diablo 3

Opowiadanie: Krok w nieznane część 5.

Utworzono: 20.05.2014



Forteca Pandemonium, 5 lat wcześniej



Płonące ognisko rozświetlało mrok ogarniający Halę Bohaterów. Wszyscy już dawno spali, usiłując w ten sposób odgonić towarzyszący im niepokój.

I strach. Nikt tego nie powiedział, ale im bliżej celu się znajdowali, tym bardziej ogień w ich sercach wygasał. Poczucie obowiązku przestało być źródłem ekscytacji a przeznaczenie, które ich tu przywiodło, miast nagrodę, zaczęło przypominać klątwę. Od czasu konfrontacji z odrodzonym Panem Nienawiści, Mefistem, wiele rzeczy uległo zmianie. Ileż ludzi oddało życie, gdy przedzierali się przez zastępy nieumarłych sług wewnątrz Poczerniałej Świątyni, większość zginęła z powodu własnej arogancji, nienależytego przygotowania do walki, ale każda śmierć, zwłaszcza ta, której można było uniknąć, nie mogła pójść na marne. Przynajmniej tak to sobie tłumaczył, nauczono go szacunku do życia, bowiem śmierci nie lęka się tylko człowiek pogodzony z jej nieuchronnym przyjściem, traktujący fizyczną egzystencję z odpowiednim dystansem.

Wysoki mężczyzna o jasnych, niemalże mlecznobiałych włosach klęczał na marmurowej posadzce, przed płonącym ogniskiem. Tuż przed nim, na wysokości jego głowy unosił się sztylet, o długim, zakrzywionym ostrzu. Rękojeść wykonana została z kości słoniowej, krótki, prosty jelec, pozbawiony był jakichkolwiek zdobień i ornamentów. Nekromanta koncentrował się na lewitującej broni, fale gorącego powietrza bijące od żarzących się drewnianych szczap wprawiały ostrze w niewielkie drgania.

Mężczyzna oddychał spokojnie, od dłuższego czasu nie miał zbyt wiele okazji by w ciszy pomedytować. Dokonali wielkich czynów, lecz jeszcze większe wyzwania dopiero miały stanąć im na drodze. Tyrael mówił im o katastrofach jakie spotkają Sanktuarium jeśli zawiodą. Wspomniał o konsekwencjach, o których nie powienien był tak otwarcie mówić, uznał jednak, że jest konieczne aby wiedzieli o co toczy się gra, ażeby dali z siebie wszystko. Wiedział co robi.

Wiedział, ile jesteśmy w stanie poświęcić.

Nie potrafił jedynie zrozumieć, dlaczego. To oczywiste, nie był człowiekiem. W każdym razie, właśnie ta cecha sprawiła, że nikt nie zadawał jakichkolwiek pytań, nie czuł wewnętrznego sprzeciwu.

Jak można bowiem wątpić w istotę tak Boską?

- Tareku? - Rozległ się stanowczy, władczy głos, nekromanta miał wrażenie, że dochodzi ze wsząd, i z nikąd zarazem, jak gdyby źródło miał miejsce w jego głowie. To porównanie było pozbawione sensu, ale nie umiał tego inaczej opisać, zawsze gdy rozmawiał z Archaniołem sam na sam, zdawało mu się, że rozmawia z własnym umysłem, czy może raczej - z sumieniem.

W tych rzadkich chwilach żałował, że jego życie nie potoczyło się inaczej.

Mężczyzna otworzył oczy, sięgnął po ostrze, które coraz bardziej poddawało się bijącemu z ogniska żarowi, zatknął je w niewielkiej skórzanej pochwie przy pasie.

Archanioł zawsze wzbudzał w nekromancie respekt, lecz pomimo przyjaźni i łaski jaką ich obdarzył, Tarek nie potrafił nigdy przyzwyczaić się do jego obecności. Wielokrotnie usiłował zwalczyć ograniczający go nabożny podziw, lecz jedyne co zdołał osiągnąć, to ukryć go pod maską chłodnej obojętności. Wszystko to było jednak na próżno, chociaż nie zdawał sobie z tego do końca sprawy, Tyrael czytał w jego sercu jak w otwartej księdze.

I bez tej zdolności wiedział, jak nekromanta różni się od swoich towarzyszy, introwertyczny charakter był czymś zwyczajnym dla Strażników Równowagi, jak zwykli siebie określać, Tarek w tym względzie nie wyróżniał się od swoich współbraci. Może odrobinę za daleko sięgał w próbach interpretacji zdarzeń i motywów jakie ich kierowały, nigdy nie okazał jednak nawet śladu sprzeciwu względem przeznaczenia, które doprowadziło ich aż tutaj.

- Tyraelu? Szukałeś mnie? - Archanioł wolno i majestatycznie unosząc się w powietrzu ledwie muskając nogami o marmurową posadzkę, podpłynął do stojącego nekromanty, przystanął na moment przed gorejącym leniwie ogniskiem. Nawet mimo blasku bijącego od ognia, Tarek nie potrafił dostrzec twarzy ukrytej pod obszernym, przeszywanym złotem kapturem.

- Chciałem zamienić z tobą kilka słów, bez udziału twoich przyjaciół. Dużo myślałem od czasu naszej ostatniej rozmowy. - Odparł nie odrywając wzroku od ogniska - WIele rzeczy o których wspomniałeś mi umknęło, jednak o kilku doskonale wiedziałem, zdążyłem pogodzić się z ich konsekwencjami usiłując przekonać sumienie, że błędy nigdy nie są ostateczne, i można je z biegiem czasu naprawić. Pozostałe wiadomości, - westchnął - te pochodzą z kategorii tych, o których wolałbym nie wspominać, nie łatwo zapomnieć o własnych porażkach. Trudno wybaczyć samemu sobie butę i niefrasobliwość, zwłaszcza, gdy przychodzi czas wypomnieć je innym.

Przerwał na moment i spojrzał na stojącego nieruchomo Tareka.

