diablo 3

Opowiadanie: Krok w nieznane część 4.

Utworzono: 03.03.2014

IV



Ekspedycja wyruszyła ledwo ze świtem. Ludzie wciąż byli zmęczeni i chociaż pokrzepiła ich wiadomość o oprzytomnieniu maga, nadal odczuwali strach.

Ziemia całkiem rozmiękła, pod ciężarem ciał, nogi zapadały się w błocie do kostek. Tempo marszruty choć wyraźnie niższe, niż jeszcze dzień wcześniej, zeszło jednak na dalszy plan. Grząski grunt wymagał od ludzi koncentracji na każdym kroku. Nikt nie zamierzał ich poganiać.
Hamrys postanowił oszczędzać siły, wciąż nie czuł się najlepiej a nie zamierzał ponownie marnować energii na nieprzemyślane działania. Miał od tego ludzi.

Droga którą obrali prowadziła dalej na wschód. Drzewa z każdym kilometrem stawały się wyraźnie rzadsze, flora i fauna nie mogła w żaden sposób konkurować z bogactwem klimatu jaki panował w północym Kedżystanie. Zimniejsza temperatura i znaczenie większa wilgotność zaczynały dawać się we znaki nie tylko roślinom i zamieszkującym dżunglę zwierzętom. Ludzie stopniowo zaczęli wyciągać z niesionych przez tragarzy tobołów, skórzane kurtki i wełniane płaszcze. Mimo, że przestało padać nadal towarzyszył im chłodny powiew wiatru.

W pewnym momencie doszło do przykrego incydentu, w którym o mało nie straciło życia dwóch ludzi Teezara. Odeszli oni od grupy w gęstwinę wiedzeni potrzebą i nim zdąrzyli zareagować, wchodząc pomiędzy połamane trzcinowce, ruchome piaski wciągnęły ich po pas. Mieli szczęście, że Hogar z Janice szli nieco z tyłu, zamykając pochód. Zareagowali natychmiast i rzucili im zwisające z jednego z drzew liany. Z pomocą kilku innych najemników jakoś udało się wyciągnąć pechowców z opresji.

Szli dalej jednostajnym tempem, cykady i ważki latały między drzewami, co jakiś czas przysiadając na leżących nieruchomo w kałużach błota liściach Islubiny.

Zeszli ostrożnie w dół niewielkiej kotlinki, którą napotkali na drodze. Temperatura powietrza wyraźnie wzrosła, podobnie jak wilgotność. Krople gęstego potu szybko zaczęły spływać po czołach maszerujących ludzi. Głośne oznaki niezadowolenia przecinały raz po raz ciszę dnia.
Wszyscy malkontenci zamilkli jednak jak jeden mąż, gdy dostrzegli co takiego wyłoniło się z cienia na przecince pomiędzy drzewami.

Z muru została jedynie kupa gruzu leżąca wokół kilku rozsypujących się granitowych słupów. Stalowa, bogato zdobiona brama leżąca na ziemi całkiem przerdzewiała, prawdopodobnie najdelikatniejsze dotknięcie zamieniłoby ją w kupę pyłu. Lecz, to nie nadgryzione przez czas mury i zżarta przez korozję brama przestraszyła żołnierzy. Dokonało tego to, czego te mury niegdyś broniły.

Na cmentarzysko składało się kilkanaście usypanych z błota i kamieni mogił, niektóre zostały, prawdopodobnie celem przyozdobienia, bądź uzewnętrzenienia w pewien sposób dokonań zmarłych, wyłożona kośćmi. Większość grobów zdobiły zwierzęce czaszki, czy to aligatorów, małp, ale na jednym, wyjątkowo okazałym grobie, ktoś ułożył dwie, potężne czachy wężów błotnych. Jedna z mogił była niemal w całości obłożona niewielkimi główkami łupieżców. Znacznie większe zainteresowanie od prostych błotnych kurhanów, budził kamienny, oblepiony mchem i porostami sarkofag. Płyta, na której spoczywała czaszka, niehybnie należąca niegdyś do jakiegoś człowieka, była w kilku miejscach spękana. Nie było żadnych inskrypcji, czy symboli religijnego kultu. Bezimienni za życia, nie zaznali żadnego upamiętnienia, chyba, że na nie, nie zasługiwali.

Mgła unosiła się nad cmentarzyskiem, gęstniała z każdą chwilą. Ludzie powoli wkroczyli między chaotycznie ułożone kurhany. Hamrys szedł na przedzie, podszedł do rozsypującego się kamiennego grobowca. Wtedy zobaczyli schody, prowadzące pod ziemię, prawdpopodobnie do sieci krypt pod nekropolią. Na ich końcu stały wielkie, kute drzwi, obsypane rdzą podobnie jak brama wiodąca na cmentarz.

