diablo 3

Opowiadanie Martwa Cisza 4

Ostatnia modyfikacja: 30.09.2007. Utworzono: 24.08.2007

Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie" głosił napis wyryty na ciężkich, spiżowych wrotach. Co do tego nikt z okolicznych mieszkańców nie miał wątpliwości. Ludność mieszkająca w tych górach zajmowała się głównie hodowlą owiec, czemu sprzyjały liczne płaskowyże pokryte soczyście zieloną trawą. Jednak nawet najtępszy pastuch trzymał się z daleka od tego miejsca. W głębokiej jaskini osiedlił się demon. Jeszcze trzysta lat temu, był jednym z najpotężniejszych stworzeń w promieniu wielu mil. Był przyczyną wielu łez wylanych przez matki wielu dzielnych chłopców, pragnących uwolnić ludzkość od maszkary. Ich głowy zawsze zostawały odnajdywane, czego nie dało się powiedzieć o reszcie ciała, która służyła potworowi za pożywienie, w szczególności ich odważne serca, posiadające niepokornego, młodego ducha. Czas jednak swym zębem potrafi kruszyć góry i miażdżyć je w proch. Teraz po dawnej, złośliwej inteligencji poczwary nie pozostało nic poza opowieściami starych ludzi snutych w długie, mroźne zimowe wieczory. Ocalał jedynie zwierzęcy instynkt, każący zabijać. Poczwara nie posiadała już takiej siły ani sprytu jak niegdyś, jednak nadal pozostawała niepokonana. Tę sytuację postanowiła zmienić pewna zabójczyni, stojąca w lśniącej zbroi u wejścia do pieczary.
Brama otworzyła się zaskakująco łatwo. Nigdy nie oliwione wrota bez najmniejszego skrzypnięcia odsłoniły długi tunel łagodnie schodzący w dół. Kara ze zdumieniem zorientowała się, że temperatura rośnie, choć nie dało się wyczuć siarki. Na ścianach, stopniowo rozszerzających się na wszystkie strony, widać było ślady pazurów. Pochodziły z lepszych dla demona czasów, kiedy pancerze potrafił drzeć z taką łatwością, jakby były z papieru. Korytarz wił się niczym wąż. Kara coraz wyraźniej czuła smród czystego zła. Cały czas trzymała nałożone na dłonie szpony. Jej zmysły były wyostrzone do granic możliwości. Oczy, już dawno przyzwyczajone do mroku, wyraźnie widziały każdy szczegół, a na końcu tunelu cienka strużka krwawo czerwonej poświaty, która z każdą chwilą powiększała się, aby w końcu stać się wejściem do olbrzymiej groty.
Jej ściany tworzyły skały, zbudowane w całości z rubinów, z gdzieniegdzie wystającymi brylantami wielkości pięści dorosłego mężczyzny. Kara spojrzała w górę. Wysoko, wysoko nad nią widoczne było czyste, blade niebo. Zastanawiające było to, iż kiedy zabójczyni wchodziła wgłąb góry niebo było upstrzone licznymi, pierzastymi obłokami, natomiast w czasie jej wędrówki wszystkie one nie mogły się rozproszyć. Widocznie na tą wysokość chmury nie mogły się wzbić. Nie było widać również słońca. Prawdopodobnie pojawiało się jedynie w południe letniego przesilenia. Kara wyobraziła sobie jakie wspaniałe efekty świetlne musiały towarzyszyć temu wydarzeniu. Promienie słoneczne odbite od rubinów i rozproszone przez brylanty musiały dawać bajeczne widoki. Te romantyczne rozmyślania przerwała kula ognia, przed którą zabójczyni ledwie zdążyła uskoczyć.
Powodem tego, że dostrzegła ją tak późno był jej kolor, który idealnie wkomponował się w komnatę. Jednakże nigdzie nie dało dostrzec stworzenia, które tę kulę stworzyło. Ciekawe, ile osób zginęło nie wiedząc o swej śmierci, zwęglonych na kupkę popiołu. Kara zamknęła oczy. One często oszukiwały człowieka. Słyszała bicie skrzydeł. Dźwięk ten stawał się coraz głośniejszy. Demon się zbliżał.
Czekała.
Ułamki sekund stawały się godzinami. Poczwara leciała, a właściwie spadała wprost na nią. Musiała czekać. Czekała.
Jeśli uskoczy zbyt szybko, potwór łatwo zmieni kierunek lotu i zabije ją. Istniała również możliwość, że wystrzeli w jej kierunku kulę ognia. Tak postąpić mógł dawniej. Teraz jednak zbyt rozsmakował się w świeżym, surowym mięsie, nie chciał go psuć i przypalać najlepsze jego części. A przynajmniej musiała w to wierzyć.
Czekała.