- I dlatego właśnie jesteśmy tutaj. By wiedza zdobyta z wielkim trudem nie poszła na marne, a niegdyś popełnione omyłki stały się zaczątkiem nowego, lepszego jutra. Nadszedł czas by grzechy naszej młodości przeistoczyły się w cnoty.
- Jutro wyruszamy by ostatecznie położyć kres złu. Już nigdy więcej Mroczna Trójca nie sprowadzi zepsucia do Sanktuarium.
- Chciałbym, żeby tak było. Obawiam się jednak, że może to nie być aż takie proste.
- Co masz na myśli? Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy zdołamy ujść z życiem z nadchodzącej walki. Zwycięstwo musi kosztować, nawet najwyższą cenę.
- Tareku, co masz w kieszeni? - Zapytał znienacka tyrael zmieniając temat.
- Nic. Wszystko zostawiłem w plecaku, na dolnym poziomie. - Wzruszył ramionami.
- Sprawdź dokładnie, mam wrażenie, że coś się jednak tam kryje.
- To nonsens. - Włożył rękę do kieszeni spodni i w tym samym momencie poczuł jak coś ciężkiego wbija mu się w udo. Wcześniej nie odczuwał w tym miejscu żadnego dyskomfortu. Z wysiłkiem wydobył kryształ o ostro ciosanych krawędziach, w kolorze matowej bieli przypominającej mleko solidnie rozrzedzone wodą. Jego waga była zupełnie nieproporcjonalna do rozmiaru. Tarek natychmiast zrozumiał, że ma przed sobą kamień duszy. Zupełnie inny, od tych, które wcześniej przyszło mu zobaczyć.

- Ten kamień... czy on ma wchłonąć duszę Diablo?
- Nie. Ten kamień, jest przeznaczony dla ciebie.
- Nie bardzo rozumiem.

Tyrael westchnął przeciągle. Jego szata zafalowała delikatnie. Temperatura otoczenia wyraźnie spadła.

- To co teraz powiem, nie jest dla mnie łatwe. Nie byłoby takie dla żadnej anielskiej istoty, która kiedykolwiek przemierzała ten świat. Chcę Cię prosić o wiele więcej, niż mógłbym oczekiwać od kogokolwiek, wiem jednak, że mnie nie zawiedziesz. Nie ty. Wszak, od początku przybyłeś tutaj po to by stanąć w szranki ze swym przeznaczeniem. Ono właśnie nadchodzi. Już niebawem staniesz z nim twarzą w twarz, i mam nadzieję, że wyjdziesz z tego starcia zwycięsko.
- Czy to oznacza, że mam się bać?

Archanioł nie odpowiedział. Wciąż przypatrywał się twarzy Tareka, studiując dokładnie zmiany na niej zachodzące, dostrzegał drgania mięśni wokół oczu, napinające skórę na jego czole. Zadawały nieme pytanie. Pytanie, które nigdy nie przeszłoby przez zapieczętowane dumą, odwagą i lojalnością, usta nekromanty. Dlaczego?

Jedno słowo, a zmieniające tak wiele. Upraszczające postępowania z ludźmi, pozornie takimi samymi, a w rzeczywistości tak różnymi od całej populacji. Pozwalające na rzeźbienie ich podług własnej woli, tak by mogli oddać pokłon Stworzeniu ostatecznym poświęceniem.

- Jest pewna rzecz, o której musisz wiedzieć. O niebezpieczeństwach, jakie będą na was czekały, gdy wyruszycie w kolejny etap wędrówki. Kamienie duszy miały więzić Władców Demonów by już nigdy nie rozszerzali swego Dominium na świat śmiertelników, by powstrzymać zapędy legionów piekieł, przed wejściem Wiecznego Konfliktu w kolejny, ostatni rozdział. Miały go powstrzymać - to jak wiesz się nie udało. Tylko cud uratował nas przed tragicznym końcem. Cud, na który nie zasługiwaliśmy. Wiele rzeczy uległo zmianie. Na gorsze niestety. Miast stawać się silniejszymi - karlejemy. Nie tylko rodzaj ludzki, również aniołowie. Lecz to nasza wina. Zgrzeszyliśmy pychą, a dowód na to trzymasz właśnie w ręce.

- Jak to? Co wspólnego ma chęć zaprowadzenia pokoju z grzechem?
- Nie doceniliśmy siły i determinacji nieprzyjaciela. Kamienie duszy posiadały skazy, które sprawiły, że nie były wstanie zniewolić sobie potencjału Najwyższych Złych. Najbardziej tragiczny w skutkach przykład naszej arogancji i buty doświadczył Tal Rasha. Poświęcił wszystko, by zniewolić duszę Baala, uczynił sam z siebie naczynie, lecz nawet ten akt ostatecznej odwagi nie okazał się wystarczającym. Jego niezłomna wola, nie potrafił narzucić jej Panu Zniszczenia. Teraz zrozumiałem, że nie tędy droga.

- Co to ma wspólnego ze mną? - Zapytał nekromanta wiedziony niecierpliwością.
- Do tej pory myślałeś, że waszym celem będzie zniszczenie kamienia duszy Mefista, i ja tak sądziłem. Doszedłem jednak do wniosku, że to nie spowoduje, że sama Dusza najstarszego z Mrocznej Trójcy ulegnie dezintegracji. To nie kawał krystalicznej skały, gotowy złamać się pod ciężarem kowalskiego młota. Zwłaszcza dusza tak potężna. Owszem, młot z piekielnej kuźni to nie pospolite narzędzie pracy kowala, jest potężnym artefaktem zdolnym rozedrzeć ją na strzępy, rozrzucić po sferze niematerialnej, ale czy to powstrzyma go przed powrotem? Nie sądzę.

- W takim razie co należy zrobić, bo jak mniemam do tego właśnie zmierzasz.
- Tutaj właśnie Ty wkraczasz na scenę. - Tyrael odparł próbując zachować twardą barwę głosu, lecz nie potrafił do końca ukryć wzbierającego w nim smutku. - Gdy tylko Diablo zostanie Zabity, jego dusza ponownie spocznie w spaczonym kamieniu grozy, który nie jest w stanie utrzymać jej wewnątrz. Musimy jakoś wtłoczyć ją do tego fragmentu skały, który trzymasz w ręku. Wraz z twoją nieśmiertelną duszą. Proszę, pozwól mi dokończyć. Odpowiem na wszystkie nurtujące Cię kwestie, ale najpierw musisz mnie wysłuchać, jeżeli tego nie zrobisz, zadasz mnóstwo pytań, których możemy uniknąć, jeżeli pozwolisz mi w niezmącony sposób kontynuować moją tyradę.

