, że nie chciałbym przekonać się w takim razie, jak dalece wytrzymalsi są ich potężniejsi kuzyni.

- Nie będę przytaczał jak wyglądała walka, wspomnę jedynie, że duża część Cesarskich apartamentów znalazła się po jej zakończeniu w ruinie. Jedna z szyb, która wypadła z framugi zabiła wchodzącego do pałacu strażnika. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bowiem w końcu odkryłem co takiego gnębiło Cesarzową, no ale nie uprzedzajmy faktów. Dobranie się do błyskotki zajęło mi jeszcze kilka minut. Rzecz oczywista, do sypialni władcy zleciała się połowa straży patrolujących korytarze pałacu, ale widok szkaradnych istot wystarczył by zrozumieli konieczność wyciszenia całej sprawy przed młodą Władczynią. Nakazałem jedynie powiadomić Cesarza, by jak najszybciej wracał z polowania.

- Gdy tylko udało mi się przedrzeć przez bariery stawiane przez niepokorną błyskotkę w jej miejscu pozostawiłem własny pierścień, na który rzuciłem odpowiednie zaklęcia mające upodobnić go do rodzinnej pamiątki Cesarzowej. Nie chciałem, ażeby poczuła ból po stracie jedynego łącznika, jaki wiązał ją z ojczyzną. Nosiła potem ten fałszywy klejnot, nieświadoma prawdy. Ze smutkiem muszę wyznać, że nie było jej dane przekazać go dalej. Nigdy nie doczekała się córki, jej jedynym dzieckiem był pierworodny syn Hakan, na którego przelała całą matczyną miłość. Niemniej od dnia, w którym go podmieniłem, nigdy więcej nie doświadczyła sennych koszmarów. Jej życie wróciło do normy, a moje, przestało wisieć na włosku.

- No właśnie, jak już zapewne się domyślacie, ten fragment relacji, bo to mogę wam już zdradzić, jest bezpośrednio związany z pierścieniem. Długo badałem tę cholerną błyskotkę nim zdołałem dotrzeć do skrywanych wewnątrz niego tajemnic, a nawet gdy w końcu wydobyłem je na zewnątrz, zdawało mi się, że nie uzyskałem nic konkretnego! Przytoczenie eksperymentów, które przeprowadziłem, zapewne zajęłyby mi więcej czasu niż wszystko co chcę wam dzisiaj przekazać, więc je pominę. Wiedzcie, że w koślawo wyszlifowanym rubinie, ukryto właśnie ten fragment który macie przed oczami. Skompresowano go magicznie i zamknięto w klejnocie. Jego wydobycie nic mi jednak nie dało, bo spisano go w języku, którego wówczas nie znałem, i co gorsza nie byłem w stanie nawet ustalić, czy ktokolwiek z żyjących miałby jakąkolwiek wiedzę lingwistyczną by rozszyfrować te zagadkowe symbole! Jedyne co mogłem ustalić, to fakt, że w pergaminie są zaklęte informacje o plugawym charakterze, nawet teraz, gdy leży na moich kolanach, czuję negatywną energię przepełniającą powietrze. Mimo to, jest niegroźny, a przynajmniej sam w sobie. Zaklęty w formie kryształu, tak, wtedy mógł oddziaływać na ludzi przebywających w jego pobliżu, nie mówiąc już o przypadkach tak gdy miał bezpośredni kontakt z ciałem.

- Zapewne was rozczarowałem, tak, doskonale to rozumiem, ale wtedy byłem zupełnie innym człowiekiem niż obecnie, minęły całe lata nim odkryłem prawdę o przekleństwie kryjącym się w tych odręcznie zapisanych fragmentach legendy. Nim Deckard Cain ujawnił przede mną tajemnice tego cholernego kawałka papieru, zdobyłem dwa kolejne. Podobnie jak pierwszy zupełnie przypadkowo, jakby coś chciało bym je posiadł, ale dopiero później zdałem sobie z tego sprawę.

- Rok po uzdrowieniu Cesarzowej, uznałem, że najwyższa pora by zmienić otoczenie. Wyruszyłem na południe, chciałem poszerzać wiedzę, a miałem już swoje lata. Zawsze pasjonowały mnie starożytne religie, a zwłaszcza wielbiłem dawne obyczaje Skatsimi. To był ostatni moment, ażeby porzucić dotychczasowe spokojne i dostatnie życie w Kaldeum. Na blisko trzy lata moim domem stały się dżungle Kedżystanu, wówczas nie były jeszcze tknięte zepsuciem i chaosem, z którymi wciąż jeszcze musimy się potykać. Początki były jednak zniechęcające. Wszystkie grobowce, zikkuraty, świątynie, zdawały się być takie same, ograbione z wszelkiej tajemnicy. Przez blisko pół roku, błąkałem się po okolicy nie znajdując niczego czego bym już nie wiedział czy to z bezpośredniej relacji czy też wiedzy nabytej jeszcze podczas mojej edukacji w akademii.