- Niczego nie dotykajcie. - Oznajmił cicho mag i zaczął przyglądać się sarkofagowi. Zmrużył oczy. Wsłuchiwał się w zaklęte w grobowiec słowa, prowadziły go wzdłuż niewidzialnej nitki, prosto do celu, chciał znaleźć przyczynę dla której ci ludzie zginęli.

Odsunął się raptownie, wpadając na stojącego za nim Vrecka, poczuł odrazę do tego miejsca. Świętokradcy. Zakłócili spokój leśnych Bogów, doznali kary z rąk ich wyznawców. Wyczuwał bijący z kurhanów gniew, unosił się wokół niczym spowijająca nekropolię mgła. Poczucie nieuchronnej konfrontacji nagle stanęło mu przed oczami, umarli nie zamierzali oddać skrywanych w podziemiach tajemnic. Nie zdawali jednak sobie sprawy, z determinacji jaka przywiodła wędrowców. Wszyscy czekali w napięciu, z gotową do użycia bronią spoglądając, na wciąż wpatrującego się w przerdzewiałe wrota Hamrysa. Mag stał niewzruszony na skraju schodów, bał się podejść bliżej, ale ktoś musiał.

- Musimy wejść do środka, trzeba otworzyć te drzwi. - Oświadczył w końcu odchodząc na bok.
- To absolutnie konieczne? Mam złe przeczucie. - Odparł Teezar.
- Bardziej martwiłoby mnie, gdyby którykolwiek z nas chciał tam wejść z własnej nieprzymuszonej woli. Tak, to konieczne, ponad wszelką wątpliwość. Manuskrypt wspomina o tej kotlinie, ukrytym w niej cmentarzu przeklętych przez Skatsimi hien cmentarnych. Sieć skrytych pod kryptą katakumb pozwoli najszybciej przedostać się na drugą stronę tego zapadliska. O ile rzecz jasna nie zabłądzimy w plątaninie korytarzy, no i jeśli nie uległy zawaleniu. To jednak wątpliwe, Skatsimi byli genialnymi architektami. Nic nie jest w stanie naruszyć konstrukcji przez nich zbudowanych, wystarczy tylko spojrzeć na Kurast, na inne monumentalne Świątynie jakie powstały przed wiekami.
- Mam dziwne wrażenie, że nie mówisz nam wszystkiego. - Wtrącił Vreck.
- Jest jeszcze jedna kwestia, - stwierdził powoli - Mianowicie, mieszkańcy tej nekropolii. Wyczuwam emocje, głosy duchów pogrzebanych przez laty, oni również zdają sobie sprawę z naszej obecności. Zwłaszcza bliskie są im pobudki, jakie kierują pańskimi ludźmi kapitanie. Za bardzo przypominają im o własnych zbroniach. Liczą, że jeśli nas powstrzymają, wyrównają karę, na jaką zostali skazani. I słusznie, tego typu klątwy nie tylko miały ukarać tych nieszczęśników, ale również bronić dostępu przed następnymi rabusiami. Proste i genialne.
- Przypomnij mi swój podziw i zachwyt, do sztuki tych zwierzaków, gdy będą mnie zarzynali! - Zirytował się Teezar - W nocy nie wspominałeś, że tak szybko przyjdzie nam umierać.
- Kto chciałby żyć wiecznie kapitanie, - uśmiechnął się mag - spokojnie, to tylko nieumarli, i w dodatku z pewnością nie tak groźni jak słudzy naszego Arcywroga. Nie powinniśmy mieć problemu, mimo wszechstronnej wiedzy i potęgi jaką dysponowali, prawie każde zaklęcie traci na sile, wraz z upływem czasu.
- Dobra, dobra, już ja zdążyłem Cię poznać. Flyte, idź na dół. Otwórz ten kocioł czarownic. Broń w dłoń, na pozycję, mam nadzieję, że przez noc moje słowa zdążyły dotrzeć do waszych mózgów, ani kroku w tył! - Odpowiedziały mu okrzyki aprobaty.

Młody najemnik, o ospowatej twarzy, zszedł ostrożnie po schodach. Wzmógł się wiatr, jego włosy w kolorze słomy falowały delikatnie. Flyte dotarł do drzwi, zaczął przyglądać się antycznym wierzejom. Wodził wzrokiem po zaśniedziałych ornamentach zdobiących wrota. Siatka niewielkich zarysować znaczyła całą powierzchnię przerdzewiałego portalu, w świetle trzymanej przez młodzieńca pochodni, rdza przyjmowała najróźniejsze odcienie czerwieni, przechodząc w brąz. Oprócz znamion ich słusznego wieku, wierzchnia warstwa drzwi usiana była położonymi w idealnych odstępach niewielkimi dziurkami, niczym sito.