- W pierwszej kolejności, chcę byś zdał sobie sprawę, że to nie jest ofiara. Nie. Nigdy nie pozwoliłbym Ci umrzeć. Wrócisz do życia, już niebawem. Lecz najpierw będziesz musiał wykonać pierwszą część planu, która ostatecznie doprowadzi do unicestwienia zagrażającego nam zła.
- Dobrze, zatem powiedz mi co mam zrobić. Jestem gotów na wszystko, byle tylko to zakończyć.
- Najważniejszą rzeczą jest byś zdawał sobie sprawę z celu twojego zadania. Ten kamień jest czymś znacznie więcej niż inne jemu podobne, stanowił ich pierwowzór. Ideał w każdym calu. Jedyny, doskonały, niepowtarzalny, a przy tym zbyt niebezpieczny, ażeby ktokolwiek, mógł położyć na nim ręce. A śniło o nim wielu. Ludzi, demonów, chociaż wstyd się do tego przyznać, nawet aniołów. Ten kamień więzi w sobie niewyobrażalną potęgę, wielu setek, a możę nawet tysięcy istnień, a moc każdego z tych bytów jest wystarczająca by niszczyć całe sfery. Właśnie w nim musimy związać dusze Mrocznej Trójcy, ale nim się do tego zabierzemy, będziemy potrzebowali katalizatora, zdolnego by je tam wprowadzić, nieuszkodzone.

- To ja mam nim być? - Zapytał.
- Dokładnie tak.
- Ale w jaki sposób?
- To najtrudniejsza część zadania. Najwięcej problemów powinniśmy mieć z duszą Mefista. Powinniśmy ją zostawić na koniec, gdy kryształ wchłonie dusze jego młodszych braci. Do tego momentu kamień Mefista musi zostać nienaruszony, ale to z kolei tworzy nowe przeszkody. Niestety, czasem trzeba namnożyć bytów ponad potrzebę. Zniszczenie Duszy o tak wielkim potencjale w kuźni, wywoła potężną falę energii, możliwą do wyczucia bez trudu przez wszystkie istoty, zdające sobie sprawę z istnienia mocy tak wielkiej. Lecz, zniszczenie kamienia duszy Mefista, i wprowadzenie jej do twojego odlamku, definitywnie zamknęłoby nam drogę to wtłoczenia weń esencji pozostałych braci.

- Więc wystarczy go nie niszczyć, wtedy obędzie się bez dodatkowych trudności.
- Nie. Pozostali Bracia muszą mieć świadomość, że Dusza Mefista została wydarta siłą z kamienia. To ich jeszcze bardziej rozjuszy, a gniew, który wtedy powstanie, ułatwi Ci realizację zadania. Dusze Baala i Diablo muszą zostać wchłonięte bezpośrednio przez twój kamień, jeszcze nim osiądą w przeznaczonych im przed laty kryształach. Wówczas zderzą się ze sobą siły o sprzecznych potencjałach. Dusza Mefista zamknięta w błękitnym kamieniu wydostanie się pod ich wplywem na zewnątrz i spocznie wraz z bracmi w przygotowanym dla nich więzieniu, a Ty, podążysz za nimi.

- Tylko, że w twoim rozumowaniu kryje się sprzeczność. - Odparł opryskliwie
- Mówisz o tym, że jednocześnie musimy zniszczyć kamień, a zarazem zachować go w całości. Owszem, jest tu sprzeczność, ale tylko pozorna. Kamień musi zostać zniszczony, ale czy na pewno ten właściwy? Nie. Wystarczy nam inny, zawierający w sobie duszę o równie dużym potencjale. Mefisto jest Panem Nienawiści, nienawiść szerzy konflikty, prowokuje do zdrady. Potrzebujemy esencji kogoś, kto niegdyś dopuścił się zdrady tak potwornej, że doprowadziło to go do zaprzeczenia istnienia samego siebie. Innymi słowy potrzebujemy duszy wiarołomcy. Tak się składa, że znam istotę, która w pełni odpowiada temu rysopisowi. Ogarnia mnie ból, na samo wspomnienie występków jakich dopuścił się Izual, ale nadszedł wreszcie moment by dosięgnęła go sprawiedliwość. W ten sposób odkupi swoje winy, albo przynajmniej ich część.

- Gdzie można go znaleźć?
- Gdy opuścisz mury tej twierdzy, udaj się tam gdzie w oddali rozbłyski ognia utworzyły wyraźną ogorzałą łunę na linii horyzontu. Ta sfera jest wyjątkowo niestabilna, Pandemonium zbyt długo pozostawało pomiędzy Królestwem Niebios a Piekielnymi Czeluściami. Przez wieki poddawało się Demonicznemu zepsuciu, niemal mu uległo. Wciąż jeszcze może się to stać, na naszych oczach. Droga którą musisz przebyć prowadzi do szczelin, którymi będziecie musieli przeniknąć by stawić czoła przeznaczeniu. Izual przebywa tuż za Krwawą Mierzeją, na Równinie Rozpaczy, miejscu, gdzie gaśnie wszelkie światło, zamiera nadzieja. Nawet sama Archnioł Auriel odczuwała skutki bijącego zewsząd marazmu i zepsucia podczas niezliczonych bitew jakie odbyły się na tych surowych ziemiach. Tylko niezłomna wola i obecność tysięcy Luminarei pozwoliła jej odeprzeć nadciągającą trwogę. Weź to, - podał mu niewielką fiolkę w której znajdował się bijący delikatnym błękitnym światłem płyn - to esencja nadziei, uchroni cię w pewnym stopniu od zgromadzonego tam żalu i boleści.

Tarek wziął fiolkę i przez chwilę ważył ją w dłoni. Prócz niebiańskiego blasku flakonik nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym. Dopiero po chwili poczuł falę niezwykłego ciepła przenikającego jego mięśnie i kości. Jeżeli miał jakiekolwiek wątpliwości, w tym momencie zniknęły, ustępując miejsca determinacji i radości wypływającej prosto z jego serca.

- Co należy zrobić?
- Wyrządził już dosyć zła, należy położyć mu kres. Masz go zabić, gdy już tego dokonasz wbij kamień duszy w jego czaszkę, to pozwoli uchwycić wypływającę esencję jego nędznej egzystencji. Potem wrócisz tutaj.
- Chciałeś chyba powiedzieć wrócimy? Chyba nie muszę wyruszać samotnie. - Tyrael westchnął przeciągle.
- Niestety, nie mogę pozwolić, by przyjaciele Ci towarzyszyli, i nie chodzi mi w tym momencie o wystawianie Cię na próbę. Dowiedliście wszyscy swej wartości i siły. Obawiam się po prostu, że oni mogą nie zrozumieć, że pewne kroki są konieczne, a ich skutki odwracalne. Mam tu na myśli zwłaszcza Janice. Zrozum Tareku, czasem trzeba postawić innych przed faktem dokonanym, wtedy łatwiej jest pogodzić się z konsekwencjami. Lecz, jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, obejdzie się i bez nich. Wszystko zależy od Ciebie. - po tych słowach Archanioł zamilkł kontemplując w ciszy bezkresne obszary immaterium. Karminowo-filotetowa zorza utworzona z kłębów siarki przesuwała się po luminescencji nieba. W oddali Tyrael dostrzegał pojedyncze rozedrgane skały dryfujące w przestrzeni, w każdej chwili gotowe by opaść na stepy Pandemonium i roztrzaskać się na ich szaroburej powierzchni.

