diablo 3

Opowiadanie W obliczu szaleństwa Prolog

Ostatnia modyfikacja: 13.02.2012. Utworzono: 13.02.2012

W obliczu szaleństwa.


Prolog



Spojrzałem w jej oczy, ostatni raz. Miała zimne, martwe, szkliste tęczówki, pozbawione naturalnej iskry życia. Zakryłem jej powieki, była naprawdę piękna, brązowe, długie włosy sięgały jej do bioder, pięknie kontrastowały z jej zielonymi źrenicami. Ciało - idealne, sylwetka w kształcie klepsydry, proporcje zachowane w każdej płaszczyźnie. Można się było w niej zakochać, od pierwszego wejrzenia, gdyby to miało kiedykolwiek jakieś znaczenie. Nie, nie była martwa, tylko zstąpił na niej bratanek śmierci, błogi sen. Był to jednak nienaturalny sen - bardzo głęboki. Określeniem, które bardziej pasowałoby, byłby trans, połączony ze zdecydowanym spadkiem czynności życiowych. Przyłożyłem głowę do jej piersi, rytm bicia serca wydawał się byc prawie niedostrzegalny. Jej serce nadal biło, ale niezwykle delikatnie, niczym muśnięcie motyla, krążenie mimo to, nie ustawało. Jeszcze żyła, ale jej przeznaczeniem i tak była śmierć - rytualna, po której nikt nie zapłacze, wręcz przeciwnie.

***

Przewiozłem ją do wielkiej sali, w której miał odbyć się rytuał. Jej ciało spoczęło na stole ofiarnym, na którym najwyższy kapłan miał przelać jej dziewiczą, niewzburzoną krew, ku czci i potędze Trag'Oula. Samo przebywanie w Świętym miejscu o tak potężnej mocy, powodowało u mnie zdenerwowanie i ciarki. Czułem się jeszcze niegodny pełnienia posługi w takim Boskim obejściu.