- Przełom nastąpił zupełnie niespodziewanie, gdy już miałem zamiar zrezygnować i ruszyć na powrót do ojczyzny. Badałem jeden z grobowców należących do jakiegoś pochowanego przeszło 800 lat temu arcykapłana Skatsimi. Znów spotkał mnie zawód, sarkofag w którym go złożono został niemal doszczętnie zniszczony, na dnie glinianego pudła w którym niegdyś spoczywała mumia zostało tylko kilka kości. Ogarnęła mnie wściekłość, gniew dosłownie we mnie kipiał. To była chwila, po prostu nie mogąc opanować emocji kopnąłem bezmyślnie o ziemię. Poczułem jak tracę grunt pod nogami, z głuchym trzaskiem przeklinając z bezradności i wciąż gotujących się we mnie emocji spadłem w otchłań.

- Być może odrobinę dramatyzuję, nie szkodzi, czasem trzeba dodać relacji odrobinę dramatyzmu, lub chociaż udawanej trwogi. Że za bardzo przynudzam? Sami chcieliście wiedzieć, co mną kieruje, jeśli macie już dość zawsze możemy iść spać. Nie? No trudno, zawsze warto było spróbować. Upadek był bolesny, nie przeczę, lecz nie byłem aż takim ramolem, żeby miało mnie zabić kilka guzów i siniaków. Gdy zdołałem się pozbierać i oświetliłem laską komnatę, którą z takim poświęceniem odkryłem dosłownie opadła mi szczęka. Większość pomieszczenia była w ruinie, to fakt, kupy gruzu spowite pajęczynami sprawiały przygnębiające wrażenie, lecz szybko gasło ono gdy spoglądało się na rzeźbiony w jadeicie ołtarz, na którym spoczywały nie tylko przedmioty świadczące o wykorzystywaniu go do celów ofiarnych, ale również dwa opasłe tomiska o wypełnionych niezbadaną wiedzą stronicach, a przynajmniej tak sobie to wówczas wyobrażałem. Znacznie większą sensacją był jednak sarkofag stojący u samego szczytu komnaty. Wykonany ze szczerego złota na powierzchni ktorego światło wypływające z mojej laski iluminowało wielobarwnymi refleksami.

- Po raz kolejny lekko uprzedzę fakty, to właśnie w nim pochowano Arcykapłana o którym wspomniałem wcześniej. Zapewne z obawy przed rabusiami. Skuteczny sposób, chociaż kosztowny. Dopiero jednak to co znajdowało się w środku, sprawiło, że zacząłem dopatrywać się czegoś więcej w tych obskurnych fragmentach manuskryptu. Ach, nie. Nie spostrzegłem tego od razu. Aż tak domyślny wtedy nie byłem. Tak naprawdę zdążyłem wtedy już zupełnie zapomnieć o tym pierwszym fragmencie wydobytym z pierścienia.
Nawet nie zabrałem go ze sobą z Kaldeum. Poprosiłem o jego przesłanie dopiero po pewnym wydarzeniu, które dość gruntownie zmieniło moje zapatrywania na ten problem. Wy też byście to zrobili, gdyby przy wychodzeniu z grobowca z bezgranicznym zadowoleniem, zaatakowały was istoty, które już kiedyś widzieliście, jakieś półtora roku wcześniej. Wciąż jeszcze nie wiedziałem jak te stwory nazywać, a że pierwsze skojarzenie jest zwykle najtrafniejsze to pozostało na długo. Ot, wężoludy. Dopiero Cain rozbudził we mnie praktykę nazywania rzeczy po imieniu. Nieznajomość tożsamości przeciwnika z którym się walczy implikuje strach, to dlatego tak bardzo zależało mi żeby poznać osobę z którą teraz przyszlo nam wojować.

- Pomijając złoto, wszelakie bogactwa zarówno materialne, jak i te nie dające się w prosty sposób przeliczyć w mamonie, mam tu na myśli rzecz jasna historyczną spuściznę, wewnątrz kryła się ta przeklęta druga stronica, jednak nie była drugą sporządzoną chronologicznie pod względem zawartej w niej treści. Wraz z Cainem ustaliliśmy, że stanowi ona trzeci fragment, prawdopodobnie centralny, chociaż w tej materii mogliśmy się mylić, jednak nie sądzę, nie po tym co do tej pory zdołałem ustalić. Atak wężloludów? Nic o czym warto by było wspominać, z kronikarskiego punktu widzenia mógłbym wspomnieć o niepowetowanych stratach w poszyciu leśnym. Za dewastację środowiska naturalnego będą kiedyś karać na gardle, mówię wam.