Flyte przyłożył ucho do wrót, nasłuchiwał. Miał dziwne i bardzo przyjemne wrażenie, że drzwi lekko drgają, wydzielając przy tym przyjemne ciepło i zapach kobiecego ciała. Jego wyobraźnia zareagowała natychmiast, w myślach pojawił się obraz kochanki o idealnych kształtach, odzianej w przejrzysty tiul, ogarniętej milosnym uniesieniem. Nie zważając na to, co dzieje się wokół niego, że obserwują go towarzysze, naparł ciałem na całą powierzchnię drzwi. Położył rękę na przerdzewiałej klamce, gładził ją niby pierś swej lubej. Obserwujący go najemnicy chichotali widząc jego bezskuteczne zmagania. Tylko Hamrys, oparł się na lasce, znowu dał się nabrać.
Flyte krzyknął, ale nie była to oznaka ekstatycznej rozkoszy, ni spełnienia, tylko rozpaczliwa proźba o pomoc, na którą już było o wiele za późno.

Ze wszystkich otworów w drzwiach wyłoniły się niewielkie, wydrążone w środku pręty. Flyte wrzeszczał ogarnięty cierpieniem, wierzgał nogami, podczas gdy przebijające go sztamajzy wysysały z niego krew. Stopniowo drzwi osypywały się z rdzy, przybierając wygląd sprzed lat. W końcu pręty wsunęły się z powrotem do otworów, wypuszczając ze swojego śmiertelnego uścisku wysuszone ciało, naznaczone niewielkimi kulistymi rankami. Opadło bezgłośnie na schody, na bladym, wręcz papierowym obliczu Flyte zastygł wyraz bezprzeżnego zdumienia. Oczy zapadły się wgłąb czaszki, zaś puste oczodoły nie wyrażały zupełnie nic.

Odgłos rozsypującej się ziemi odwrócił uwagę wszystkich dotąd skamieniałych z przerażenia ludzi. Klątwa została uwolniona, niespokojne duchy powróciły do ciał, po to, by zabijać.
Czaszki fetyszy opadły z grobu. Pierwsza z szarej mazi wyłoniła się kościana dłoń, pozbawiona dwóch palców. Gwałtowne szarpnięcie wyzwoliło z błotnego więzienia najpierw ramię, a potem cały tułów szkieletu. W międzyczasie mieszkańcy pozostałych kurhanów dali znać o swojej obecności, budząc się z długiego snu.

Pierwszy szkielet wyskoczył z grobu, otrzepał z błota. Nie miał przy sobie żadnej broni, na ożywieńcu nie zachował się nawet fragment tkanki, czy strzęp ubrania. Wolnym, dostojnym krokiem ruszył w kierunku najemników, zatrzeszczały złowieszczo kości w stawach, szczęka nieumarłego otwierała się i zamykała w niemej groźbie. Hogar nie zamierzał czekać, aż martwiak do nich podejdzie, doskoczył do niego jednym susem, próbując obuchem topora strącić czaszkę adwersarza z karku.

Nieumarły odskoczył zwinnie z linii ciosu, prezentując wzbudzającą respekt szybkość, przetoczył się pod kolejnym uderzeniem barbarzyńcy, skierował trzy szponiaste palce próbując rozciąć mięśnie na plecach Hogara. Cios niehybnie doszedłby celu, gdyby Vreck nie zdążył zaasekurować przyjaciela tarżą. Nim ożywieniec zdążył w jakiś sposób zareagować, paladyn z całej siły walnął go na odlew osłoną, która w chwili uderzenia rozbłysnęła bladoniebieskim blaskiem. Szkielet nie mógł przetrzymać takiego ciosu, odłamki kości potoczyły się w błocie, dziurawiąc poszycie leśne.

Hamrys podniósł laskę, klejnot w jego głowicy przybrał barwę rubinu. Kula ognia pomknęła w kierunku dwóch gramolących się z kurhanów zombie. Gnijące ciała ogarnęła pożoga, martwiaki biły rozpaczliwie rękami o błotne podłoże, syk płomieni wzmagał się przez chwilę, aż do momentu w którym mag nie wypowiedział ostatniego słowa zaklęcia. Ogień momentalnie zgasł, truposze zdążyły znieruchomieć, by w ułamku sekundy ulec spopieleniu. Wiatr zabrał ze sobą smród zdezintegrowanych zwłok, wypełniając nozdrza walczących.

