diablo 3

Opowiadanie W obliczu szaleństwa 2

Ostatnia modyfikacja: 13.02.2012. Utworzono: 13.02.2012

Rozdział II


Aria



Byłem zdenerwowany. W zasadzie w kilka chwil, moje dotychczasowe życie legło w gruzach. Kilkukrotnie przeszło mi przez myśl, że wciąż mogę wycofać się z zaistniałej sytuacji. Kalix nie wiedział, że ja również jestem w jakimś stopniu zamieszany w spisek - co prawda pośrednio, ale jednak. Czułem, że mimo wszystko nie uniósłbym ciężaru, jaki niechybnie stanowiłoby opuszczenie całej reszty w potrzebie. Zebrałem się w sobie i odrzuciłem wszystkie myśli chcące bym zawrócił z obranej ścieżki.
Nie miałem zbyt dużej ilości wartościowych przedmiotów, postanowiłem więc zabrać wszystko czym dysponowałem. Do starego skórzanego plecaka włożyłem trochę żywności, kilka świec i dwie pochodnie, moje uzbrojenie stanowił sztylet, który otrzymałem w darze od Kostera za postępy jakie poczyniłem w nauce sztuki. Przytroczyłem go do lewego boku, do paska przypiąłem dwie mikstury uzdrawiające i wyciąg przywracający energię magiczną. Ponadto, w kieszeni mojej kurtki ukryłem dwa antidota, na wypadek gdyby podczas przeprawy przez dżunglę, spotkalibyśmy jakieś zatruwające stworzenia. - co nie jest wcale tak mało prawdopodobne. - Na szyi założyłem znaleziony jakieś dwa lata temu, medalion w kształcie węża. Co najdziwniejsze, wyczuwałem w nim teraz obecność niewielkich mocy magicznych. Nie potrafiłem jednakże jednoznacznie określić, jakiej natury energia dawała o sobie znać. Miałem już opuścić pomieszczenie, gdy o czymś sobie przypomniałem. Początkowo wydawało mi się to bezsensowne, teraz jednak czułem, że warto zaryzykować. Z małej szkatułki położonej na stole, zabrałem fiolkę z pewną miksturą.

***

Przygotowania do drogi nie zajęły mi więcej niż dziesięć minut, po chwili byłem z powrotem u Hasphata, który akurat krzątał się wśród swoich szpargałów, nie mogąc zdecydować się co zabrać na drogę.
- Hasphacie? Może mogę jakoś pomóc? Mam jeszcze trochę wolnego miejsca w plecaku. - Zapytałem z grzeczności.
- Nie trzeba. Muszę po prostu dokonać wyboru, między przyjemnością a przydatnością tego co zabiorę. Chyba jednak wezmę więcej mikstur. Koster zawsze powtarzał, że należy zawsze w kryzysowych sytuacjach zrezygnować z dawnych przyzwyczajeń... No tak. Wiesz co? Jeżeli chcesz mi pomóc - skierował się w moja stronę - to zabierz trochę tego... - Podał mi niewielkie zawiniątko, sądząc po zapachach był to zapas "towaru".
- To twoje ziołowe "odprężacze"? - Upewniłem się.
- Tak... Dobrze robią na koncentrację. Jeżeli chcesz, to możesz spróbować, tylko nie wypal mi wszystkiego! No! - Pogroził mi palcem, po czym wrócił do grzebania w swoich gratach. Nie miałem ochoty żeby sobie zapalić. Po głowie krążył mi zupełnie inny problem.
- Hasphacie, zostawię u ciebie na chwilę moje rzeczy. - Wskazałem na plecak stojący obok regału z książkami - Muszę jeszcze na chwilkę wrócić do siebie. - Skłamałem.
- Dobrze, tylko nie marudź tam zbyt długo, niebawem wyruszamy.
Nawet nie spostrzegł, jak z jego biurka zabrałem jeden z leżących na nim flakonów z miksturą. Był to ekstrakt uwolnienia. Jeszcze przed opuszczeniem katakumb postanowiłem pokrzyżować plany moim byłym już braciom. W moim mniemaniu najlepszym sposobem, było uniemożliwić przeprowadzenie rytuału, który miał odbyć się jutrzejszego dnia. Ażeby jednak tego dokonać, potrzebowałem dwóch składników, które razem połączone stworzą miksturę wzbudzenia z transu. Jednym dysponowałem już wcześniej, była to esencja z piołunu i blekotu, służąca jako baza większości produkowanych przez nas specyfików, drugim był eliksir uwolnienia służący w lżejszych przypadkach. Ktoś kto był uśpiony tak długo byłby niewrażliwy na jego działanie, należało miksturę wzmocnić poprzez ponowne jej przedestylowanie. Nie zwlekając, natychmiast ruszyłem do świątyni.