- Ażeby nie dopuścić do powtórzenia się w przyszłości podobnych niespodzianek, będąc poważnie zaniepokojony splotem okoliczności po powrocie ze zgromadzonymi skarbami do Kurast, a przynajmniej z tą częścią którą byłem w stanie udźwignąć, wynająłem małą grupę najemników. Jednak uczyniłem to dopiero po moim powrocie do dżungli, blisko dwa miesiące później. W tym czasie nadałem pismo do Cesarza o proźbę dostarczenia części moich ruchomości, jakie pozostawiłem tam ze względu na niemożność zabrania ze sobą wszystkiego. Planowałem bowiem powrót do Kaldeum, gdy moja żyłka przygody się wyczerpie. Popełniłem kolejne głupstwo, jednak traf chciał, że po raz kolejny moja szczęśliwa gwiazda spojrzała na mnie łaskawym wzrokiem i nie wystawiła mi za pomyłkę rachunku. Nie pomyślałem, że wróg może przejrzeć mój zamysł i dotrzeć do kuriera, który miał zawieżć korespondencję do Kaldeum. Gdy otrzymałem odpowiedź wraz z rzeczonym fragmentem manuskryptu i kilkoma innymi książkami, których nijak nie potrzebowałem, ale umieściłem dla niepoznaki w wysłanej proźbie, dowiedziałem się, że kurier został w drodze zaatakowany przez takie same stwory, które już dwakroć stawały na mojej drodze. Miał biedak cholerne szczęście, że akurat tym samym szlakiem przejeżdżała karawana kupiecka ciągnąca z Gea Kul. Najemnicy ją eskortujący przegonili plugawe stwory, bynajmniej nie bez strat, lecz wiadomość, a potem przesyłka zwrotna, dotarły bezpiecznie do celu.

- Drugi miesiąc spędziłem na rozmowach z lokalnymi magami, a gdy wszystkie próby odszyfrowania obu fragmentów zakończyły się fiaskiem, wiedziony depresją spróbowałem poszukać odpowiedzi u Kapłanów Zakarum. Wybacz paladynie co w tym momencie powiem, ale liczę, że nie narażę się u ciebie na pochopność i niezrozumienie. Ta banda palantów i kretynów nie dość, że mi nie pomogła, to uznała, że rzeczone fragmenty stanowią heretyckie psalmy tudzież modlitwy, i należy je jak najszybciej usunąć, by świat nie ucierpiał od zawartych w nich plugawych rytuałów. Zapytałem wówczas jak może plugawić coś czego nikt nie jest w stanie przetłumaczyć. Wspomniałem rzecz jasna, że znalazłem to w grobowcu Skatsimi, i że jeśli to jest heretycki tekst to ja jestem arcykapłanem tegoż kultu. To była kolejna, nie pierwsza i nie ostatnia głupota jaką popełniłem w swoim długim życiu. Mimo to wszystko skończyło się dobrze, choć niemałym kosztem i publicznym pohańbieniem z mojej strony. Ówcześni kapłani Zakarum nie bardzo wyłapywali w sformułowaniach ironię i sarkazm, nie mówiąc już o bardziej delikatnych podtekstach. Potraktowali moje słowa zbyt poważnie. Pominę ten etap, do niczego nie prowadzi, a gdybym miał każdy fragment z mojego życia tak rozwlekać, zapewne zajęłoby mi drugie tyle czasu opowiedzenie ich.

- Gdy już skończyła się moja pokuta, za obrazę wiary, postanowiłem działać mniej pochopnie. Wiedziałem, że mam dwa fragmenty manuskryptu i wyczuwałem w nich zło, lecz zupełnie innej natury niż mieli to w zwyczaju przypisywać każdej niewiadomej Czciciele Zakarum. A na pewno metodą na walkę ze złem, nie jest niszczenie pism o niej traktujących. Jak bowiem najłatwiej poznać przeciwnika jak po własnoręcznie sporządzonych przez niego traktatach i relacjach? Niemniej mimo kolejnych paru lat spędzonych w dżungli i nawet jakichś sukcesów dotyczących początkowych powodów w jakich przybyłem w te lasy, nie natrafiłem na jakiekolwiek ślady mogące prowadzić do rozwiązania tej zagadki. Nie zostałem już więcej zaatakowany przez te istoty, ale było to bardzo złudne poczucie bezpieczeństwa.