Kara nie bała się bólu, a tym bardziej śmierci. Jednak gdyby teraz przegrała, miałaby do siebie żal. Doskonale znała swój zawód, być może rozmyślałaby nad swymi błędami w tym drugim świecie. O ile on w ogóle istnieje. A jeśli czeka ją wieczne cierpienia? Popełniła w życiu tyle zła, że nic dobrego spotkać jej nie może. Może po porostu rozpłynie się w oceanie nicości. Albo świadomość nie zechce opuścić jej ciała i będzie czuła, jak ostre zęby rozrywają kolejne mięśnie. A potem stanie się odchodami demona.
Już nie musiała czekać.
Otworzyła oczy. Wyraźnie widziała potężną, umięśnioną sylwetkę swego wroga, łuskę pokrywającą jego ciało, dwa kręcone rogi wyrastające wprost z czaszki, zamiast nosa dwie cienkie szparki, a z pozbawionych warg ust wyrastają długie jak sztylety zęby. Ot, typowy demon. Niepokojące były jednak dłonie. Zabójczyni spodziewała się szponów, jednak to, co zobaczyła, bardziej przypominało miecze. Jeśli się spóźni, więcej nie będzie miała okazji zabijać.
Nie spóźniła się.
Wykonała półobrót i znalazłszy się po prawej stronie demona wbiła się w jego błoniaste skrzydła i szarpnęła. Potwór nie miał jak się wznieść i z hukiem zderzył się z ziemią. To już koniec – pomyślała zabójczyni. Teraz mogła dokładniej przyjrzeć się monstrum. Jego łuski miały ognistoczerwony kolor. Nic dziwnego, że nie mogła go wypatrzyć z ziemi. Sam demon wielki był na dziesięć stóp, a pazury wystające z jego rąk, długie na dwie stopy, pomimo wieku zachowały swą ostrość. Pewnie bez trudu rozerwałby mą zbroję – pomyślała Kara. I nie myliła się. Oto potwór poderwał się z ziemi i z dzikim wrzaskiem, od którego góra zadrżała w posadach, rzucił się na zabójczynię. Była o ułamek sekundy za wolna. Szpony potwora przerwały pancerz i boleśnie zraniły Karę w udo, nie przecinając na szczęście dla niej żadnej tętnicy, i nie ograniczając w znacznym stopniu możliwości ruchu. Zabójczyni doskoczyła do stwora. Jej pazury przejechały po piersi demona, wyzwalając snop iskier, jednak nie wyrządzając mu żadnej szkody. Potwór próbował ponownie zranić osobę, która zraniła ją tak bardzo, jak nikt wcześniej, jednak wcześniej pomogło mu zaskoczenie, a Kara była dużo szybsza od niego.
"Jak można tego skur... zranić?" – myślała coraz bardziej wściekła zabójczyni. Czas działał na jej niekorzyść. Krew powoli, ale nieubłaganie wypływała z rany. Kara zdecydowała się na ostatni wysiłek. Zaczęła bić w potwora z taką mocą, iż czysta energia poczęła kumulować się w jej ciele. Jednym skokiem znalazła się za plecami monstrum i potężnie kopnęła go zdrową nogą. Energia zgromadzona w ciele eksplodowała, odrzucając go z wielką prędkości do ściany. Zabójczyni już tam była. Wbiła swą broń w te czarne niczym smoła oczy. Kawałki czaszki pofrunęły na wszystkie strony groty, krew buchnęła szkarłatnym strumieniem. Ciało z dolną połową szczęki, osunęło się na kolana, oddając hołd swemu zabójcy.
Zabójczyni dyszała ciężko. Zapłaciła bardzo wysoką cenę za zwycięstwo. Wyjęła zza pasa pękaty flakonik, pełen fioletowego płynu i wypiła wszystko jednym haustem. Od razu poczuła się lepiej, rany zasklepiały się z niewiarygodną szybkością. Pomszczone zostały tysiące istnień ludzkich, zniszczony powód tylu cierpień i smutków. Sprawiedliwości stało się zadość, ale Karę nic to nie obchodziło. Szczerze mówiąc, miała to głęboko gdzieś, nie dla zemsty tu przyszła.
Podeszła do zwłok. Na szczęście żuchwa była nieuszkodzona. Zabójczyni wyrwała ją, a z wydrążanych zębów upuszczała jad do kryształowej butelki, gdyż zwykłe szkło rozpuściłoby się od tak silnych toksyn. Kolejną rzeczą wartą uwagi były łuski. Żal byłoby zostawić coś tak cennego. Kara oporządziła demona za pomocą jego własnych pazurów. Jego skóra była bardzo lekka. Zrobi się z niej doskonałą zbroję, dużo lepszą od starej, która więcej wytrzyma i nie będzie tak krępowała ruchów. Kara schowała swą zdobycz, a przede wszystkim drogocenny flakonik, który będzie niezbędny aby zdobyć upragnioną runę.

