diablo 3

Opowiadanie Paladyn

Ostatnia modyfikacja: 21.10.2007. Utworzono: 21.10.2007

    Lex drzemał już lekko. W jego namiocie panował istny bałagan- po podłodze walał się multum cudzych ubrań. Stęchły zapach potu mieszał się z delikatną wonią skórzanych wyrobów, co tworzyło szczególnie specyficzną atmosferę. Schron wykonany z kawałków lnu, bydlęcej skóry i zużytej bielizny nie wyglądał szczególnie gościnnie.
    Minęło sporo czasu po tym, gdy u łotrzyc zapiał kogut. Dało się słyszeć odgłosy kroków. Wejściowa płachta zafalowała, wpuszczając zdradliwe i rzadkie światło dnia. Śpiący drgnął niespokojnie.
-Uaa- stłumił ziewnięcie- ...czego chcesz do cholery..?!- Jęknął mężczyzna przez półsen. Piękne marzenia o piaskowych skoczkach był już tylko mgiełką w jego umyśle. Lex nie doczekał się odpowiedzi. Miast tego zachłysnął się potokiem moczu, który zaatakował jego twarz.
-Ostrzegam cię- Rozbrzmiał gruby głos przy akompaniamencie podciąganych nogawic. –Zbierasz pranie z całego tygodnia. Jeśli zaraz nie weźmiesz się do roboty, urwę ci interes i wsadzę w rzyć, zanim zdążysz go przetestować.
    Mężczyzna o grubym głosie wyszedł z namiotu, pozostawiając Lexa w półprzytomności. Podwładny natychmiast zerwał się z futrzanej pryczy, zakrył mokrą twarz płóciennymi gaciami i pobiegł w kierunku rzeki.
    Grubogłosy Corvin odetchnął powietrzem puszczy. Rad był, że wyszedł z namiotu pełnego cuchnących inhalacji. Posprawdzał jeszcze wszystkie namioty dookoła okrągłego obozowiska, opieprzył templariuszy i siadł na drewnianym klocu, tuż obok herolda Henry’ego. Obozowisko zostało rozbite- według Corvina- na czternaście dni drogi na południe od Kurast, czyli nieopodal pierwszego prawego odnóża rzeki Argentek. Postój spowodowany był zapewne brakiem świeżej bielizny, a tej w tutejszych warunkach jak na lekarstwo. Pijawiec szczególnie dawał się we znaki, gdy nosiło się nieświeże ubrania.
    Henry wyjął brzytwę i krzesiwo z woreczka, który zawsze nosił przy pasku. Podszedł do pobliskich formacji bagiennych drzew, urwał słuszny płat kory i począł skrobać ją na drobne wiórki. Potem już tylko pocierał płazem brzytwy o krzesiwo, uprzednio skierowawszy swoje narzędzia w kierunku maleńkich brzozowych wiórków. Iskry wtopiły się w nie jak nóż w świeże masło, dając pokaźny słup ognia. Corvin z ciekawością przyglądał się pracy Henry’ego, jednakże miał swe własne sprawy. Poranny obchód, narzekanie na Lexa, obrona karawany przed Złem, narzekanie na Lexa, pilnowanie adeptów kościoła Zakarum, narzekanie na Lexa, nocna straż, narzekanie na Lexa to tylko część jego żmudnych obowiązków. Musiał też regularnie czyścić pancerz, na co teraz naszedł mu czas. Zdjął swoją przerdzewiałą pod pachami kolczugę i pieczołowicie począł chuchać i wycierać każde jej kółeczko. Henry rozkazał młodym templariuszom rozpalić ognisko. Corvin spojrzał w górę. Niebo przesłaniała gruba warstwa koron drzewnych, splątanych lian i kawałków słych gałęzi. Światło dochodziło na grząską ziemię przez niewielkie szpary i otwory.