Kapitan Teezar powalił jednego z agresorów, szkielet upadł tracąc przy tym prawe ramię, Angus, poszedł za ciosem. Trzymany oburącz miecz opadł na odsłoniętą kość gnykową. Czaszka potoczyła się po pobojowisku, lądując pod nogami Hogara. Barbarzyńca zajęty był walką z dwoma Ghulami, wirował wściekle niczym szalejące tornado, z każdym uderzeniem pozbawiając przeciwników kolejnych fragemntów wysuszonych ciał. Nie było żadnej krwi, jedynie rzadka zielona substancja wypływała z głębokich ran. Nagle zatrzymał się w miejscu, za plecami jednego z napastników, nim potwórr zdążył zareagować, Hogar przewrócił go na ziemię i jednym potężnym uderzeniem zakończył jego plugawą egzystencję. Drugi Ghul w tym czasie zdążył poczynić w jego kierunku dwa kroki. Wtedy barbarzyńca dostrzegł spoczywającą obok ścierwa czaszkę szkieletu, którego wykończył Teezar. Kopnął z całej siły czerep, połowa szczęki ukruszyła się i poleciała gdzieś w gęstwinę. Siła uderzenia była tak wielka, że nieumarły potoczył się kilka metrów dalej. Janice spojrzała na leżącego pod jej nogami plugawca. Ostrze oszczepu nabierało mocy.

Najemnicy zdecydowali się nie zawieźć swojego dowódcy, walczyli wściekle, chcąc pomścić wszystkich poległych dotąd towarzyszy. Kilku odniosło niewielkie obrażenia, lecz nie było to nic poważnego, wymagającego natychmiastowego działania. Odcięte kończyny nieumarłych słały się gęsto po polu bitwy, z każdą chwilą liczba przeciwników topniała.

Bekereth wył z rozpaczy miażdżąc ciosem topora kolejnego ożywieńca. Liczył, że zasadzka umarłych zbierze znacznie lepsze żniwo. Musiał jej pomóc, musiał...

Rozejrzał się, wszyscy byli wciąż zajęci, nikt nic nie zauważy. Dostrzegł Vaxisa wyprowadzającego szybką kontrę po zblokowaniu ciosu jednego z szalejących szkieletów. Ruszył w jego kierunku. Janice dostrzegła ten ruch, lecz nic nie podejrzewała. Skupiła się na ghulu, który zaatakował ją od flanki. Oszczep dosięgnął celu. Furia błyskawic ogarnęła przy tym trzech innych nieumarłych walczących do tej pory z najemnikami Teezara. Szkielety porażone siłą burzy upadły na ziemię, lecz szybko zaczęły na powrót gramolić się z niej by wrócić do walki.

Demon chwycił triumfującego Vaxisa, w oczach opętanego zabłysnęło czerwone światło. Jednym szarpnięciem ręki rozpruł szyję żołnierza i rzucił go tuż obok pokonanego przez niego szkieleta. Krew Vaxisa natychmiast została wchłonięta przez Bekeretha. Demoniczny pasożyt poczuł napływ sił witalnych. Co więcej, nikt nie zauważył jak pozbawił życia towarzysza broni.
Bitwa dogasała, Vreck uderzeniem berła zrzucił z karku czerep ostatniego szkieletu. Ludzie oddychali głęboko, podtrzymywali się. Niektórzy opadli na kolana, placząc ze szczęścia, że to już koniec. Że zdołali podołać wyzwaniu.

Niezupełnie.

Hamrys pierwszy usłyszał odgłos kamiennej płyty rozbijającej się o granitowe podwyższenie. Władca szabrowników powstał by pomścić pobratymców, którzy zawiedli go już po raz drugi. Wysoki na siedem stóp kościotrup, był odziany w stalową zbroję. jego czaszkę, zdobił rogaty hełm inkrustowany surowymi kamieniami szlachetnymi. Trzymany w ręce potężny miecz dwuręczny, był dostatecznie wielki i ostry by jednym ciosem pozbawić życia trzech rosłych mężczyzn.

Hamrys zaczął inkantację, Vreck z Hogarem natarli na giganta z dwóch stron, lecz ich ciosy nie mogły przebić się przez zbroję i gardę przeciwnika. Oboje uskoczyli w ostatniej chwili, przed atakiem. Miecz skrzesał iskry trafiając w granitowe podłoże, uderzenie było dostatecznie mocne, by lekko zatrząsnąć okolicą.

- Hogar! - Krzyknął paladyn - Przewróć bydlaka!

Barbarzyńca wrzasnął, żyły na jego rękach odznaczyły sie na ciele. W oczach zalśniła furia, pierwotna energia barbarzyńcy znalazła w końcu ujście. Hogar uniósł topór, kumulując w nim całą zebraną w mięśniach siłę. Uderzenie w ziemię wyzwoliło potężne tapnięcie, które pomknęło w kierunku niczego nie podejrzewającego olbrzyma. Hełm spadł z wielkiej głowy, potoczył się z hukiem po schodach prowadzących do katakumb.

Hamrys zakończył inkantację, zielony promień pomknął w kierunku leżącego monstrum. Gęsty kwas oblepił zbroję, której kawałki natychmiast z głuchym trzaskiem zaczęły spadać na wystające kamienne łby.