- Nie bójcie się, teraz już pójdzie z górki. Trzecia część, a zarazem stanowiąca łącznik pomiędzy dwoma wtedy przeze mnie posiadanymi, trafiła mi w ręce dwa lata później. I z nią w zasadzie nie wiąże się żadna historia. Gdy opuściłem już dżungle Kedżystanu postanowiłem wrócić do ojczyzny, odwiedżiłem Królewski port, spędziłem tam pół roku nauczając jeden semestr w katedrze historii magii na tamtejszym uniwersytecie. I właśnie wtedy trafiłem na trzeci fragment. Tak, w bilbiotece w której akurat szukałem materiałów na zajęcia, zagłębiłem się w archiwum i natrafiłem na dział gdzie przechowywano "odpady". W bibliotekarskim żargonie, oznacza to nie mniej, nie więcej jak zniszczone książki, nadpalone od świecy, cierpiące na braki w treści w skutek utraty polowy lub więcej stronic, i inne podobne akty wandalizmu. Z ciekawości, a ponieważ było to jedyne pomieszczenie w bilbiotece gdzie panował względny spokój. Postanowiłem trochę tam posiedzieć i pomedytować nad swoją pracą. Przeglądałem przy tym co mniej nadszarpnięte przez czas i zniszczenie wolumeny. Pośród sterty podziurawionych przez gryzonie zwojów, natrafiłem na ten. - Podniósł stary sfatygowany, najmniejszy ze wszystkich kawałek pergaminu.

- Omal nie zemdlałem, gdy zobaczyłem ten koślawy charakter pisma. kolejny fragment układanki trafił w moje ręce. Natychmiast pokazałem go innym specjalistom pracującym na uniwersytecie, rzecz jasna z pozostałymi dwoma bliźniaczymi tekstami. Zainteresowali się tym, owszem, lecz mimo kilku tygodni szukania informacji i wiedzy, metod zarówno magicznych jak i ocierających się o mistykę, kolejny raz spotkał mnie zawód. Niemniej, o ironio, moi koledzy podali mi wtedy rozwiązanie tej powoli wyniszczającej moje nerwy sytuacji. Wymienili nazwisko Deckarda Caina, niektórzy mieli z nim wcześniej do czynienia. Również słyszałem już o Cainie, czy raczej o jego dawnych przodkach. Miałem go za idiotę, malkontenta, który nie potrafi tak naprawdę niczego. Potomka jednego z największych czarodziejskich rodów, jaki tylko plugawi ich spuściznę i pamięć. Nie mogłem się bardziej pomylić w osądach, ale uświadomił mi to dopiero sam Cain, siedem długich lat później.

- Nie chciałem słyszeć o spotkaniu z nim. Wędrowałem bez celu po ojczyźnie, szukając jakiegokolwiek śladu po ludzie który mógł posługiwać się takim językiem. Badałem najrozmaitsze wzmianki o tajemniczych, żyjących wieki temu plemionach. Problem komplikowało w dodatku to, że nie wiedziałem nawet w jakiej krainie powinienem szukać. Trzy fragmenty bowiem odnalazłem gdzie indziej. jeden pochodził z Aranoch, drugi z Kedżystanu, a trzeci z mojej ojczyzny. Pomyślałem, że jedynym wyjściem jest zawędrowanie na daleką pólnoc, do krain Barbarzyńców. Liczyłem, że tam znajdę odpowiedź, jaka by ona nie była. Przez długi czas podróży, nawet wmawiałem sobie, że zapiski te to nic więcej tylko jakiś dialekt pierwotnych plemion koczowniczych włóczących się po Całym Sanktuarium przed wiekami. Nawet chciałem w to wierzyć. Zwłaszcza gdy patrzę na to z perspektywy czasu, gdybym wiedział, gdzie mnie to zaprowadzi, pozwoliłbym Zakarum zniszczyć te cholery.

- Siedem lat spędziłem w nielicznych, chociaż monumentalnych zwłaszcza pod względem surowości architektury, osiedlach Barbarzyńców. Zwiedziłem zarówno Sescheron, jak i Harrogath. Naprawdę, przykro było słuchać co stało się z nimi po starciu z potęgą piekieł. Zagłada plemion Barbarzyńskich dotknęła mnie bardziej niż cokolwiek innego. Nawet śmierć podczas buntu chłopskiego Cesarza Tyfasa i jego małżonki nie sprawiła mi takiego cierpienia. Obu nie byłem w stanie zapobiec, lecz dlaczego właśnie pólnocne stepy powracają w moich koszmarach? Chyba dlatego, że to właśnie tam odkryłem prawdę o tym co zagraża naszemu światu na długo nim rozpętał się na nowo odwieczny konflikt. I to co może mu zagrozić, gdy pożoga zostanie na powrót ugaszona.