Tarek myślał o przyjaciołach. Hogar, wielki, wiecznie roześmiany olbrzym o dobrodusznym usposobieniu, zawsze gotowy do pomocy, nawet w obliczu ryzyka. Vreck, opanowany i charyzmatyczny, obrońca uciśnionych. Gdyby miał z nimi na ten temat porozmawiać, pewnie by zrozumieli, na pewno musiałby długo tłumaczyć im swoją decyzję, lecz prędzej czy później poparliby go.

Głównym problemem była Janice, tylko ze względu na nią Tyrael nie pozwolił mu na podzielenie się swym brzemieniem z resztą. Tarek nie potrafił nawet pomyśleć, jak mogłaby się zachować gdyby poznała prawdę.

- Jeżeli mógłbym coś zasugerować, - Tyrael przerwał przedłużającą się ciszę - powinieneś natychmiast wyruszać. Musisz się śpieszyć, by wrócić do Fortecy nim reszta się rozbudzi. Bez ciebie nie wyruszą, ale musimy jeszcze dopracować plan. Istnieją pewne niewiadome, które rozjaśnią się dopiero gdy będziemy mieli duszę Izuala zaklętą w twoim kamieniu.
- Tak, zapewne masz rację. - Odparł pogodzony z losem - Jestemn gotowy do drogi, ale czy nim wyruszę, mógłbym mieć jeszcze dwa lub trzy krótkie pytania.
- Jeżeli tylko odpowiedzi na nie pomogą Ci w twej misji, oczywiście.
- Ten kamień, gdy go dotykam, wydaje się... dziwnie znajomy, nigdy w życiu na oczy nie widziałem podobnego kawałka skały, lecz gdy trzymam go w ręce, w moim umyśle pojawiają się jakieś przebłyski, gdy mocniej skupiam się na tych obrazach, mam wrażenie, że stanowią fragmenty jakiegoś proroctwa, lub zdarzeń z przeszłości. Zupełnie nie wiem co o tym myśleć.

Tyrael zawahał się. Przez krótką chwilę rozważał czy zasadnym jest odpowiedzieć na zadane pytanie, myślał, jakie skutki mogą wystąpić z nadmiernej szczerości. Ostatecznie stwierdził, że nie powinno to wywrzeć na Tareku negatywnego wpływu. Już prędzej zbycie tej kwestii milczeniem mogłoby narazić na szwank zaufanie człowieka do Archanioła.

- Trudno mi o tym mówić, ale nie chciałbym byś myślał, że próbuję przed tobą zataić jakiekolwiek istotne kwestie, które mogą mieć znaczenie dla powodzenia całego przedsięwzięcia. Kamień który otrzymałeś, jest sam w sobie unikatowy. Legenda która się z nim wiąże sięga czasów, gdy Sanktuarium jeszcze nie istniało. To właśnie tutaj go odkryto. W Pandemonium. To co trzymasz w ręku, to jedynie drobiazg, fragment, znacznie potężniejszej struktury. Masz w dłoni ułamek samego Kamienia Świata. To właśnie on posłużył Inariusowi do stworzenia Sanktuarium. Lecz nie przewidział jak odległe od wyobrażeń mogą być skutki nieodpowiedzialności i zdrady, której się dopuścił.

- Inarius podzielił Kamień świata?
- Nie. Jak dobrze wiesz, Inarius stworzył Sanktuarium by uciec, wraz z podobnymi mu aniołami, i zbuntowanymi demonami przed wiecznym konfliktem. Miał już dość ciąłych walk, nie mogących znaleźć żadnego rozstrzygnięcia. Jego defetystyczny pogląd, na całą sytuację tylko zaogniła niewola w jaką popadł, gdy został ranny, podczas jednej z bitew. Los sprawił, że demonica, która go pochwyciła, była córką samego Mefista, Lilith. Inarius, ściągnięty cierpieniem, wyjawił Lilith swoje najskrytsze pragnienie. Czego ona oczekiwała, co sprawiło, że połączyli siły i zostali kochankami, tego nie wiem. W każdym razie, Inarius sądził, że odnalazł swoje bliźniacze odbicie, w osobie Demona. Wyzbył się wszelkich rozterek, które powstrzymywały przed wdrożeniem w życie przedsięwzięcia, które na zawsze zmieniło nasz rodzaj. Silnie zarysowana indywidualność Inariusa, tak różniąca go od innych, zbliżonych mu rangą aniołów, nie przysparzała mu popularności, wszyscy cenili go natomiast za odwagę, i dążenie do obranych przez siebie celów. Wszystko to marność, chociaż z perspektywy czasu, nie można go za nic winić. Chyba tylko, za przesadne myślenie o własnym Ja. I za nadmierne pokłady wiary we własne możliwości.

- Zniknięcie Kamienia Świata sprawiło, że w dotąd uporządkowanych Niebiosach zapanował chaos. Imperius natychmiast rozpoczął pościg za renegatami, mimo wdrożonych błyskawicznie działań, spotkał go srogi zawód, zawiódł, a winą zaczął obrzucać wszystkich, którzy mieli zdanie odmienne od niego. W tym całą radę Angiris. Cel Inariusa się powiódł, stworzył świat, chroniony magią Kamienia przed wzrokiem istot do tego niepowołanych. Przed wzrokiem zarówno aniołów jak i demonów. Ta utopia, nie mogła jednak trwać wiecznie. Wszystko się rozpadło, gdy Inarius utracił Kontrolę nad swym tworem, i nad istotami, które przybyły wraz z nim.