    Paladyn, skończywszy robotę, nałożył znów kolczugę. Przez chwilę obserwował nagi tyłek Lexa powiewający gdzieś za fałdami skórzanego namiotu, a następnie wziął się za odkurzanie długo nie używanego berła. Gdy skończył, napił się wina z pobliskiej beczki, i odszedł parę metrów od obozu. Przeszedłszy przez grząskie bagno i ominąwszy wystający pień bagiennego drzewa, znalazł wreszcie to czego szukał: zaciszną, ciemnawą polankę. Jego twarz, tak umęczona, wreszcie przyjęła wyraz ulgi i tryumfu. Uniósł rękę z berłem ku górze i odczuł drżenie na całym ciele. Teraz już wiedział, że nadszedł ten moment. Zamknął gorączkowo oczy, i trwając w bezmyślnej medytacji próbował skupić berło na jednym punkcie. Serce paladyna zabiło mocniej, a krew popłynęła boleśnie do kończyn prawej ręki. Wtem niebiosa zajaśniały, a ptaki z okolicznych drzew poderwały się do lotu, gdy przeraźliwy świst przeciął niebo na wskroś. Naraz polankę wypełniła struga przerażająco bladego światła, rozsyłając tu i ówdzie pociski o zdeformowanym, niebieskawym kształcie. Zapadła cisza. Corvin otworzył oczy i z satysfakcją oglądał spalone połacie ziemi.
    Henry wkroczył do ostatniego skórzanego namiotu w obozie. I stamtąd wyszedł. Już sam fakt, że tam wkroczył, działał pobudzająco na templariuszy. Migawką chowali tuby wodne, których używali, gdy tylko minie ostatnia nuta zagrana przez ostrogi sir Corvina. Henry zręcznie ominął palenisko, które sam rozpalił, bo teraz siedzieli przy nim adepci kościoła Zakarum, wiecznie zajęci paleniem kupionego narkotyku i przewyższaniem się w określeniach, kto jest bliższy Niebiosom. Herold, chcąc poszukać suchego drewna, skierował się w kierunku małego bagienka, wyminął wystający pień drzewa bagiennego i oczom jego ukazał się osobliwy widok. Sir Corvin ledwo podtrzymywał ciężkie berło w górze, kierując je w stronę raz niebios, raz malutkiej polanki. Henry postanowił ukrócić męki paladyna. Pamiętając naukę biskupa, sam uniósł rękę ku górze. Wtem niebiosa zajaśniały, a ptaki z okolicznych drzew poderwały się do lotu, gdy przeraźliwy świst przeciął niebo na wskroś. Naraz polankę wypełniła struga przerażająco bladego światła, rozsyłając tu i ówdzie pociski o zdeformowanym, niebieskawym kształcie. Zapadła cisza. Henry niepostrzeżenie wymknął się z miejsca zdarzenia.
-Nie wątpię w twoje umiejętności, Bracie- mówił udawanym podziwem Henry. Od incydentu minęło półtorej godziny. – Co byśmy bez ciebie zrobili?
- Powiem ci jedno. Beze mnie, to byście nic nie zrobili.
- Słusznie- Odparł sztucznie Henry, mistrzowsko wyginając usta w sposób, który miał znaczyć „pewnie, jasne, no przecież to oczywiste”. Taka też była rola Henry’ego, bowiem dobry mówca podtrzyma morale swojego wojska.
Lex absolutnie nie miał pojęcia, o czym mówią jego przełożeni. Lexa nic to nie obchodziło. Lex też postanowił mieć swoje tajemnice. Nikomu nie mówił, że załatwiał się do przenośnych bukłaków z winem, z których prawo pierwszego picia miał zawsze sir Corvin. Nadszedł czas na manewry. Młodzi templariusze wyrąbali małą polankę wśród mchu, paproci, lian i tam ćwiczyli szarżę z wypadem. Naturalnie podnosiło to ich sprawność w kierunku ćwiczeń szarży z wypadem. Corvin oświadczył bowiem, że nie będzie patrzył się na tych leniuchów.
    Postój ruszył wreszcie w drogę, toteż popakowano wszystkie rzeczy do plecaków i tobołków. Podział obowiązków przy podróży był dość prosty: adepci kościoła Zakarum pracowali na rzecz dowództwa, a dowództwo pilnowało, by adepci nie zrobili czegoś głupiego. Jako że była to ostatnia grupa przygotowawcza do walki ze Złem, nie obyło się bez przykrych sytuacji. Po tygodniowej ekspedycji doliczono się dwóch zabitych, w tym brata Henry’ego. Jednakże dowództwo wyprawy miało jeden cel: zrobić z templariuszy najprawdziwszych paladynów, toteż sam herold szybko wziął się w garść i odzyskał sprawność dyplomaty. Teraz wędrówka odbywała się dniami i częściowo nocami, mimo moskitów, wilgoci i upału. Postoje graniczyły z cudem. Po części dlatego, że im dalej w dżunglę tym więcej zwierzyńca, i to niekoniecznie na służbie Dobru, a po drugie czas, w jakim templariusze mieli odbyć swą pielgrzymkę do katedry Inartusa, ulegał błyskawicznemu skróceniu. Sir Corvin dostawał histerii widząc Lexa przyjemnie gwiżdżącego przy wyrąbywaniu drogi przez dżunglę. Morale spadały z każdym dniem, a obecnym w pielgrzymce skończył się narkotyk. Brak ucieczki od okrutnego świata jest twardą nauczką.