- Cain, stary dobry Cain, ciekawe jak teraz mu się żyje. Pech sprawił, że moje pierwsze z nim spotkanie, stało się zarazem ostatnim. Potem nigdy więcej nie miałem okazji wymienić się z nim poglądami, czy chociażby powspominać czasy w których wszystko było lepsze. Rozminęliśmy się w Lut Gholein, gdy Diablo wyzwolił Baala z grobowca Tal Rashy. Nie chciałem patrzeć na zagładę Kurast. Odwrócilem się od tej tragedii plecami, zamiast stanąć u jego boku i walczyć. Wiem, że też tam byliście, - Skierował te słowa w kierunku Vrecka, Hogara i Janice - przeszliście przez piekło i wróciliście z powrotem. Mogliście go poznać lepiej ode mnie. Teraz żałuję, że nie zdecydowałem się jednak zostać. Byłbym lepiej przygotowany teraz.

- Spotkałem go w oberży, siedział i jadł zupę, w pierwszej chwili chciałem stamtąć wyjść, lecz coś mnie powstrzymało. Być może podświadomość przekazała mi, że naprawdę to moja jedyna nadzieja by nie popaść w całkowity obłęd. Więc podszedłem i przywitałem się podając swoją godność. Rozmowa z początku się nie kleiła, Cain probował zbyć mnie mówiąc, że czeka na kogoś. Mimo to nie ustępowałem, powiedziałem mu, że mam coś z czym nie mogę sobie poradzić, i że jest moją jedyną nadzieją. Nie chciałem pokazywać tego w miejscu ogólnodostępnym, mimo, że był to dla postronnego obserwatora niczym nie wyróżniający się kawałek pergaminu pokrytego dziecinnymi bazgrołami, zaczynałem powoli odchodzić od rozumu. Gdy Deckard zobaczył z czym do niego przychodzę zbladł tak mocno, że jego twarz zaczęła dorównywać białością jego brody.

- Wyprowadził mnie z karczmy i zaciągnął do miejsca w którym się zatrzymał. Miał dobre relacje z Barbarzyńcami, toteż pozwolono mu pomieszkiwać w pałacowym kompleksie, jak mi powiedział był Gościem Qual-Kehka, jednego ze Starszych Harrogath. Gdy tylko znaleźliśmy się wewnątrz zaryglował za sobą drzwi, wyglądał strasznie, ale z każdą chwilą zdenerwowanie ustępowało miejsca na jego obliczu niedowierzaniu. ja natomiast poczułem o dziwo ulgę, jego reakcja mogła świadczyć tylko o jednym, że coś wie. I wiedział, całkiem sporo. Mam teraz pewien problem, do czego powienienem nawiązać w pierwszej kolejności. Rzecz jasna wypytał mnie o to skąd wytrzasnąłem te fragmenty. Tutaj opowiedziałem mu niemal dokładnie to samo co wam. Nie mogłem zbyt wiele dodać, mimo wieku mojej pamięci nie można nic zarzucić. Wtedy pokazał mi to. Czwarty fragment układanki. A raczej tylko jego połówkę, Cain miał to nieszczęście, że jego fragment został podzielony na dwie części. Byliśmy pewni, ponieważ po jego odczytaniu kończył się w pół słowa. Druga część jego fragmentu, zaprowadzi nas ostatecznie jak na razie do tej jaskini.

- Cain nie znalazł swojej części, to było w tym wszystkim najlepsze. Miał ją odkąd pamięta, prawdziwą sensacją dla mnie było jak udało mu się odczytać ten fragment. Jak wam powszechnie wiadomo, magowie wszystkich znaczących klanów, zwłaszcza mojego, nienawidzą nekromantów. Po części zasadnie, ale boję się wyrażać tak znaczące opinie w towarzystwie, które i tak zupełnie by się z nimi nie zgodziło. Cain miał okazję poznać wielu przedstawicieli tej gałęzi czaroznawstwa, i to właśnie oni pomogli mu zrozumieć zawarte w tekście przesłanie. Ale po kolei.