- Demony, które uszły z piekielnych otchłani wraz z Lilith, mimo że początkowo żywiły uczucia bardzo zblizone do tych, które przywiodły do Sanktuarium anioły, lecz demon zawsze pozostanie demonem. Niesione początkową euforią jaką dała im wolność, zatraciły mordercze instynkty jakimi dotąd się kierowali. Wraz z upływem czasu, ta zmiana zaczęła zanikać, odzwyały się dawne przywary, głód krwi. Dopała ich przeszłość, lecz nadal usiłowali trzymać tłumioną furię na uwięzi. Nie uchroniło to jednak Sanktuarium przed konfliktami wybuchającymi na nowo między obydwoma rodzajami.

- Dodatkowo, sytuację zaogniało potomstwo jakie narodziło się z wielu związków aniołów i demonów. Nefalemowie budzili w Inariusie strach. Ich potęga, łącząca cechy obu nacji, nie potrafił ogarnąć tego rozumem. To co budziło w nim grozę, sprawiało, że serce Lilith na nowo objęło płomiennym żarem. Chciała wykorzystać potencjał swych dzieci, wysłać ich na wojnę z tymi których porzuciła. Chęć zemsty na ojcu i jego braciach, dawała jej wiarę by naprawdę zakończyć Wieczny Konflikt, lecz czy na zniszczeniu piekieł poprzestałaby? Śmiem wątpić. Była demonem, a skutków działań demonów nie sposób przewidzieć.

- Powoli zaczynam odbiegać od zadanego pytania, dlaczego nie zwróciłeś mi na to uwagi? - Stwierdził - Zresztą nieważne. Inarius długo rozmyślał nad problemem, który spędzał mu sen z powiek, to z kolei pozwalało innym na niekontrolowane działania. Pewnego razu, Inarius udał się do miejsca w którym ukryto Kamień Świata, by tam pomedytować, wtedy właśnie ogarnęła go furia, jakiej nigdy wcześniej nie poczuł. Odkrył machinację pewnego demona przy Kamieniu, ów demon postanowił wydać Inariusa, Lilith i wszystkich pozostałych, Rozgorzała walka, Inarius pokonał zdrajcę, lecz ten zdołał zbiec, zabierając okruch, który zawczasu oddzielił od rdzenia.

- Słowa Lilith, uczyniły serce Inariusa jeszcze czarniejszym. Popadł w paranoję, uznał Lilith za przywódczynię spiskowców przeciw jego władztwu, walka, która wówczas zapanowała, sprawiła, że Sanktuarium zostało odnalezione, zarówno przez Radę Angiris, jak i Władców Piekieł. Nie było litości. Na pewien czas zawarto pokój, jego ceną, było oddanie Inariusa w ręce Najwyższych Złych. Zgodziliśmy się, lecz nie bez oporów i głosów sprzeciwu w samej radzie, decydujący głos po odejściu Malthaela przypadł Imperiusowi, sprawił, że Inarius, cóż.

- Nie musisz kończyć.
- I nie chcę. To zbyt straszne, drżę na samą myśl, co by było gdyby kogoś spotkał podobny los.
- Co się działo później z kamieniem, z tym demonem?
- Włóczył się po Sanktuarium, przez setki lat. Początkowo nie wiedział, czym tak naprawdę jest kamień, a gdy odkrył jego możliwości, zaczął rosnąć w siłę, kamień wchłaniał dusze pokonanych przez niego Nefalemów, on z tej mocy korzystał, aż go przerosła, i sam stął się jej częścią.
- Jak się zwał, ten demon?
- Nie sądzę, by miało to jakiekolwiek znaczenie. - Odparł szorstko.
- Dla mnie ma, każde opowieść musi znaleźć swój koniec, skoro już go znam, chciałbym chociaż poznać jej początek, jeżeli wiesz co mam na myśli. - Tyrael wiedział. Wbił błyszczące srebrem oczy w wyprostowanego człowieka, ujrzał odwagę i determinację, jeszcze tylko jedna informacja.
- Niech Ci będzie. Ów demon, nosił imię Dirgest. Zatem jeżeli nie masz już więcej pytań, nie pozostaje mi nic wiecej, tylko życzyć powodzenia w łowach, nadszedł czas byś wyruszył.




***




Cuchnęło śmiercią i rozkładem. I pleśnią też trochę.

Jeszcze nigdy nie widzieli czegoś takiego. Sala przytłaczała ich swymi rozmiarami. Wchodzili pojedynczo, próbując ogarnąć wzrokiem wszystkie kąty pomieszczenia, mimo iż byli setki metrów pod ziemią, a pochodnie już powoli dogasały, widzieli wszystko doskonale. Ściany sufit i podłoga obrosły czymś co z grubsza przypominało mech, rośliny wydzielały blade seledynowe światło, bardzo słabe i niewyraźne, lecz rosło ich na tyle dużo, by nic nie mogło się ukryć przed spostrzegawczym wzrokiem grasantów.

- Niczego nie dotykać! - Wrzasnął Hamrys na jednego z najemników który wyciągał tłustą dłoń w kierunku szkatuły stojącej pod ścianą.

- To możę być niebezpieczne, najpierw muszę zbadać pomieszczenie pod kątem czarnej magii, a nie wątpię, że jest jej tu mnóstwo - Oznajmił wszem i wobec opierając się rękami na marmurowym , wykutym w ścianie ołtarzu. Na pulpicie wciąż pozostały jakieś śmieci, fiolki po inkauście, zetlałe karty papieru, piasek w małym, kwadratowym pojemniku z barwionego szkła. Uwagę przykuwała jednak wielka księga, w oprawie z czerwonej skóry, połozona na samym środku ołtarza. Wszystko to było bajecznie upstrzone pajęczynami, świecącym na seledynowo mchem i mączką kostną. Wszystko, z wyjątkiem księgi.

Z miną wskazującą na głębokie obrzydzenie, dwoma płynnymi ruchami zrzucił z ołtarza niepotrzebne szpargały, pozostawił jedynie wrośnięte głęboko w skałę mszaki. Dodatkowe źródło światła, mogło być bowiem użyteczne podczas lektury tajemniczego wolumenu.

Teezar polecił najemnikom czuwać, dręczyło go poczucie niepewności, miał wrażenie, że zaraz wydarzy się coś tragicznego w skutkach, w tych ścianach było coś starego. Starego i strasznego. Nie dał tego po sobie poznać, ale własnego ciała oszukać nie potrafił. Szybko na jego czole pojawiły się pierwsze kropelki potu. Niebawem, całe strugi zaczęły skapywać mu po plecach. Oparł się o jedną ze ścian, wbrew własnym uprzedzeniom. Nic jednak się nie wydarzyło. Do czasu.