-Bracie paladynie...- Szepnął Henry do sir Corvina wojskowym tonem.
-Czego chcesz? Nie widzisz że myślę? – odpowiedział głośno Corvin, wprawiając herolda w chwilowe zakłopotanie. Sam jednak nie najlepiej wyglądał. Ślęczał nad mapą odmierzając rylcem różne odległości i przeklinając pod nosem całą tą pieprzoną dżunglę i moskity fruwające nad głową.
-Lex zniknął przed dwoma godzinami.- zaczął Henry.
-Znajdzie się.
-Brakuje też Alego i Bvverita, od trzech godzin nie meldują się na wartę.
-Niebiosa wystawiają nas na ciężką próbę. Co powinniśmy począć?- paladyn rozłożył ręce, lecz po chwili wzniósł je ku górze odpędzając się od natrętnego pijawca.
-Ogłosimy postój, chłopakom to dobrze zrobi, bo nie golili się od tygodni. A my wymkniemy się szukając śladów. Najstraszniejsze jest to, że będziemy musieli się cofnąć, bo zieleń dookoła polany jest nietknięta.
-Co z wartą?
-Powiemy że idziemy na oficerskie manewry, a wartę będą pełnić Morus i Cord.
    Świeżo mianowani wartownicy niechętnie pochwycili łuki w dłoń. Henry zaczął im tłumaczyć, gdzie idzie razem z paladynem. Corvin puścił oko do Morusa, zapewne by wesprzeć go na duchu. Jednak zepsuło to efekt, wprowadzając dodatkowo dwuznaczność do faktu wybycia dowództwa. Paladyn i herold odeszli pozostawiając Morusa i Corda z głupawymi uśmiechami na twarzach.
    Szli po wyciętej nierówno drodze, łapiąc co poniektóre promienie światła żeby zobaczyć poszycie i grunt. Żaden z nich nie miał doświadczenia w tropieniu. W końcu jednak, gdy stracili siły i chcieli wracać, znaleźli w paproci przy drodze połamana włócznię i przepaskę, którą nosił Lex na ramieniu. Makabry dokonał fakt, że scena ochlapana była krwią.
-Krew! Wszystkie - szepnął Corvin. Henry’emu rozszerzyły się źrenice. Paladyn i herold stali w ciszy, a potem unieśli głowy ku górze. Na korze bagiennego drzewa zdążyła już zakrzepnąć krew, a fragmenty ludzkich organów ściągały hordy much. Górną gałąź wieńczyły dwa zdeformowane kształty bez głów, powieszone postrzępionymi nogami do góry.
-Bracie paladynie. Prędko.- Henry drżał. Jego palec wskazywał kierunek powrotu do obozowiska. Paladyn spojrzał na niego, a w oczach miał strach. A wystraszony paladyn nie wróży dobrze.
-Zaczekaj.- odparł Corvin. Wyjął z worka berło i potarł je po rękojeści. Poczuł dziwne mrowienie w nogach, a sądząc po reakcji herolda, nie tylko on tego doświadczył. Ich stopy rozświetlały ziemię na wściekle pomarańczowy kolor, gdy tylko zaczęli biec. Cóż to było! Poruszali się dwukrotnie szybciej nie odczuwając zmęczenia.
-Ormus kazał użyć tego w ostateczności.- oznajmił w biegu paladyn.
-Bracie, zaczynam wszystko rozumieć. Skąd masz rylec do kreślenia mapy?
-Znalazłem na początku wyprawy. Nie pamiętasz? Porzucona torba przy pniaku. Mam ją przy sobie cały czas.
-A więc jesteśmy zgubieni. Krążymy w kółko, bo linie rylca wyginają się magicznie. Zło nie chce, by templariat dotarł na miejsce. Bo po co umożliwiać wrogowi szkolenie świętych wojowników?
-Zamknij się! – warknął Corvin, biały jak kreda.