Janice doskoczyła do zbierającego się z podwyższenia szkieleta, ponownie zaczął padać deszcz a pioruny raz po raz przecinały niebiosa. Amazonka Wbiła oszczep w jeden z oczodołów gigantycznego adwersarza przygważdżając go do podłoża.
Wszyscy z krzykiem odiegli od truposza. Ułamek chwili później potężna błyskawica znalazła swój cel.
Zniknął zarówno wielki przeciwnik jak i grobowiec w którym dotąd spoczywał. Miejsce w kórym leżał, znaczył jedynie szeroki na trzy metry krąg spalenizny, na którego powierzchni wytworzyła się warstwa szklistej substancji.

Ludzie patrzyli po sobie, bojąc się wyrazić nadmiernej radości, by nie przyszło im walczyć z kolejnym wrogiem. Cisza aż dźwięczała w uszach. Teezar wydał kilka szybkich poleceń, jego mina stężała gdy ujrzał leżącego z rozprutym gardłem Vaxisa. Kolejna ofiara ich zuchwałości.
Zostało mu już tylko trzynastu żołnierzy. Modlił się w duchu by ta liczba tym razem nie okazała się pechowa. Błąd. Kolejny, nie ostatni raz założył, że świat nie jest w stanie bardziej mu dokopać.

Stanęli nad drzwiami, które wyssały życie z Flyte'a. Wielkie wrota wyglądały na nasycone krwią i okrutnym teatrum działań bitewnych, jakie przed chwilą zmieniło krajobraz otoczenia. Stały lekko uchylone, zapraszając podróżników do swego wnętrza. Odsłaniając wszystkie dotąd skrywane tajemnice, ludzie zwlekali z uczynieniem pierwszego kroku, jedynie Hamrys bez wahania ruszył na spotkanie przeznaczenia. Powoli kawalkada ruszyła za nim, jeden po drugim przekroczyli ciało pierwszej ofiary szesnastego dnia wyprawy. Bekereth jako ostatni wszedł do mrocznego korytarza, wciąż nasycając się słodkim smakiem krwi.

xxx


Obserwował jak wchodzili z obawą na przeklęte cmentarzysko, wiedział co skrywają nędzne mogiły, jęki umarłych dochodziły do niego z bezkształtnej krainy, żądały ukojenia wiecznego bólu, nagle zawodzenie upiorów ucichło, poczuli krew tętniącą w żyłach wkraczających na te niegdyś święte ziemie. Oczekiwali aż popełnią jeden fałszywy krok, gdy chciwość zaprowadzi ich tam gdzie sami wyzionęli ducha.

Gdy rozpoczęła się walka nie uczynił nic. Widział prawie wszystko. Moment dekoncentracji sprawił, że uronił najważniejszy moment. Mógł zdemaskować zdrajcę, lecz musiał uchronić się przed gniewem widma potężniejszego niż wszystkie. Duch przywódcy grasantów wyczuł jego obecność, próbował wedrzeć się do jego jaźni. Ból jaki zadał mu szaman, zmusił go do rychłego powrotu do zaklętego w zbroji szkieletu. Lecz ułamek chwili, poświęcony na odparcie ataku, uniemożliwił mu uchwycenie wszystkich zdarzeń na cmentarzu. Gdyby sprawy przybrały niekorzystny obrót, pomógłby wędrowcom, lecz miał nadzieję, że leśne duchy, Piewcy Wiatru, będą obcym przychylni. Nie chciał tak szybko się demaskować, wolał jeszcze przez jakiś czas pozostawić ich samemu sobie, by dowiedli, jakimi naprawdę są ludźmi.

Psy charczały ze zniecierpliwienia. Musiał je kilkukrotnie uciszać i uspokajać, zwierzęta są łatwiejsze w kontroli, od humanoidów, lecz bardziej podatne na pierwotne instynkty, stanowiącymi główne bodźce, kierujące ożywioną materią. Obiecał im, że przyjdzie czas na działanie, to je trochę wyciszyło, położyły się na obdartych ze skóry brzuchach, lecz nie przestawały sapać.
W końcu zeszli do katakumb, ostrożnie stawiając kroki. Wtedy ruszył za nimi, pozostając w bezpiecznej odległości.


xxx



Nekromanta podszedł do kryształowej kuli, ukrytej pod czarną atłasową chustą. Wyczuwał fluktuacje mocy, gniew bijący od owalnej wyroczni. Władca Kłamstw oczekiwał wyjaśnień. Nie chciał okazać przed nim swej słabości, niedokończonej pracy. Nie miał wyboru, dalsze odwlekanie tej rozmowy nie wchodziło w grę, należało odpowiedzieć. I liczyć się z konsekwencjami swego zuchwalstwa.

Chwycił delikatnie materiał okrywający sferę, ściągnął go. Jego wzrok spotkał łypiące na niego nienawistnie spojrzenie.

- Gdzieżeś się tak długo poniewierał?! - Zaryczał głos demonicznego władcy - Przydzielając Ci to zadanie zdałem się na twoją reputację i osiągnięcia, tak długie milczenie może oznacząć wyłącznie jedno, kolejną porażkę! Dlaczego otaczają mnie nieudacznicy, zdrajcy i wieczni przegrani!? Czym zasłużyłem sobie na takich popleczników?!