Vreck wraz z Hogarem i Janice rozglądali się po pomieszczeniu,paladyn koncentrował się na swym berle, próbując wyczuć jakiekolwiek oznaki czarnej magii, jeżeli rzecz jasna w ogóle była tutaj obecna. Wiedział, że jego szanse powodzenia są niskie, magia mogła zostać w przemyślany sposób ukryta, bądź ukierunkowana tak, że tylko biegły czarodziej mógłby odnaleźć jakiekolwiek ślady jej obecności. Mimo to próbował, zawsze lepiej zająć czymś myśli, nawet jeżeli czynność do której się je zaprzęgło miała okazać się bezskuteczna. Hogar podziwiał płaskorzeźby pokrywające ściany, a przynajmniej te, które nie były zakryte tajemniczym porostem, były dosyć prymitywne, na pierwszy rzut oka nie różniące się od tych, jakich wiele minęli w innych korytarzach nekropolii.

- To na nic. - Oznajmił Vreck z rezygnacją. - Niech Vizjerei się tym zajmie, jeżeli coś tu jest niechybnie to wykryje.
- Na razie póki co jest zbyt zaaferowany tą książką, patrzcie jak ślini się na jej widok. - Hogar wskazał palcem na Hamrysa opartego rękami o blat ołtarza, wpatrującego się bez ruchu na oprawę książki. - Rozumiecie w ogóle coś z tego? - Vreck wzruszył ramionami.
- Jak tu wchodziliśmy, był szczerze przerażony, choć to może za mocne słowo. Podobno ten tunel prowadzi do wyjścia, ale ja oprócz drzwi którymi weszliśmy, nie widzę żadnych innych przejść. Miejmy nadzieję, że to jakaś iluzja, lub coś podobnego. Nie miałbym nic przeciwko opuszczeniu tego przeklętego lochu.
- Do diaska, ja też. - Uśmiechnął się barbarzyńca, po czym poczuł lekkie uderzenie ręką w naramiennik. Odwrócił głowę. Janice wskazywała na maga, przywoływał ich do siebie.

- Czy wiecie co to jest? - Zapytał gdy zgromadzili się wokół niego. - Nie to nie jest pytanie retoryczne.
- Nieważne czym jest ta książka, - odparł Vreck - ważne w czym może nam pomóc.
- Bardzo trafne stwierdzenie, w czym nam może pomóc jeszcze nie wiem, ale wkrótce się dowiemy. Tak, skoro chcieliście wiedzieć co znajduje się u kresu naszej wyprawy, będziecie musieli trochę posłuchać. Na pewno zdziwiło was moje zachowanie gdy wchodziliśmy do tego pokoju. - Pokiwali głowami - Tak, nawet ja czasami dam się zaskoczyć, a zwłaszcza, gdy w samym centrum Kedżystańskiej dżungli, w zapomnianym grobowcu Skatsimi, zupełnym przypadkiem natrafię na sygnaturę maga, który niegdyś należał do Horadrimów. - Wpatrywali się w niego bez słowa.
- Deckard Cain? - Zapytał Hogar.
- Czyś ty na głowę upadł? No ale z drugiej strony, na jaką odpoweidź mogłem liczyć od kogoś, kto poznał tylko jednego Horadrima. Nie, to nie był Deckard Cain. Niestety. Pieczęć z takim pietyzmem, względnie w pośpiechu, wykaligrafowana na tamtych drzwiach, miała stanowić ostrzeżenie. Ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem, którego jednak na razie nie zdołałem zlokalizować, a które jak przypuszczam, niebawem stanie nam na drodze. Być może, gdy otworzę tą księgę.
- Więc kto sporządził to ostrzeżenie? - Spytała Janice.
- Zapewne nic wam to imię nie powie, ale był to Zoltun Kull, i co ciekawsze, zostawił po sobie coś jeszcze. - Spojrzał wymownie na trzymany w ręce wolumen. - Pora brać się do pracy. Ciekawe co też nasz przyjaciel chciał nam przekazać. Przeczytamy go wspólnie, w końcu sami chcieliście bym dzielił się z wami informacjami, a nie ma czasu na późniejsze streszczanie całej treści.
- Zatem zamieniamy się w słuch.

Mag położył księge z powrotem na zmurszałym pulpicie. Odetchnął głęboko i w najwyższym skupieniu otworzył księgę. Nic się nie stało. Strona tytułowa była pusta, Vizjerei przerzucił miedzy palcami pozostałe strony. Po czym z rozmachem uderzył się w czoło.

- Oczywiście, to byłoby zbyt proste. - Rzekł, bardziej do siebie niż do nich - Zamknął księgę na powrót, po czym dotknął okładki laską i wyszeptał inkantację.

Wolumen otworzył się sam. W samym centrum strony tytułowej pojawiła się niewielka czarna kropka pulsując delikatnie. Właśnie z niej wynurzyły się litery, i obejmujące je obramowanie.


Zoltun Kull
O upadku - Wspomnienia.



Przez pewien czas księga drżała, Hamrys domyślił się, że ciagi ltier, zapisane magicznym atramentem ponownie wypełniają puste stronice. Z reguły działo się to szybciej, lecz magia której użyto była już stara, zdążyła stracić częśc mocy, niegdyś użytej do utrwalenia tego, co chciał przekazać potomności Kull.

W końcu wolumen zamilkł, a na stronie tytułowej, prócz nazwiska autora i samego tytułu dzieła, na samym dole arkusza, pojawiła się niewielka czarna róża, na jednym z płatków widniała cyfra 1.

Czarodziej przewrócił stronę.

Do śmiałka, który zdołał dotrzeć tak daleko, żywię głęboką nadzieję, że cel Ci przyświecający jest prawy, zbieżny z tym co przed laty mnie przywiodło w te niegościnne rejony. Jeżeli to czytasz, z pewnością udało Ci się znaleźc to, co z taką desperacją próbowałem ukryć, wiedząc, że On tego szuka. Wszystkie wzmianki, które znajdziesz w tym dzienniku zostały wymazane z archiwum Horadrimów, po to by nikt nigdy nie próbował odszukać tego co raz skazano na zapomnienie. Jeżeli natomiast przybyłeś w innym celu, zawróć, jeszcze nie jest za późno, lecz czas płynie nieubłaganie.