Świątynia była, jak mi się wydawało, najniżej położonym obszarem w całym podziemnym kompleksie jaskiń i pomieszczeń, pierwszy raz odwiedziłem to miejsce, podczas próby popiołów. A działo się to aż 10 lat temu. Próba polegała na tym, że, młodych chłopców odebranych siłą od ich rodziców w wieku 10 lat, zmuszano do wypicia specjalnych substancji mutagennych powstałych właśnie na bazie prochów różnorakich istot. W zależności, jakich popiołów używano do destylacji, dziecko po pomyślnym przejściu próby otrzymywało inne, unikatowe zdolności charakterystyczne tylko dla jego karmy. Naturalnie, dzieci którym podawano specyfiki nie były przypadkowe. Starszyzna zajmująca się rekrutacją nowych członków potrafi wykryć, które maluchy posiadły naturalną iskrę i które należałoby sprowadzić do nekropolii. Po podaniu substancji wprowadza się je w trans. Ciało pozostaje w świecie materialnym, natomiast esencja ulatywała do krainy przypominającej czeluście piekielne. Wiązało się to z szeregiem ograniczeń, które powodowały że próbę przechodziło tylko kilka z kilkudziesięciu dzieci. Eteryczność powodowała utratę kontroli nad zmysłami, upośledzeniu ulegała także wyobraźnia przestrzenna. Nawet czas buntował się i płynął swoim własnym rytmem. Świat równoległy rodził najgorsze koszmary, lęk przemijania, strach przed odrzuceniem, ból fizyczny, fobie i psychozy to tylko nieliczne przykłady. Próba uwidaczniała wszystkie obawy i słabości jednostki, nawet te głęboko ukryte, zakorzenione gdzieś w podświadomości. Istotą próby, było wyzbycie się tych obaw, pokonanie własnych słabości, wyjście z matni ludzkich bolączek. Tylko to może pozwolić człowiekowi na w miarę sensowną egzystencję. Urojenia, które imaginowały się przed każdym z nas, mogły oddziaływać na wszystkie elementy świata rzeczywistego, przeniesione w ich domenę. Pech chciał, że tymi elementami obcej dla nich natury, były nasze ciała. Ucieczka nie była najlepszym wyjściem, kluczem było stanięcie naprzeciw własnemu strachowi, a nie opętańczy bieg wprost w jego szpony. Niewielu wychodziło cało z tej próby, a był to tylko początek długiej, nieprzewidywalnej drogi bez kompromisów. Nie zatracenie samego siebie w labiryncie ulepionym z własnej podświadomości było sztuką, ale możliwą do przebycia. Wyjściem była spokojna, nieskrępowana medytacja, tworzyła ona rodzaj bariery, nieprzepuszczalnego muru broniącego rozważającego przed niebezpieczeństwami. Medytacja pozwalała ostatecznie dostrzec że istoty zrodzone z najgorszych fobii w rzeczywistości nie istnieją, zatem nie stanowią zagrożenia. Dopiero dojście do takiego wniosku, doprowadzało próbę do szczęśliwego końca, i człowiek budził się supełnie odmieniony. Sporym szokiem mógł być fakt, że od momentu wejścia w trans do wybudzenia mijało przeważnie od dwóch do czterech lat, a duszy wydawało się, że mija ledwie kilka chwil. Dzieci, którym nie udało się wejść w stan medytecji, ginęły brutalną, chociaż bezbolesną śmiercią. Najczęściej zostawało po nich trochę krwi, czasem jakaś kość, rzadziej cała kończyna. Samo wejście w rozważania, nie gwarantowało opuszczenia wrogiego wymiaru. W skrajnych przypadkach, czyli po upływie 6 lat od rozpoczęcia próby, patriarcha nakazywał usunięcie cielesnej powłoki, co było równoznaczne z unicestwieniem esencji biedaka. Wydaje się to okrutne, ale czy życie nie jest tylko pasmem coraz to gorszych udręk? Śmierć jest ostatecznym uwolnieniem, w to wierzymy, pozwala nam skupić się na dalszych badaniach, poszukiwaniu sensu tej drogi, jaką wszechrzecz przeznacza nam, ludziom i ostatecznym rozwiązaniu tej kwestii.

***

Ołtarz został wykuty przez pierwsze pokolenie tutejszych nekromantów. Znajdował się w najbardziej wysuniętym na południe punkcie katakumb, stał na specjalnym, wykonanym z nefrytu podwyższeniu. Został poświęcony Trag'Oulowi, pomnik miał 5 metrów wysokości, do budowy potrzebowano ton złota i drogich kamieni. Trag'Oul został przedstawiony jako wielki kościany smok, w jednej z łap dzierżył wielki dysk, symbol potęgi i władzy nad zmysłami oraz ludzkim umysłem, na głowie miał natomiast założonego Gwalchira, maskę która według starych podań, miała symbolizować władzę nad światem podziemnym. Kilkaset lat temu, za rządów jednego z najpotężniejszych patriarchów, którzy pełnili posługę ku czci i potędze Rathmy, w zawalonej części podziemi odnaleziono skrypt, głoszący, że w jednym z sarkofagów na Polach Farnoriańskich, pogrzebano wraz z jednym z arcykapłanów potężny dysk Trag'Oula. Do tej pory jednak nie udało się odnaleźć drogi prowadzącej na Farnor, mimo że wykopaliska trwają nieprzerwanie od 1000 lat! Ponadto, posąg pełnił również rolę bramy między wymiarami, to właśnie w tym miejscu odbywała się próba popiołów.

***

Przez kilka godzin przygotowywałem salę w celu odbycia rytuału. Zrobienie wszystkich koniecznych czynności, było bardzo pracochłonne i wyczerpujące, ale konieczne. Podczas rytuału, miałem dostąpić inicjacji do stopnia adepta. To pierwszy stopień w niższej hierarchii kapłańskiej. Ponadto, dwadzieścioro dzieci, miało zostać wprowadzonych w trans i przystąpić do próby popiołów.

