diablo 3

Opowiadanie Pierwsze starcie 1

Ostatnia modyfikacja: 28.12.2008. Utworzono: 28.12.2008

- Koniec!! - rzekłem - Nie nadaję się by tylko gwałcić, palić, plądrować. Ja chcę poznać trochę świata, tatusiu... Mogę? mogę? Mogę?
Ojciec popatrzył na mnie znad krzaczastych brwi.
- Idź. I tak barbarzyńca z Ciebie jak...
Nie czekałem aż skończy. Raz, że wcale nie byłoby to miłe, dwa, bałem się, że się rozmyśli. Jako że wszystko miałem już wcześniej przygotowane, zabrałem tobołek i ruszyłem....
Tylko gdzie iść? Postanowiłem zdać się na łut szczęścia.
Wyczekałem na sposobny moment i gdy zbrojna drużyna opuszczała miasto, ja również podążyłem za nią.
Jako że nic w życiu nie widziałem poza trawą, którą poznałem z bliska leżąc i podglądając śliczne ramiona kowalki obrabiającej metal, me oczy błądziły po okolicy. Tu kamyczek luźny, tam skrzyneczka, jakieś drzewa. Z przodu musiało być bardziej ciekawie, bo wciąż stamtąd dochodziły do mnie okrzyki, jakieś zawodzenia śpiewne, czasem nawet słyszałem, jakby ktoś grał na trójkącie. I tak maszerowałem za innymi i tak naprawdę nic ciekawego nie widziałem. Zmężniałem przez tę drogę, gdyż marsz każdemu dobrze służy. A i parę ciekawych rzeczy znalazłem, to miecz pęknięty, to pierścionek jak na odpustach w łupionych wioskach bywały, a to medalion, a czasem i klejnocik lub kamień szlachetny się trafił. Skrzętnie zbierałem to wszystko, by po powrocie ojca bogactwem uradować i pokazać, że i inaczej majątek niż przez rozbój zebrać można.
I tak wróciłem do domu rodzinnego, ale ojciec zamiast bogactwo me liczyć, jął się pytać, co widziałem. A ja nic nie widziałem, gdyż się z tyłu za drużyną wlokłem.
Rzekł ojciec, bym jeszcze raz w drogę się udał, a po powrocie wszystko mu opowiedział. Dał mi na drogę topór słuszny, w zbroję przyodział, tobołek jedzeniem napełnił i z błogosławieństwem swoim znów na wyprawę ruszyć kazał. Cóż robić było mnie biednemu? poszedłem.
Tym razem pośrodku byłem, czasem nawet bardziej z przodu. I szybko przekonałem się, że to nie okrzyki radosne wcześniej żem słyszał, tylko wrzaski bojowe, nie zawodzenia śpiewne tylko zaklęcia, a trójkąt okazał się dźwiękiem oręża o oręż uderzającego. Popatrzyłem na topór, ale wprawy brakło. Szedłem więc dalej i dalej, dziwy podziwiając, a i rzeczy jakoś ładniejsze po drodze znajdywałem. Z dziwów największych to rzeki płonące, tundry zamarznięte, lasy straszliwe i moc potworów zapamiętałem. Budynki różne, monastyrami nazywane, kuźnie przeklęte i siedliska różne, do ludzkich niepodobne. Idąc tak, wciąż wojowników podpatrywałem, by samemu tajniki władania orężem poznać. I tak nadszedł kres wędrówki, ponownie w progi domu zawitałem. Jeszcze więcej bogactwa zwiozłem, a i opowiadać w końcu co miałem. Wysłuchał mnie sędziwy już ojciec, głową pokiwał, ale zadowolony nie był.
- Czas tobie, synu, wyprawie przewodzić, tobie potwory zabijać i chwałą imię okryć.
Cóż robić, przyjąłem ja w darze jeszcze lepszy topór, zbroję już sam wygodną kupiłem, i kompanionów szukać począłem.
Znalazłem, trzech nas w sumie było. Paladyn w zbroi nowej, świecącej, druid w płócienne rzeczy odziany i ja, najbardziej nieokrzesany z nich wszystkich.
I przyszedł ten czas, kiedyśmy sami musieli stawić czoła hordom monstrów przeróżnych.
Poszliśmy....
Ledwie co dom rodzinny z oczu nam zniknął, jak napadły nas przeważające siły wroga w postaci dwóch małych diablików, o skórze na niebiesko zabarwionych. Tłukłem toporem co sił, a i kompanioni moi ramion nie szczędzili, by pomiot ten wybić do nogi. Walka nierówna, wszak nas tylko trzech było. Druid, najszybszy w nogach znak nam dał, że za chwilę wróci, po czym pędem do miasta się udał, by nam mikstur wszelakich od ran broniących przynieść. Jakoż rychło wrócił, na ziemię je zrzuciwszy znów z zapałem począł monstra kijem okładać. Sił mi nie starczało. Odepchnąłem od siebie resztką sił ten pomiot piekieł i skoczyłem w kierunku tobołka. "Te czerwone!!!" zabrzmiał mi w uszach głos druida. Łyknąłem potężnie i jakby nowy duch we mnie wstąpił. paladyn już ledwo na nogach się trzymał, więc jego zastąpiłem własnym ciałem broniąc, by mógł i on siły odnowić. I tak na zmianę odnawiając swe nadwątlone siły siekaliśmy zastępy potworów, aż w końcu jeden, a zaraz potem drugi diablik zmożony ciągłymi atakami padł na ziemię. Donośnym okrzykiem obwieściłem zwycięstwo, lecz zaraz potem umilkłem bojąc się, by następne potwory z ciemności się nie wynurzyły.
Zmęczeni popatrzyliśmy na nasz ekwipunek. uszkodzone zbroje, szaty w strzępach, topór poszczerbiony, a ostrze na mieczu z pewnością czasy świetniejsze pamiętało. O kiju Druidzkim nie ma co mówić, bo chyba że w zębach podłubać nim jeszcze by się dało. Mikstur też niewiele zostało. Bez słowa zawróciliśmy do wioski. Może za jakiś czas znów jakaś drużyna wyruszy. Bo tak samotnie, to jeszcze za wcześnie... .

//\ Część 2 >>>
Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.