Świadectwo to zostało sporządzone by zapobiec tragedii, która w mrocznych wiekach, nieomal doprowadziła do zniszczenia naszego świata. Jej widmo jednak nadal przepełnia lękiem moje serce, zwłaszcza teraz, gdy odkryłem, że ta legenda, zawierała w sobie więcej prawdy niż mogłem sądzić. Znaki nie pozostawiają mi złudzeń, drżę na samą myśl, że mój własny uczeń mógłby uwolnić zło, powstrzymane ofiarą Eneadów. Przybyłem by go powstrzymać, lecz jak zawsze coś musiało pójść nie tak.

Twoja w tym rola by to naprawić. Moja, byś wiedział jak.

Wróćmy zatem do początku.

Slorak był moim uczniem, a przynajmniej kogoś takiego próbował udawać. Przez lata kształcił się u mego boku, miał zadatki na potężnego maga. Zważ na to, że nic już nie jest takie, czym się z pozoru wydaje.

Nie wiem czy był opętany w momencie gdy przyjąłem go na nauki, czy dopiero potem wpadł w sidła chaosu, nie zdołałem wyciągnąć z niego tej informacji, zresztą, teraz to i tak pozostało bez znaczenia.

W każdym razie, znał legendę o Śmierciotchniętych lepiej ode mnie. WIerzył w jej prawdziwość, wielokrotnie niby to przypadkiem pytał mnie co o tym sądzę, ryzykował sporo, ale ja zrzuciłem wszystko na karb chorobliwej ambicji i młodości wieku, w którym wiele można wybaczyć, a niewiele zarzucić. Po raz kolejny udowodniłem tym, jakim jestem głupcem. Ufnym głupcem.

Gdy odnaleźliśmy zapiski wśród których znajdował się klucz do wybudzenia najstraszliwszych istot, jakie kiedykolwiek żyły, ba, wciąż żyją, w Sanktuarium, Slorak postradał resztki rozumu, ujawnił swoje prawdziwe oblicze.

Stoczyliśmy walkę w ruinach starożytnej świątyni niegdyś należącej do Skatsimi, mieszczącej się w Torajan, kilkanaście stai na wschód od Viz-Jun. Jej czarną iglicę widać ze skalnego zbocza, które znajduje się nieopodal wyjścia z tej krypty. Przez wieki pozostawała opuszczona, od kilkudziesięciu lat zasiedliły ją plemiona Umbaru. Musieliśmy wyciąć tych, którzy sięgnęli za broń, gdy naruszyliśmy ich tereny.

Slorak, co mnie bardzo zaskoczyło, nawet bardziej od jego zdrady, znał nie tylko arkana magii żywiołów, jakiej go uczyłem, ale co gorsza, opanował wiedzę z zakresu demonologii i nekromancji. Wpadłem w pułapkę zastawioną przez własną pychę, wiarę pokładaną w domniemany geniusz, który w sobie imaginowałem. Musiałem uciekać. Slorak odnalazł zapiski, tylko ślepy traf sprawił, że nie mógł się nimi posłużyć od razu.

Świadectwo, które objął w posiadanie było jedynie kopią sporządzoną przez arcykapłanów Skatsimi. Kopią, która w dodatku została zabezpieczona magicznie. Slorak miał problemy ze złamaniem zaklęć uniemożliwiającymi mu poznanie sekretów ukrytych w zapiskach. To dało mi czas by działać.

Dzięki Tyraelowi, uzyskałem dostęp do wiedzy zawartej w anielskich repozytoriach, poznałem pierwotną treść skradzionego przez Sloraka dziedzictwa, pozwoliło mi to dopaść go w kazamatach gdzie spoczywa to co zostało zapomniane przed wiekami.

Walka która rozgorzała w samym sercu zmurszałych labiryntów będzie powracała w koszmarach do końca moich dni. Slorak zniewolił dusze strzegących Śmierciotchniętych nieumarłych, wykorzystał ich do walki ze mną, byłem jednak znacznie lepiej przygotowany niż poprzednio. Wiedziałem, jakie niebezpieczeństwa mogą mnie spotkać. Dużo gorsze od jego sług, czy zaklęć jakich używał, były sączące się ze ścian głosy uwięzionych, nie potrafiłem zrozumieć języka, w którym do mnie szeptali, ale demoralizujący wpływ grozy i nienawiści był wyczuwalny aż za dobrze.

Otoczył nas kurz sypiący się ze ścian wstrząsanych wybuchami magicznej energii. Strumienie płynnego ognia zderzały się z lodowcowymi grotami i bijącymi powietrze językami kwasu, zaklęcie za zaklęciem, słowo za słowem, zbliżaliśmy się do ostatecznego rozstrzygnięcia.

Nagle wszystko ucichło.

Obezwładniłem Sloraka, nawet teraz, gdy o tym piszę, wciąż oczyma wyobraźni widzę jego zakrwawioną twarz i szyderczy uśmiech jakim obdarzył mnie kiedy podszedłem by wydusić z niego życie. Ledwo mógł oddychać, z jego płuc wydobywało się zwiastujące rychły zgon rzężenie.

Splunął krwią i po raz ostatni spojrzał mi w oczy.

Byłem głupi, tutaj moja krótkowzroczność po raz kolejny dała się we znaki. Mogłem to skończyć od razu, lecz wolałem najpierw spytać go dlaczego zdecydował się na taki rozpaczliwy krok. Zbyt bardzo chciałem dowiedzieć się kto w tym przedstawieniu pociągał za sznurki. Niewiele się od niego wywiedziałem, ale dostatecznie dużo, by informacje te mogły być dla kogoś przydatne.

Po pierwsze, za wszystkim stał Belial. Władca Kłamstw omamił Sloraka i uczynił narzędziem swojej woli w Sanktuarium, interesowało mnie również, co jest nadrzędnym celem Beliala, do jakiego chce wykorzystać Śmierciotchniętych. Nawet demony ulegają pokusie, rządza władzy stała się w nim tak wielka, że postanowił użyć ich przeciwko własnemu bratu. Jedynowładztwo kusi, tym bardziej istoty tak zdeprawowane, nie wiem jedynie, czy Azmodan był w jakikolwiek sposób świadomy na knowania jego brata, czy zamierzał podjąć jakiekolwiek kroki, po głębszym zastanowieniu, muszę stwierdzić, że albo to zbagatelizował, albo naprawdę pokazał jakim jest głupcem.

Jedyne co mnie dziwi, to fakt, że Belial pokładał wiarę w kimś tak... słabym, patrząc z jego perspektywy. Być może liczył, że Slorak inaczej to rozegra, wykażę dość inwencji i zaangażowania w cały proces działając w sposób zbliżony do jego osławionych mistyfikatorów. No ale, nie nauczysz świni fruwać.