- Cain uważnie przestudiował wszystkie zebrane fragmenty, obserwowałem jak zamienia je miejscami, układając w ciagu. Długo myślał, po czym spojrzał na mnie wzrokiem, w którym dostrzegłem jedną, jedyną emocję. Strach. Gdy odczytywał mi znaczenie zawartych w manuskrypcie słów, powoli zaczynałem rozumieć co go przeraziło, jednak dla mnie były to tylko legendy, dopiero gdy przypomniałem sobie wężoludzi, zacząłem rozumieć, że być może jednak w tej historii musi być więcej niż ziarno prawdy. Cały manuskrypt jest tak naprawdę zapisem, przedstawiającym dzieje protoplastów dzisiejszych Nekromantów. Został sporządzony tuż po zakończeniu wewnętrznego konfliktu pomiędzy poszczególnymi szczepami plemion. Zwycięsko wyszedł z niego szczep który dekady później położył podwaliny pod Klan Enneadów. To właśnie z niego stopniowo wyodrębili się współcześni nekromanci. Jednak historia wszystkich magicznych klanów w wielu miejscach się zazębia. Miało to miejsce na przykład podczas niesławnej Wojny Grzechu. Można zatem wnioskować, że wbrew oficjalnemu stanowisku, jakoby Vizjerei było najstarszym ze wszystkich magicznych zgromadzeń, przed nimi istniały znacznie starsze społeczności, również potrafiące okiełznać nieprzejednane magiczne siły. W przypadku tych wspomnianych tutaj, a których nie chciałbym w tym momencie jeszcze wskazywać pod nazwą jaką również wymienia to świadectwo, mamy do czynienia ze sztuką wykraczającą poza wszelkie bariery jakie postawili sobie sami nekromanci.

- Ci przodkowie Enneadów, za cel istnienia postawili sobie bowiem pokonanie śmierci, nie zjednoczenie się z nią, co praktykują obecni nekromanci, ale jej całkowite podporządkowanie, niewiele miało to wspólnego z równowagą, jakiej obecnie strzegą ich spadkobiercy. Mogę sobie drwić, niemniej udało im się naprawdę zapanować nad śmiercią. Byli o krok ażeby cały ówczesny świat przemodelować według własnych wyobrażeń. Początkowo poszczególne skupiska działały wspólnie, podporządkowując sobie stopniowo kolejne połacie dżungli zamieszkiwane przez rdzennych mieszkańców. Wszystkie plemiona były ze sobą spokrewnione, nie wiem czemu jednak tylko Ci dostąpili nawrócenia. W zwoju jest napisane, że doznali oświecenia na skutek proroctwa jakie dotkneło ich przywódcę. Ta, Siła z Niebios, powstrzymała ich od kroczenia drogą zepsucia, obiecując Wieczny Pokój i porządek, jeżeli tylko zawrócą z obranej ścieżki. Ponadto, w innych plemionach, zaczęły nastepować konflikty o władzę wewnątrz całego zgromadzenia. W końcu, po wielotygodniowych walkach absolutną dominację w podzielonych społecznościach objął Wódz plemienia Śmierciotchniętych, tak przynajmniej brzmi ona w dosłownym tłumaczeniu. Inna nazwa pod którą zostali zapamiętani i ostatecznie uwiecznieni w zapisie historycznym brzmi: Władcy Szpiku. Cain stwierdził, że tę wzmiankę zawiera również Zwój Horadrimów. Lecz wcześniej nie potrafił tego powiązać, gdyż po raz ostatni ta nazwa pojawia się w trzecim fragmencie, według kolejności zapisu. A jak wspominałem Cain miał tylko połówkę czwartego.

- Pierwszy fragment kończy się zapowiedzią konfliktu który wybuchł między zjednoczonym plemieniem Śmierciotchniętych, a nawróconym przez Siły Niebios Enneadów. Pozwolę ich sobie w ten sposób nazywać, ponieważ zapiski nie wskazują pierwotnej nazwy tej społeczności. Co ciekawe, drugi element zagadki nie zaczyna się w miejscu w którym kończy jego poprzednik. Stanowi on niejako wyjaśnienie, czemu Śmierciotchnięci zasługiwali na potępienie. Wskazuje sposób w jaki osiagnęłi nieśmiertelność, a także pozwala zrozumieć, czemu w przeciwieństwie do Enneadów nie ulegli potędze światłości. Plemię to uzyskało bowiem błogosławieństwo, chociaż bardziej pasowało by tu slowo klątwa, z samych czeluści piekieł. Ulegli mrocznej mocy, tak samo jak Enneadowie pokłonili się Archaniołom. Ogarnięte głodem nieśmiertelności plemiona które ostatecznie zostały wchłonięte przez Śmierciotchniętych zaczeły składać krwawe ofiary ku czci siedmiu potęg. W zamian otrzymali oni to czego poszukiwali. Stopniowo przestawali być ludźmi. Ich ciała ulegały deformacji, stopniowemu odarciu z ciała i mięśni. Pozostawały im jedynie marne szczątki przypominające o dotychczasowej egzystencji. Ogarnięci szałem wyruszyli by eksterminować przeciwników piekła. Nie stali się jednak ani Demonami, ani Nieumarłymi. Oni nadal żyli, zaklęci w kościach i pozostałościach cielesnej powłoki. Nie dało się ich zniszczyć, zmiażdżyć, spalić. Osiągneli cel, stali się nieśmiertelni.