    Biegli po to, by po paru minutach zatrzymać się i stwierdzić, że droga zarosła na nowo paprociami, lianami i krzakami. Nie było czasu na dociekanie dlaczego, więc obaj wyciągnęli krótkie miecze i przedzierali się idąc prosto. Henry’emu zdawało się, że trwa to całą wieczność. Wcale nie chciał wracać do obozu, wiedział co tam zastanie. Paladyn jednak ciął i przeklinał moment, w którym zostawił wszystko i poszedł szukać Lexa, Bvverita i Alego.

    Morus ziewnął. Łuk położył na pniaku obok, a sam skulił się i rysował patykiem po ziemi. Powieki zaczęły mu ciążyć. Dziwne, przecież się wyspał.
-Cord- zawołał- nie wytrzymam! Daj kogoś z młodszych, muszę się przespać.
-Ja ciebie zastąpię.- Rzekł osobliwy templariusz, który wyrósł jak spod ziemi.
-Dzięki, Bvverit. Przypomnij mi potem, to dam ci swój przydział Igielu.
-Jasne.- odparł Bvverit. Morus doczołgał się do namiotu. Część adeptów ćwiczyła szarżę, a część pałaszowała racje żywnościowe przy ognisku. Ogień odstraszał moskity, więc było całkiem przyjemnie. Bvverit uśmiechnął się z zadowoleniem, po czym odwrócił wzrok od obrazu sielanki i popatrzył na wyciętą ścieżynę. Uśmiechnął się jeszcze bardziej. Delikatnie wysunął język i zasyczał. Błysk przeszedł przez jego oko, tak jak piorun rozdziela niebo na dwie części. Rośliny poczęły się wydłużać, a zadeptane poszycie posłusznie wracało do pierwotnego stanu. Grube liany prędko splotły się ze sobą. Bvverit opuścił stanowisko i podszedł bliżej do ognia.
-Usłuchajcie mnie.- zaczął, a płomienie groźnie zafalowały.
-Gdzie są nasi dowódcy? Pod pretekstem manewrów...- adepci przerwali mu i ryknęli śmiechem. Ci, co ćwiczyli wypady i szarżę przestali i podeszli bliżej ogniska. Bvverit nie do końca zrozumiał reakcję towarzyszy. Jednak zaraz pojął ludzką aluzję. Podszedł bliżej. Płomienie wyostrzyły się i zdawały się większe.
-Nie wiadomo, czy poszli na manewry czy też nie. Faktem jest, że uciekli!- wesołe pomruki przycichły. Przez chwilę panowało milczenie. Niepewne spojrzenia dały owoc w postaci wątpliwych pomruków.
-O, tak!- Kontynuował Bvverit.- Uciekli. Zbłądziliśmy! Popatrzcie, to mapa paladyna. Wolał uciec z heroldem, Lexem i Alem, niż zostać tu z nami! – odczekał chwilę czekając na efekt.
- Nie ma już dla nas ratunku!- Ostatnie zdanie wypowiedział z żalem. Templariusze słuchali jak zaczarowani. Ogień wyginał się w iście diabelskie kształty, buchając na wysokość metra. Morus wystawił głowę z namiotu.
-Ale nie wszystko stracone. Nie oglądajmy się za siebie, jak tamci tchórze. Popatrzmy na wizję nowego i wspanialszego świata. Bez żadnych zasad, fałszywych regulaminów i zdradliwego dowództwa, tylko wolność!- Ogień podniósł się do góry jeszcze o metr. Bił od niego przyjemny chłód, tak błogi, że nie liczył się już upał dnia.
-Wkroczcie więc w ogień, by doświadczyć słusznego. Idźcie bracia. Służcie Mrocznej Trójcy!- Pierwszy z brzegu templariusz drgnął niespokojnie. Wstał i powoli zaczął iść do płomienia. Nie doszedł, bo wielki kamień trafił go w głowę. Bvverit rozeźlił się i popatrzył w zastęp adeptów. Stała w niej jedna postać, tak silnie emanująca niebieską potęgą, że sam demon zaczął zastanawiać się, jak ją przeoczył.
-Odejdź! - krzyknął śmiały adept. Na jego wezwanie kilku templariuszy otrząsnęło się i cofnęło.
-Kim jesteś?
-Próżno mi szukać swego tyłka w kawałkach, gdy powiem ci imię. Skąd pewność, że nie wykorzystasz go do inkantacji?- Celna riposta zbiła z tonu Bvverita. Stał i otwierał usta. Po chwili jednak odzyskał zagubiony trop.