***

Po drodze zabrałem z jednego magazynu rzeczy kobiety, przeznaczonej przez brać na ofiarę. Musiała urodzić się pod szczęśliwą gwiazdą, że trafiła na kogoś takiego jak ja, że ruszyło mnie sumienie, którego przez tak wiele lat starałem się wyzbyć, i gdy myślałem, że już mi się to udało, znowu wróciło. Jeszcze jakiś czas temu było mi jej szczerze żal, że tak późno trafiła przed oblicze przeznaczenia, teraz jednak już nic nie było takie same, a to w co wierzyłem zostało wystawione na próbę. Już czułem się w pewnym stopniu odmieniony, jednak nadal wiele rzeczy pozostawało niewyjaśnionych, a ja nie lubię zawracać z raz obranej drogi, jak już w coś się angażuję - nie uznaję półśrodków.
Kobieta była tam gdzie ją zostawiłem. Spoczywała na katafalku wykonanym z czarnego kamienia, umieszczonego w samym centrum głównego ołtarza. Przed wzbudzeniem, musiałem zdjąć uroki, którymi zakląłem postumenty, mające zogniskować energię powstałą w wyniku dokonania ofiary. Było to dosyć prostym zadaniem, znacznie łatwiejszym niż sam proces zaklinania.
Gdy wszystko było gotowe udałem się do jednej z bocznych komnat, w której znajdowała się aparatura alchemiczna. Wywar z piołunu wlałem do kolby i dodałem niewielką ilość właściwego wywaru. Resztę wlałem do alembiku, pod którym wcześniej rozpaliłem ogień. Gdy temperatura była odpowiednia, stopniowo dolewałem mieszanki, którą wcześniej umieściłem w kolbie. Wywar, którego przygotowanie zajęło mi nie więcej niż 20 minut, był jednym z prostszych eliksirów jakich uczyliśmy się przyrządzać. Niestety nie miał on zbyt wielu zastosowań, ponadto, w pewnym stopniu szkodził na wątrobę.
Podszedłem do katafalku i podałem jej kilka kropli, trochę potrwało nim wyciąg zaczął odnosić jakikolwiek skutek. Jej tętno stopniowo przyspieszało, po kilku minutach w końcu otworzyła oczy.

***

Z ostrożności nie zdjąłem jej więzów, mogłem włożyć jej po podaniu mikstury knebel do ust, jednak mogłaby się zadławić. Postanowiłem zaryzykować, w razie czego szybko zasłoniłbym jej usta, by nie krzyczała. W innym wypadku, na pewno ściągnęłaby na nas niebezpieczeństwo. Tutaj ściany mają uszy, ponadto mieliśmy mało czasu, trzeba było się śpieszyć.
Początkowo dziewczyna była bardzo zdezorientowana, powoli rozglądała się w około, w jej oczach nie widziałem przerażenia, widocznie było to spowodowane ubocznym działaniem substancji. - Słyszysz mnie? - Zapytałem - Jeśli tak kiwnij głową.
Kiwnęła.
- Dobrze więc. Może to wydaje Ci się dziwne, ale wiedz, że masz olbrzymie szczęście. Pamiętasz w ogóle co się stało zanim trafiłaś tutaj.
Drobne zawahanie, połączone z kiwnięciem głową.
- Więc tak, nie mamy zbyt wiele czasu. Wiedz, że nie chcę Cię skrzywdzić. Sam jestem w niebezpieczeństwie. Chce zabrać Cię w bezpieczne miejsce. Zaraz Cię rozwiążę. Wszystko wyjaśnię Ci później. Na razie pójdziesz ze mną, zgoda?
Kiwnięcie głową.
Przeciąłem jej więzy i poleciłem jej się ubrać. Nie odzywała się nawet słowem.
- Jak Ci na imię? - Zapytałem gdy wychodziliśmy ze świątyni, jednak udzieliła mi odpowiedzi dopiero po dłuższej chwili.
- Aria.
- Mieszkasz tu gdzieś w okolicy?
Odpowiedział mi brak reakcji, w jej oczach zobaczyłem smutek, postanowiłem już nie zadawać żadnych pytań.
Pospiesznie ruszyliśmy na górne poziomy omijając rzadkie patrole szkieletów. Czas naglił.