- Zapewne ciekawi was, jakim to sposobem w końcu udało się położyć kres ich ekspansji. O tym traktuje trzeci fragment. Gdy bowiem doszło do ostatecznego starcia, Enneadzi nie byli w stanie powstrzymać naporu swoich adwersarzy. Atakowali zawzięcie, za pomocą magii, jaka obecnie nie śniła się jeszcze żadnemu magowi. Ich moc przekraczała obecne możliwości człowieka w sposób niewyobrażalny, lecz nawet ona nie była w stanie przeciwstawić się demonicznemu zepsuciu jakie pozostawiło ślad na okaleczonych ciałach Śmierciotchniętych. Relacja opisuje, że Enneadzi zostali złamani, większość poległa i została pożarta przez zwyciezców. Broniła się już tylko garstka, wtedy stał się cud. W Przywódcę Enneadów wstąpiła wspomniana wcześniej Siła z Niebios. Pokierowała jego wolą. To właśnie on zadał ostateczny cios prącemu w jego kierunku Królowi Szpiku. Gwałtowne uderzenie powaliło go na kolana. Władca Enneadów wciaż natchniony przez Archaniołów, wiedział co musi zrobić. Zdjął z głowy nieprzyjaciela koronę, w ten sposób przyjął na siebie jego brzemię. Tak samo jak uczynił to później Tal Rasha. W momencie w którym Śmierciotchnięci zobaczyli upadek swojego przywódcy zaniechali dalszych ataków. W tym miejscu kończy się trzecia część relacji.

- Enneadzi ocaleli, chociaż pozostali przy tym rozbici i stłamszeni. Utracili przywódcę, który ich jednoczył. To doprowadziło potem do konfliktu i schizmy wewnątrz tej grupy. Lecz, nastapiło to dopiero sto lat po jednaj z największych bitew w dziejach tej krainy. Być może dlatego zwój jednak wbrew błogosławieństwu światłości jakiego dostąpili promieniuje złem. Być może próbowali ponownie sięgnąć po nieśmeirtelność. Któż to może wiedzieć, jednak wracając tam gdzie przerwałem. Śmierciotchnięci podążyli za nowym władcą, który z ogromnym trudem odpierał mentalne ataki nienawistnych Władców Piekieł. Sprowadził przeklęte plemiona do Nekropolii w której nakazał Enneadom się zapieczętować i pogrzebać. Grobowiec został ukryty głęboko pod dżunglą Kedżystanu, tak by nikt go nigdy nie odnalazł. Wewnątrz nadal znajduje się Armia nieśmiertelnych istot, uśpionych wraz z przywódcą Enneadów, czekających na wybudzenie.

- Czwarty fragment, już cały, oszczędzę wam opowiadania jak trafił w moje ręce, zawiera wskazówki pozwalające zlokalizować miejsce w którym spoczęli. Są one bardzo nieprecyzyjne, Cain jednak miał możliwość obcowania z nekromantami, nauczył mnie sposobu w jaki mogę zmusić te niewyraźne symbole do współpracy. Wiem, gdzie znajduje się kres naszej podróży. Właśnie tam zmierzamy. Nie wiecie tylko, czemu mam się tym przejmować. Skoro mam te fragmenty, nie może mieć ich przeciwnik. Problem polega na tym, że pomimo posiadania czterech fragmentów nie mamy ostatniego. Tego najważniejszego którym dysponuje nasz oponent. Mianowicie, w jaki sposób obudzić zło ukryte przed wiekami. Wróg nie śpi. Cały czas szuka, być może od stuleci. Prędzej czy później zdoła odnaleźć nekropolię nawet bez wskazówek zawartych w posiadanych przeze mnie fragmentach. Niemniej zdobycie ich znacznie ułatwiłoby mu zadanie. Ale sami rozumiecie, jeśli nie zdołamy go powstrzymać, cały świat może spotkać zagłada, a tego nie możemy ryzykować. Mogę powiedzieć, wam również, a czego zacząłem się domyślać już potem, gdy pięć lat temu przyszło nam walczyć z Mroczną Trójcą, że ataki, jakich dopuścili się na mnie słudzy Beliala mogły mieć znaczenie właśnie z chęcią uzyskania przez niego przewagi w płonących piekłach. Bowiem skoro demony raz były w stanie obdarzyć nieśmiertelnością ludzi, mogliby to uczynić ponownie, jednak wymagało to wspólnego działania siedmiu największych złych. Żaden z nich nie miałby dostatecznie wiele mocy, by obdarzyć nią kogokolwiek samodzielnie. Dlatego Belial, najbardziej przebiegły ze wszystkich próbował położyć ręce na fragmentach manuskryptu. Jestem niemal pewien, że to właśnie on stoi za tym wszystkim. Teraz zależy mu na nim jeszcze bardziej, trzech największych rywali mu ubyło, ale nadal pozostaje Azmodan, z którym od dawna jest skonfliktowany. Nie wierzę, że zaprzestał prób. Ten Czarnoksiężnik którego spotkaliśmy, z pewnością wykonuje jego rozkazy.