-A więc tutaj jest odpowiedzialny za zdradę! – zaczął demon.- popatrzcie, tak wygląda ten, który namówił dowództwo do opuszczenia was. A sam pewnie szykował się do powrotu!- Po tych słowach rozprostował ręce. Po jego stronie stanęła większa część adeptów. A każdy z nich odmieniony, z potwornym grymasem na twarzy i dziwnym cieniem na oczach. Śmiały templariusz zakrzyknął coś niezrozumiałego. U jego boku stanęli ci, którym udało się oprzeć diabelskim mamidłom. Niewielu ich było. Templariusz rzucił ciche wyzwanie demonowi- walka wzroku. To był błąd. Śmiałek prędko zasłabł i widząc, jak Bvverit śmieje się z niego, legł w ramiona stojącego obok towarzysza. Świat pociemniał. Wszystko straciło sens, było niewyraźne i mdłe. Ile to mogło trwać? A w oddali ktoś krzyczał grubym głosem.

-To tutaj, wystający konar. Poznaję! Nie zgubiliśmy się.
-To niedaleko.- odparł sir Corvin.
Maszerowali kilka minut w milczeniu wyrąbując drogę. Wreszcie zobaczyli prześwitujący czubek namiotu Henry’ego.
-Coś tam się dzieje!- oznajmił podekscytowany herold.
-Podejdźmy bliżej. Cicho!
Doczołgali się na skraj obozowej polany. Ich oczom ukazał się bardzo niezrozumiały obraz. Płomień z paleniska sięgał niemal dwóch metrów. Dziwna postać rozłożyła ręce, a po jej stronie stanęli adepci. Corvin chciał puścić stosowny komentarz, ale Henry szybko poinformował go, kim jest ów człek rozkładający ręce. Paladyn zaklął. Obserwowali dalej scenę zastanawiając się, dlaczego nikt z nich wcześniej nie zauważył drobnego faktu: odnaleźli ciała dwóch zaginionych, a szukali trzech.
-Poznaję tego śmiałka- szepcze sir Corvin. – Nigdy nie palił Igielu. Niezbyt silny, ale jakiego ma ducha! To Si...
-Patrz, osuwa się. Co robimy?- spytał herold, blady jak ściana. Zapanowało krótkie milczenie.
-Spotkamy się w Niebiosach.- powiedział Corvin zdecydowanym tonem, jakby oznajmiał, że tutaj jest dobre miejsce na piknik.
-DO ATAKU! – ryknął po chwili. Wybuchła istna pandemonia.
Część oczarowanych templariuszy odzyskała zmysły, patrząc dookoła błędnym wzrokiem. Ci, którzy wcześniej stanęli po stronie śmiałka spojrzeli zaskoczeni na paladyna, po czym zaatakowali demona. Bvverit widząc to rzucił w bój pozostałą garstkę oczarowanych adeptów. Bratobójcza walka rozgorzała na dobre. Sir Corvin dobył berła i rzucił się na Bvverita tłukąc go w potylicę. Demon upadł na ziemię, a paladyn poprawił mu fryzurę kantem rękojeści. Mimo śmierci Bvverita templariusze nadal walczyli pomiędzy sobą. Corvin osłaniał się od ciosów dość zręcznie, nie chcąc uderzyć nikogo. Henry przeżywał chwilowy kryzys. Patrzył na rzeź i na ogień. Rzeź i ogień. Ogień, woda, trudna zgoda.- powtarzał w jego myślach. Herold migiem porwał okoliczne manierki, parę razy obrywając mieczem w kolczugę. Pobłogosławił wodę tak, jak robił to paladyn. Odwrócił się i patrząc na diaboliczny ogień szepnął: teraz albo nigdy. I pobiegł. Odkorkował wszystkie manierki i zaczął gasić. Gdzieś w oddali Corvin krzyczał, żeby się pośpieszył. Henry robił co mógł, lał wodę w ognisko. Żar bladł, więc paladyn krzyczał uradowany.
-Henry! To działa! Spójrz, jak odzyskują zmysły! Zgaś do końca to diabe...- Herold odwrócił się sprawdzając przyczynę urwania w pół słowa. Corvin osunął się na ziemię, a za nim stał Bvverit. Całkiem odmieniony, bo opuścił ludzką powłokę przybrawszy postać gargulca. Przebił szponami pancerz paladyna i wyrwał fragment klatki piersiowej. Henry do końca zgasił ognisko. Nie mógł do końca uwierzyć w to, co się stało. Templariusze, jakkolwiek wcześniej opowiadający się za którąś ze stron, teraz byli zupełnie wystraszeni, zmęczeni i okaleczeni bitwą.