***

Dotarliśmy na miejsce z kilkunastominutowym opóźnieniem. Miałem nadzieję, że mimo wszystko, Koster wraz z resztą poczekali na nas. Jak się okazało, moje życzenie zostało spełnione tylko połowicznie.
- No, nareszcie jesteś! - Koster spojrzał na mnie z wyraźnym wyrzutem - Dlaczego tak długo kazałeś na siebie czekać?
Odwróciłem się w stronę drzwi, gestem wskazałem Arii, że ma wejść do środka. Tak też zrobiła. Twarz mojego mistrza wnet pokryła się fioletem. Nie wiem czemu, mimo to nie wybuchnął złością, chyba tylko z obawy, że krzyk mógłby sprowadzić na nas nieszczęście. Aria nadal zachowywała się jakby była gdzieś obok, w gruncie rzeczy cieszyłem się, że przynajmniej ona nie musi przeżywać rozterek które wciąż były moim udziałem.
- Mistrzu, musiałem to zrobić. Coś nie pozwoliło mi podjąć innej decyzji. Nie potrafiłem wyzbyć się z mojego umysłu myśli o tej kobiecie. Ta myśl mnie opanowała - to ona sprawiła, że ją uwolniłem. Musi uciec z nami.
- Ach! Gadanie! Czy ty wiesz, cóżeś uczynił?! Uwolniłeś jedną z córek Zann Esu! To czarodziejka, czy ty wiesz co ona mogła by z nami zrobić, gdyby nie osłabienie wynikłe z długotrwałego pozostawania w transie? Spaliłaby nas wszystkich z kilka sekund. Jeżeli pójdzie z nami to równie dobrze możemy zostać tutaj i czekać na zagładę. Będziemy skończeni. - Czytałem o czarodziejkach, mistrzyniach magii żywiołów, jednak nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będzie mi pisane spotkać jedną z nich. Przyznam - Koster napędził mi trochę strachu, lecz nie wierzyłem do końca w to czcze gadanie o ich potędze. Mimo, że ryzyko wywołania konfliktu wciąż istniało, wiedziałem, że Aria musi pójść z nami. - Nie zostawię jej. Pójdzie z nami, bez względu na to, czy to się mistrzowi podoba, czy nie. Powiedzcie lepiej gdzie są pozostali, czemu jesteście tylko we dwóch.
- Reszta nie chciała na ciebie... na was czekać. Rax już ich wyprowadził, a teraz jeżeli pozwolicie zajmiemy się otwieraniem portalu który ma nas stąd wyprowadzić. - Odrzekł milczący do tej pory Hasphat.
Przeszli do ukrytej za iluzoryczną ścianą komnaty. Mistrzowie zajęli się przygotowywaniem formuły zaklęcia otwierającego portal, zapytałem w międzyczasie Kostera dokąd się udamy. Odpowiedział, że portal przeniesie nas w pobliże Kurast, czyli kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód. Stamtąd odpłyniemy do królewskiego portu w Zachodniej Marchii. Pozostawanie przez jakiś czas w dżunglach Kedżystanu jest chwilowo zbyt niebezpieczne.

***

- Już prawie gotowe, - Poinformował nas Hasphat - Jeszcze tylko kilka chwil. Przygotowanie portalu do miejsc oddalonych o dziesiątki kilometrów wymaga czasu. Przedział wynosi od paru minut, nawet do kilku godzin. Ten mistrzom zajął około kwadransu, wiec udało się nawet całkiem sprawnie. Chwyciłem za swój plecak i razem z Arią podeszliśmy bliżej. W tym momencie rozpętało się piekło.

***

Nastąpiła niespodziewana eksplozja. Upadłem na ziemię, słyszałem jakieś krzyki - nie wiedziałem jednak kto i co było ich źródłem. Nic nie widziałem, gdy tylko próbowałem otworzyć oczy, kurz zmuszał mnie natychmiast do ich zamknięcia. Próbowałem się podnieść, początkowo bezskutecznie, gdyż kończyny odmawiały mi posłuszeństwa. Dopiero po chwili udało mi się podeprzeć na rękach, czułem że jakaś ciecz spływała po kamiennej posadzce, spróbowałem jej - to była krew. Przestraszyłem się ,że należy do mnie, ale nie czułem bólu, w zasadzie... to niczego nie czułem. Powoli traciłem zmysły i kontrolę nad własnym organizmem. Słabłem, ale nie wiedziałem co było źródłem mojej niemocy. Nagle poczułem czyjąś rękę na moim ramieniu - pociągnęła mnie i nagle wszystko ucichło. Otworzyłem oczy, gdy spoglądałem w górę widziałem oddalający się blask. Podejrzewałem, że był to oddalający się portal stworzony przez Kostera. Spadałem w próżni, nie widziałem jednak osoby której prawdopodobnie zawdzięczałem życie. Jedyne co widziałem to powoli zanikający, pulsujący krąg światła. Po chwili utraciłem przytomność.

Ciąg dalszy nastąpi.


Rozdział 1. /\


Oceń materiał: Ocena: 5.40 (15 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.