Następnym krokiem po pozbyciu się Azmodana, miało być podbicie Sanktuarium, po czym atak na same Niebiosa. Belial uważą, że kluczem do zażegnania wiecznego konfliktu jest opanowanie naszego świata. Być może ma rację, lecz póki na jego straży stoi ludzkość, to jedynie mrzonki szaleńca. Jedyne co w tej materii mnie trapi, to niewykorzystany potencjał, jakim niegdyś przecież dysponowaliśmy, są na to niezbite dowody i świadectwa. Muszę porozmawiać na ten temat z innymi, i być może z samym Tyraelem, od tego może zależeć przyszłość.

Nie powiedział mi wszystkiego z własnej, niczym nieprzymuszonej woli, znam jednak sposoby, by odzyskać z obumierającego truchła to, co może przedstawiać sobą jakąkolwiek wartość. To bardzo bolesny proces, bolesny i nieprzewidywalny, wiąże się z bezpowrotnym zniszczeniem części wspomnień osoby będącej przedmiotem inwestygacji. Ma to znaczenie jednak tylko w sytuacji, gdy taka osoba ma żyć dalej, tam, na zdruzgotanym moście na wyschniętej podziemnej rzece, liczył się tylko skutek, nie jego nędzne życie. Miał umrzeć.
Czemu to nie nastąpiło?

Bo Belial był szybszy.

Gdy zamierzałem zadać mu cios łaski, z cienia wyłonili się mistyfikatorzy, czterech paskudnych wężoludzi kryjących się pośród cieni, zajęli mnie walką, gdy ostatni, piąty, który wyczekał najdłuzej pochwycił Sloraka i teleportował się.

Tyle go widziałem.

Na pewno przeżył. A to oznacza, że Belial będzie chciał ponownie przystąpić do realizacji tego planu. Jedyne z czego się cieszę, to z faktu, że zdołałem wydrzeć z jego pamięci to co mogłoby go tutaj doprowadzić, udało mi się również zebrać pisma które przechwycił ze światyni Skatsimi. Nie byłem w stanie ich zniszczyć, postanowiłem, ukryć je w sposób, by nikt nigdy nie poznał ich tajemnicy. Po raz kolejny się pomyliłem, inaczej nie byłoby Cię tutaj. Przejrzyj dokładnie tę księgę naszkicowałem w niej dokładną mapę, która doprowadzi Cię do celu. Znajdziesz też dokładny zarys podziemnych korytarzy i niebezpieczeństw jakie mogą na ciebie czekać. Niech Niebiosa Cię prowadzą, i pozwolą skończyć to, do czego zabrakło mi odwagi. Żeby zamknąć raz na zawsze ten rozdział będziesz potrzebował...

- Dalej pismo się urywa, widocznie magia musiała przestać działać.
- A mapa jest? i Reszta planów? - Zapytał Vreck. Hamrys nerwowo zaczął kartkować wolumen.
- Tak, wygląda na to że jest wszystko. Jesteśmy już blisko, ta nekropolia nie może być dalej niż kilkanaście kilometrów na ołudniowy wschód od tego miejsca.
- A to co takiego. - Barbarzyńca wskazał na rysunek przedstawiający kamienny most naznaczony wieloma pęknięciami, za którym znajdowały się olbrzymie zapieczęstowane drzwi.
- To właśnie za nimi to znajdziemy. - Odparł Hamrys
- Co?
- Przeznaczenie.



xxx




Nie mieli czasu na reakcję.

Nagły wstrząs wyrwał ich z zamyślenia, kurz szybko objął ich szczelnym całunem, nie widzieli nic, prócz najbliżej stojących towarzyszy. Chaotyczne krzyki odbijały się od ścian i posągów, ogromna sala wnet zrobiła się dziwnie mała. "Istna puszka Pandory" pomyślał jeden ze strażników, Teezara nim przyszła po niego śmierć.

Szkielet zatopił pordzewiałe antyczne ostrze w piersi żołnierza, jego krzyk agonii pobudził do działania tych, którzy wciąż dychali.

Mag szybko oczyścił powietrze z kurzu jednym prostym zaklęciem, wtedy starli się z nieprzyjacielem. Szkielety spadały na nich z zagłębień w suficie, wygrzebywali się z pomiędzy płyt ułożonych byle jak na podłodze. Magia, jaką otoczył Kull to pomieszczenie obudziła zmarłych, by chronili księgi przed niegodziwcami, chcącymi ją posiąść. Minęło zbyt wiele czasu, starodawne zaklęcia nie działały już tak jak trzeba.

Vreck powalił dwa szkielety ciosami swojego berła, lecz szybko zatknął je za pas dobywając miecza, nie czas teraz na magię pomyśłał. Spojrzał na Hogara, który szybkimi ciosami obuchem topora powalił trzech nowopowstałych nieumarłych wyłażących z kolejnej dziury.
Ich pozycja nie była zła, ale szeregi wrogów nie rzedły. Na miejsce każdego powalonego wchodziło dwóch nowych przeciwników, powoli półokrąg obrońców zaczął coraz bardziej się ścieśniać. Niespokojne duchy przyciskały ich do ściany.

Seria niespodziewanych implozji stworzyła w suficie dwie sporej wielkości wyrwy. Kawałki gruzu spadające na kościejów dały chwilę wytchnienia obrońcom. Nikt nie spostrzegł, że posród tumanów kurzu coś, a raczej ktoś, zeskoczył by włączyć się do bitwy.

Bekereth wyczuł swoją szansę. Szyk rozproszył się, żołnierze odzyskali przewagę i zaczęli wycinać zdziesiątkowanych wybuchem nieumarłych. Demon rozejrzał się i dostrzegł paladyna ścinającego z półobrotu głowę jednego z napastników. Potrzebował ledwie kroku, by znaleźć się za jego plecami. Nikt nie zdązył zareagować.

Jednym szarpnięciem za naramiennik odwrócił Vrecka i pchnął go mieczem w brzuch.

Paladyn upadł na ziemię, krew szybko zaczęła połykać kolejne fragmenty podłogi. Ostanim co usłyszał nim jego oczy zasnuły się mgłą był rozpaczliwy krzyk Janice i demoniczny chichot stojącego nad nim najemnika.


Oceń materiał: Ocena: 6.00 (2 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.