* * *

Mistrz Paladynów nie był burmistrzem miejskim, ich siedziba ratuszem, a oni sami nędznymi żołdakami, lecz najlepiej wyszkolonymi wojownikami w całym znanym cywilizowanym świecie. Wydaje się, że jedynymi, którzy mogliby im się przeciwstawić, byli barbarzyńcy z północy, jednak oni pozostawali w swojej skutej lodem krainie, nie zamierzając atakować nikogo, kto nie zbliży się nadto do świętej góry Arreat, a żaden człowiek nie był na tyle głupi, aby tego spróbować. Nawet jeśli komuś by się udało przedrzeć przez sieć fortyfikacji północnych wojowników to legendy mówiły o trzech starożytnych wojownikach strzegących Kamienia Świata. Podobnie trudnym zadaniem byłoby sforsowanie siedziby paladynów. Nawet Kara nie zdołałaby wejść do pomieszczeń paladynów, a otwarta walka byłaby samobójstwem. Jednak w każdy dzień poprzedzający pełnię mistrz wygłaszał mowę do ludu prostego. Stojąc wysoko na balkonie, ubrany w najlepszą zbroję ostrzega przed zakusami złego. Przez pozostałą część miesiąca albo zajmuje się problemami świata w swej komnacie, albo przyjmuje królów i cesarzy.
Tego dnia zabójczyni ubrana w najmodniejszą i koszmarnie drogą suknię stała wraz z innymi na placu. W ręku trzymała wachlarz z ukrytą w środku dmuchawką. Znajdująca się w niej igła nasączona była trucizną demona, od której się nie umiera. Powoduje ona jednak, że najdrobniejsza nawet infekcja może zakończyć się śmiercią. W tych okolicach była zupełnie nieznana. I była diabelnie skuteczna dzięki temu, że zawierała w sobie pradawną, czarną magię.
"Jak one mogą w tym chodzić? Ugotować się można" – myślała Kara cierpiąc z gorąca. W Kurast klimat był wilgotny i bardzo ciepły. W obszernym stroju zabójczyni, z licznymi falbankami, bardzo łatwo mogło dojść do odparzeń. Oby przyszedł jak najszybciej – błagała w duchu Kara. Był jednak bardzo punktualny. Zabójczyni zadrżała. Jego potężna sylwetka obleczona w pancerz sprawiała, że wyglądał bardziej jak posąg niż człowiek. Nie sposób jednak było się pomylić, gdyż bijąca od niego wielka wiara była wręcz namacalna. Nikt nie może się z nim równać – pomyślała Kara. Ten człowiek potrafiłby zabić wzrokiem. Nagle zabójczyni zwątpiła w siebie. Jak ona mogła być na tyle głupia, aby w ogóle myśleć o takim szaleństwie? Gdy mistrz zdjął hełm i zaczął przemawiać, wrażenie to stało się jeszcze silniejsze. Jednak przypomniała sobie o swoim celu i wróciła jej wysoka samoocena. Podniosła rurkę do ust i dmuchnęła. Ułamek sekundy później paladyn chwycił się za szyję. Twarz Kary pozostała kamienna. Jednak po chwili mistrz spojrzał wprost na nią, głęboko w oczy. Teraz już zupełnie wpadła w panikę. Choć wydawało się to niemożliwe, przecież tu jest tylu ludzi, ona w żaden sposób się nie zdradziła, to miała pewność, że on WIEDZIAŁ!!! Zaczęła przedzierać się przez tłum, wreszcie rzuciła się do biegu. Wtem poczuła, jakby spadła na nią przeogromna. Chyba pękło jej kilka żeber, a jedno z nich przebiło jej płuco. Pomimo potwornego bólu musiała uciekać. Nie mogła już oddychać, zaczął jej się zamazywać obraz przed oczami, aż wreszcie zupełnie straciła przytomność.

CDN.

<<< część 3


Oceń materiał: Ocena: 4.83 (6 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.