- A skąd pewność, że jest piąty fragment? - Zapytał paladyn przerywająć ciszę jaka zapadła gdy Vizjerei skończył opowiadać.
- Nie mam pojęcia, zgaduję, ale skoro ktoś przelał na papier tak wiele musiał napisać w jaki sposób obudzić do życia te istoty. Być może wystarczy tylko wejść do środka, może pokonać jakieś zabezpieczenia jakie pozostawili tam Enneadzi. ktoś tu jednak bruździ i tego nie można negować.
- Dlaczego tak późno zacząłeś szukać skoro ostatni fragment znalazłeś przeszło piętnaście lat temu? - Zapytała Janice - I czemu Cain nam nic nie wspomniał gdy mieliśmy okazję z nim przebywać. - Hamrys uśmiechnął się cierpliwie.
- Cain nic wam nie powiedział bo osobiście złożył na moje barki rozwiązania tej zagadki. Był to jeden z powodów dla którego unikałem go potem, bo nie potrafiłem się za to zabrać. Przez jakiś czas szukałem tej cholernej nekropolii, ale nim zdołałem dobrnąć do połowy wskazówek zawartych w połowie czwartego fragmentu Diablo z Baalem już zmierzali do Kurast by uwolnić Mefista. To sprawiło, że postanowiłem uciekać. A nie mogłem brnąć dalej, bo druga część tego fragmentu wpadła mi w ręce dopiero trzy miesiące temu. to właśnie dlatego postanowiłem wznowić poszukiwania. - Janice pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Więc jak? Zaspokoiliście swoją ciekawość? Czy wolicie wracać do Kurast? - Wszyscy zaprzeczyli zgodnie.
- Trzeba było tak od razu. - Powiedział Vreck - Byłoby nam łatwiej.
- Możliwe, ale życie nauczyło mnie, żeby do ludzi podchodzić z rezerwą. - Odparł Vizjerei - Chodźmy spać, póki godzina jeszcze młoda. Z rana musimy ruszać dalej.

xxx


Leżał na zimnej podłodze, skórę czy raczej pokrywające ją zakrwawione strupy zdarto aż do mięśni. Połamali mu wszystkie palce u dłoni, w trzech miejscach każdy, wyrwano mu paznokcie. W odsłonięte mięso wbito mu rozżarzone do czerwoności gwoździe. Gdy i to nie zdołało rozwiązać mu języka, zdecydowali, że koniec z pieszczotami. Kat pokazał mu mały krążek metalu, powoli odchyli pięć do tej pory sięgających do jego wnętrza ostrych jak brzytwa ramion. Mężczyzna spostrzegł wyryte na środku metalowego przedmiotu insygnium i splunął krwią pod nogi jego oprawcy. Godło Pana Grozy pyszniło się w centrum pentagramu.

- Tyle lat minęło od kiedy wydusiłem z niego ostatnie tchnienie. Przekaż mu moje pozdrowienia, ty cholerny bękarcie.

Demon tylko prychnął i szarpnął go z calej siły za włosy. Mężczyzna zdusił w sobie ochotę by krzyczeć z bólu nawet wtedy gdy żelazna pięcioramienna gwiazda zagłębiała się w jego oczodołach, pozbawiając go wzroku.

Na koniec zmiażdżyli mu klatkę piersiową kowalskim młotem i zawlekli ledwo żywego do celi.

Chyba przestało im zależeć - Pomyślał - Nareszcie.

Utrata przytomności okazała się błogosławieństwem w jego męce, przynajmniej na jakiś czas uciekł od bólu ogarniającego całe umęczone ciało. Kałuża krwi na zimnej posadzce rozszerzała się, sięgając już do samej kraty. ucichło wszystko. Jedynie jego serce nadal łomotało w piersi jakby na znak protestu.




Oceń materiał: Ocena: 0.00 (0 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.