-Twój towarzysz miał rację. Spotkacie się w Niebiosach. Ale i one upadną pod naszym naciskiem!- Zadudnił demon, po czym ruszył do ataku, wyciągając umięśnioną łapę. Groza ciężko wisiała nad polanką. Henry był tak przerażony, że zapomniał o czymkolwiek. Machinalnie uniósł rękę ku górze.

Wtem niebiosa zajaśniały, a ptaki z okolicznych drzew poderwały się do lotu, gdy przeraźliwy świst przeciął niebo na wskroś. Naraz wszystko wypełniła struga przerażająco bladego światła, rozsyłając tu i ówdzie pociski o zdeformowanym, niebieskawym kształcie. Zapadła cisza.

***

    Drewniana chatka skrzypiała pod naporem morskiej bryzy. Woda leniwie obijała się o bale pomostu. Siąpił lekki deszcz, którego drobiny wyraźnie przeszkadzały powiekom leżącego na łożu mężczyzny.
-Ah, zbudziłeś się.- ktoś klepał go w ramię. – wstawaj, idź coś zjeść.- Mężczyzna dźwignął się z trudem i spojrzał na niewyraźną sylwetkę kapłana. Przez chwilę starał się złapać ostrość, bo chyba dawno nie korzystał z oczu.
-To ty Ormusie? Czy wszyscy jesteśmy w Niebiosach?- spytał, a gdy to zrobił, poczuł że ma suche gardło.- Kapłan zaśmiał się serdecznie i podał mu dzban z wodą.
-Ormus dawno nie słyszał podobnej opowieści. Jesteś bohaterem, Sigonie. Jest tutaj ktoś, kto może to potwierdzić. Wchodź, Henry!- Do środka drewnianej chaty wszedł mężczyzna. Dzierżył w dłoniach spore zawiniątko, które położył na stoliku obok łóżka. Spojrzał rannemu w twarz. A potem go uściskał.
-Wszyscy leżą w prowizorycznym lazarecie. Ormus zapewnił im odpowiednią opiekę.- oznajmił były herold.
-Gdzie jesteśmy? To nie pachnie jak dżungla. Bardziej jak.. jak..
-Morze. Jesteśmy w Dokach w Kurast.
-Jak to się stało?- spytał się Sigon, templariusz, który śmiał przeciwstawić się demonowi. – Jak to się stało, że tu jesteśmy?
-Wolałbyś nie wiedzieć. Otacza nas Zło, więc Ormus przeniósł ocalałych właśnie tu do Doków. Podobno dzieci Zakarum postradały zmysły. Obawiam się najgorszego. Od dawna nie mamy wieści do nikogo z Rady. Powiem ci więcej, gdy zostaniesz jednym z paladynów.
-Co teraz?
-Nie przyjęliście święceń u Inartusa. Złamiemy obowiązującą procedurę, a święcenia przyjmiecie w przyszłym tygodniu tutaj...-zadrżał, odczekał chwilę i zaczął- Dam ci pancerz godzien męstwa, jakie posiadasz.- Henry odwinął spory pakunek. Sigon podszedł bliżej i ujrzał napierśnik. Zdawał się świecić sam z siebie, a liczne zdobienia wskazywały na magiczne pochodzenie osobliwego przedmiotu.
-Wykuty został przez kowala, na dzień przed wielką wyprawą. Miał go otrzymać ten, kto swoją postawą najlepiej dowiedzie użyteczności jako przyszły paladyn. – Sigon dotknął powierzchni płyty. Podziękował Henry’emu i obiecał, że stawi się na święcenie w przyszłym tygodniu. Wyszedł z chaty, narzucając na siebie wełniane poncho. Posmutniał, patrząc na rannych towarzyszy leżących w oddali pod wielkim baldachimem z płótna.
-Myślisz że sir Corvin spogląda na nas z Niebios? – spytał się Henry’ego.
-Oczywiście. Inaczej nie było by tak paskudnej pogody!- odrzekł były herold i pierwszy raz od dłuższego czasu uśmiechnął się.

KONIEC


Oceń materiał: Ocena: 4.60 (25 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.