- Panie, wszystko jest w jak najlepszym porządku, plan został wcielony w życie. Mój sługa jest stale w pobliżu maga, gdy nadejdzie właściwy moment zada ostateczny cios, odzyskamy przepowiednię. - Oświadczył sucho przerywając potok wrzasków Beliala.

- Nie wierzę Ci! Oczekuję natychmiastowych rezultatów! Już dwadzieścia pięć lat minęło odkąd moi szpiedzy natrafili na fragmenty zaginionego dziedzictwa! Zbliża się decydujący moment już za kilka lat świat utonie w krwi i pożodze, muszę być przygotowany, nie zamierzam dzielić się władzą z moim bratem, Piekło będzie tak silne, jak kierujące nim Jedynowładztwo! Azmodan na pewno planuje to samo zrobić ze mną, może nie śni mu się potęga nieśmiertelnych, uwierzył w ostateczny koniec własnego, po części, tworu. Ale na pewno będzie chciał mnie zaszachować!

- Panie! Nie ma powodu do obaw, są osłabieni, a nie przeszli jeszcze wszystkich prób, jakie czekają ich na drodze. Sami doprowadzą nas do miejsca spoczynku Władców Szpiku. A gdy tylko miną Bramę Straceńców, wtedy potęga Piekieł uderzy na nich z całą mocą! Już niedługo, to kwestia dni, i ponownie zawładniesz niepokonaną armią, gotową by zniszczyć Sanktuarium. - Belial milczał przez moment, analizując słowa, które przed chwilą usłyszał. Nie miał powodu by nie wierzyć słowom Sloraka, Nekromanta, miał imponującą przeszłość, kiedyś był członkiem klanu Vizjerei, opuścił zgromadzenie, gdy potęga piekieł uznała, że zainteresowania i moc jaką dysponował mag, może się przydać. Opętany, włóczył się po dżungli, aż znalazł tych, którzy objawili przed nim prawdziwy sens życia, nauczyły czym jest potęga, władza, chaos. Nowy nabytek szybko udowodnił, że pokładane w nim nadzieje, nie zostały przecenione. Uwierzył, że nekromanta mówi szczerze, wyczuwał co prawda małe niedopowiedzenia, zrzucił to na karb strachu, jaki niechybnie odczuwał. W końcu był zaledwie człowiekiem, mimo swoich dokonań.

Płonące ogniki wewnątrz kulistej sfery, wygasły, Władca Kłamstw, postanowił odwlec wyciągnięcie konsekwencji z braku efektów. Miał jeszcze trochę czasu, liczył, że nim ponownie będzie musiał spotkać się oko w oko z Belialem, wyrobi sobie lepszą pozycję do rozmowy.

Kto bowiem powiedział, że władza nad Śmierciotchniętymi musi przypaść jednemu z ich twórców? Zakrył kulę ponownie atłasową tkaniną i odszedł wracając do przerwanych badań.


xxx




Tunel był dostatecznie szeroki, by jednocześnie mogło się w nim swobodnie przemieszczać dwóch roslych mężczyzn, strop ułożono wystarczająco wysoko, aby Hogar nie zahaczał głową o wyrastające z sufitu korzenie i pajęczyny.

Na czele szło dwóch najemników, trzymanymi pochodniami opalali zagradzające przejście gęste pajęczyny. Plonące szczapy zapewniały widoczność na zaledwie kilka metrów. Dokładnie patrzyli pod nogi, zdawali sobie sprawę, że jeżeli natrafią na jakąś półapkę, oberwie im się pierwszym. Poczucie strachu, zapewniło tym razem względne bezpieczeństwo pozostałej części grupy.

- To jeszcze nie koniec niespodzianek, prawda? - Zapytał Teezar.
- Na pewno nie powinniśmy ulegać znużeniu. Na zewnątrz, to były duchy zwykłych rzezimieszków. Tutaj byli chowani kapłani niższego kręgu. Mimo to nie powinniśmy spoczywać na laurach. Wyżej postawieni mistrzowie kultu Skatsimi mieli budowane osobne grobowce, nierzadko zgodnie z przedstawionym jeszcze za życia zamówieniem.
- Czyli co takiego może na nas czekać w mroku?
- Na razie co najwyżej jakieś półapki, zapadnie, ukryte we wnękach ściennych ostrza, czy nawet tak misterne jak naszpikowane prymitywną magią drzwi, z którymi próbował flirtować jeden z twoich podopiecznych. Dopóki idziemy korytarzem, i dwóch dżentelmenów na przedzie boi się o własne tyłki nic nam nie grozi. Ponadto, możemy trafić na pająki. - Wskazał na opadające z sufita resztki pajęczych sieci - Mocna, jedwabna nić. Arachnidy, być może również Ogniste Pełzacze, ale póki co nie wyczułem delikatnego swądu siarki. Budowniczy, musieli nie wiedzieć, że w pobliżu znajduje się gniazdo tych bestii, pająki przekopały tunel i trafiły aż tutaj. Chociaż, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że sąsiedztwo pajęczaków, było z góry zaplanowane, jednak jest to raczej wątpliwe. Co do nieumarłych, Skatsimi chowali zmarłych w sarkofagach, przy tym mumifikowali ich, zatem ewentualni ożywieńcy będą lepiej zachowani niż ich krewniacy, których poznaliśmy na powierzchni. Będą też znacznie bardziej agresywni i niebezpieczni. Przynajmniej dla was, ja poradzę sobie z nimi bez trudu. Ogień, najważniejszy wynalazek ludzkości. - Zęby maga zabłysnęły w świetle niesionych pochodni.

Dotarli do miejsca w którym korytarz rozdzielał się na pięć odrębnych, nieco węższych ścieżek. Ludzie zgromadzili się wokół maga, ten jednak szybko ich odpędził rękami, podchodził po kolei do każdej odnogi, zatrzymując się na kilka minut. Medytował. Po około kwadransie wzruszył ramionami i wybrał odnogę skierowaną najbardziej na zachód.

- Dlaczego akurat ta? - Zapytał go Vreck.
- Nie wiem. Możesz to nazwać przeczuciem, na pewno nie chciałbym iść środkowym przejściem. Golem, wyraźnie czuć tam magię jaką posłużyli się Skatsimi. Idąc tam, czeka nas pewna śmierć. Wschodni korytarz natomiast prowadzi do gniazda Arachnidów, na pewno nie ma tam wyjścia.
- A skąd pewność tym razem?
- Ich królowa jest w rui, wydzielany przez nią zapach kanałuje magię. W tej chwili trwa tam istna orgia. Gdybyśmy tam poszli, wąskie przejście mogłoby działać na naszą korzyść, ale nie chciałbym się przekonać o prawdziwości moich osądów.

Droga którą wybrali, kończyła się komnatą grobową, w której prócz kilku sarkofagów i waz wypełnionych dawno zgniłą żywnością nie kryło się nic ciekawego. Wrócili na rozdroże.

Drugi tunel doprowadził ich do niszy kończącej się zapadliskiem, na jej dnie zdołali dostrzec naostrzone drewniane pale, czekające na nieostrożnych wędrowców.

Trzecia odnoga, wiodąca na północny wschód zakręcała gwałtownie, prowadziła ich coraz głębiej pod ziemię, nie napotkali żadnych innych półapek. Lecz i ta droga okazała się ślepa.

- Chyba trzeba będzie wrócić i pozbyć się pająków. - Stwierdził głośno Hogar. Vizjerei jednak zbył jego słowa milczeniem, ostukiwał kamienne ściany laską, wyraźnie skoncentrowany. W końcu sięgnął za jedną z płyt, pomacał ją dokładnie i po jakimś czasie nacisnął.

Szczęknęły ukryte w ścianach mechanizmy, odgłosy tarcia zostały zwielokrotnione poprzez echo, które poniosło je wgłąb korytarzy którymi tutaj dotarli. Podniósł się kurz, a przeszkoda powoli wsunęła w niszę wykutą w skale, teraz gdy opadł pył, wyraźnie widoczną. Mechanizm był prymitywnym, ale jednak skutecznym zabezpieczeniem. Większość ludzi zawróciłaby i spróbowała kolejnego tunelu, kończącego się w pajęczym gnieździe. Nie był to bynajmniej koniec niespodzianek. Ściana została usunięta, lecz prócz niej dostępu do dalszej części kompleksu broniły jeszcze okute wrota. Hamrys dokładnie zbadał aurę, jaka otaczała drzwi, jednak tym razem nie zostały obłożone żadnymi zaklęciami. Hamrys pchnął je delikatnie, otworzyły sie bezgłośnie, bez żadnego oporu.

Weszli do krypty, ściany pokryte były płaskorzeźbami, przedstawiającymi wyobrażenie życia pozagrobowego, zgodnie z tradycją jaką czcili Skatsimi. W wielu miejscach, porosły mchem, wodne nacieki natomiast sprawiły, że fragment położony nad stojącym w kącie pomieszczenia sarkofagiem osunął się i zamienił w gruz. W centralnej części sali grzebalnej znajdował się niewielki pomnik przedstawiający odzianego w powłóczystą szatę mężczyznę, stojącego z założonymi do modlitwy rękami, patrzącego w górę, jak gdyby próbującego uzyskać odpowiedzi na dręczące go kwestie w otaczającej go przestrzeni.

Hamrys podszedł do posągu przyglądając mu się uważnie, na pewno nie został tutaj postawiony bez powodu. Analizował przez chwilę naturę rzeźby wodząc palcem wskazującym po kamiennej strukturze, kolejny prymitywny mechanizm, odarty z jakiejkolwiek tajemnicy. Pociągnął za prawy łokieć posągu.

Jedna z płaskorzeźb osunęła się w dół, ukazując ukrytą pod nią niszę. Nie było w niej nic, oprócz niewielkiego, podłużnego otworu.

- Coś przeoczyliśmy? - Spytał Hogar.
- Nie, zauważyłbym to. - Odparł Vizjerei - Narzędzie, którego potrzebujemy musi być w tym pomieszczeniu. - Wszyscy spojrzeli na stojący w kącie sarkofag. - Odsuńcie się. - Rozkazał.
Nie zdążył nic zrobić.

Najpierw był huk, a potem zgasły pochodnie. Smród płynu do balsamowania i zgnilizny wypełnił nozdrza zgromadzonych. Hamrys stuknął laską o kamień, czas wyraźnie zwolnił swój bieg, klejnot wybuchnął białym światłem rozlewającym się w zwolnionym tempie po komnacie.
Mumia wolnym, majestatycznym krokiem wyszła z sarkofagu, sploty bandaży opadały z jej ramion podniesionych prostopadle do reszty ciała, przypominającym błagania trędowatego o szybką śmierć, mającą zakończyć doznawane cierpienia.

Mag skoncentrował się, zmniejszył moc rzuconego przed chwilą zaklęcia, tak, by objęło ono wyłącznie zbliżającego się trupa. Ludzie wyrwali się z otępienia spowodowanego inkantacją, chwycili za broń, lecz mag ich powstrzymał.

Wtedy dostrzegli co im pokazywał, w skorupie w której uwięziony był tułów człowieka, wystawała rękojeść broni. Miecz przebił twardy pancerz wykonany z bandaży i płynu do balsamowania, nie zdołał jednak powstrzymać kryjących się w homunkulusie sił witalnych. Vreck zrozumiał jaki plan ma Vizjerei.

Doskoczył do mumii, w chwili gdy Hamrys przerwał zaklęcie, kokon energii zakrzywiający czas w tym momencie zniknął pozwalając paladynowi sięgnąć do wbitej w korpus bestii broni, Vreck szarpnął z całej siły za uchwyt, bezskutecznie. Truposz w międzyczasie otrząsnął się ze skutków zaklęcia, sięgnął ciężkim ramieniem próbując strącić głowę przeciwnika z karku. Hogar zablokował cios ostrzem topora. Vreck zdwoił wysiłki, poczuł wypełniającą mięśnie energię, aura mocy udzieliła się również skupionym wokół żołnierzom. Ostrze w końcu puściło, mumia wrzasnęła agonalnie, Hogar uskoczył spodziewając się implozji. Nic takiego jednak się nie stało.

Podniósł się kurz, ciało ukryte pod splotami przegniłych bandaży przemieniło się w popiół. Okrywające je warstwy lnianych kompresów opadły na kamienną posadzkę. Paladyn umieścił głownię miecza w otworze znajdującym się wewnątrz niszy. Zafurgotał kolejny mechanizm. Fragment jednej ze ścian zniknął odsłaniając kolejne schody, tym razem prowadzące na wyższy poziom podziemnego sanktuarium.

Ruszyli po schodach, wymieniając ciche uwagi na temat innych, potencjalnie zagrażających życiu niebezpieczeństw, które mogły jeszcze stanąć im na drodze. Przeszli już wiele, jednak prawdziwe wyzwania miały dopiero nadejść, umożliwić im pokonanie barier, o których osiągnięciu, nawet w najśmielszych snach nie przyszło by im do głowy.

Korytarz kończył się kolejnymi drzwiami. Hamrys zdołał już wysnuć koncepcję, że każda kolejna przeszkoda tego typu, stanowi innego rodzaju zadanie, cóż takiego czeka ich tym razem. Czy zdołają podołać próbie? Na żelaznej powierzchni wrót ktoś wyskrobał kilkuzdaniową inskrypcję, zapisaną niepewną ręką, runicznym alfabetem używanym przez Skatsimi. Groźba? Ostrzeżenie?
Hamrys odczytał wyryty napis, następnie przebiegł go wzrokiem jeszcze kilkakrotnie. Powoli odwrócił się w kierunku towarzyszy, dotąd stojących w bezpiecznej odległości. Przywołał ich gestem dłoni.

- Co się stało? O czym traktuje ten zapis? - Zapytał Vreck. Vizjerei nic nie odpowiedział. Zdawał sobie sprawę z kryjącego się za wierzejami niebezpieczeństwem.
- Zróbcie dla mnie jeszcze jedną rzecz, przyjaciele, chodźcie ze mną, i udowodnijcie, że nie jestem szalony. - Hamrys pchnął drzwi.


Oceń materiał: Ocena: 6.00 (1 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.