Kończyłem rzucanie ochronnych uroków na ostatni, piąty postument runiczny. Były one rozmieszczone wokół posągu. zaklęcia tworzyły ochronną powłokę, która miała pełnić rolę śluzy między światem materialnym a duchowym. Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby zaburzono równowagę tak delikatnej struktury? Ja również nie potrafię, i lepiej żebym nie musiał. Żeby nikt nie musiał, jeśli już umierać, to w imię jakiejś szczególnej idei a nie z przypadku.

Już miałem zamiar opuścić salę, by w ciszy pomedytować, poszukać odpowiedzi na setki nurtujących mnie pytań, gdy usłyszałem kroki dochodzące ze schodów prowadzących na wyższe kondygnacje katakumb. Ktoś powoli schodził na dół, mimo że tylko ja miałem o tej porze przebywać w sali. Obecność osób trzecich mogła zaburzyć delikatną naturę zaklęć ochronnych. Tym kimś okazał się mój mistrz i nauczyciel prowadzący mnie, przez "Ścieżkę Rathmy", zwał się Koster. Był wysokim, doświadczonym przez życie człowiekiem. Zmarszczki na jego twarzy świadczyły o jego wiekowej wiedzy i mądrości. Był już trochę schorowany, ale jak na swój wiek, trzymał się całkiem nieźle. Jego całkiem białe włosy kontrastowały z szarością jego źrenic a lodowaty głos, przenikał każdego swoją dźwięczną jak stal barwą. Gdy zbliżył się do mnie ukłoniłem mu się w pas i rzekłem: - Bądź pozdrowiony, mistrzu!
- I ty również. - Odpowiedział z lekkim skinieniem głowy - Widzę że całkiem dobrze sobie poradziłeś z przygotowaniami - Skierował się w stronę ołtarza - bardzo dobrze. Silne i stabilne pole, tak jak Cię uczyłem. - Cud! Pochwalił mnie! Nigdy z jego ust nie usłyszałem ani krzty zadowolenia. Zawsze miał o coś pretensje.
- Dziękuję mistrzu! To tylko dzięki naukom, które byłeś łaskaw mi wykładać - Starałem się nie przesadzać z komplementowaniem mojego nauczyciela, znałem jego nastawienie do pochlebstw i temu podobnych.
- To wiedza, którą sobie przyswoiłeś przez ostatnie lata bardzo łatwo, pierwszy stopień wtajemniczenia. To twoja karma, ona wyznacza zakres twoich możliwości. Jeszcze długa droga przed tobą, nim osiągniesz ostateczną granicę sztuki. - Przerwał na chwilę, zapanowała niezręczna cisza której w żaden sposób nie potrafiłem przerwać.
- Chodź za mną, chcę Ci coś pokazać. - Stanęliśmy przed ołtarzem przy zachodniej ścianie poświęconemu Trang'Oulowi - Ten niewielki posążek, nie jest tak naprawdę bałwochwalczą ikoną smoczego Bóstwa. Widzisz? Wystarczy pociągnąć za lewe skrzydło i klapa na dnie rowu ofiarnego otwiera się. Zejdźmy na dół.
- Dobrze, mój mistrzu.

Zeszliśmy na dno ogromnego, rytualnego basenu. Jego głębokość wynosiła około 4 metrów. Każda ściana była ozdobiona płaskorzeźbami, przedstawiały one scenę przygotowywania jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego rytuału. Jedno było pewne, przebywanie tutaj nie było to miłe zarówno dla ofiarowanych jak i ofiarujących, chociaż niewątpliwie z odmiennych powodów. Na północnej ścianie unieśmiertelniono moment wytaczania krwi z ciał młodych kobiet. Ciała pozbawione krwi były palone na stosie, następnie popiół z pogorzeliska wykorzystywany był do produkcji eliksirów mutagennych. Wszystko to wydaje się okropne, ale robimy to tylko dla dobra tych nieszczęśliwych ludzi. Żyjemy w świecie pełnym fałszu, naszym celem jest wyzwolenie wszystkich z jarzma jakim jest ból którego źródłem jest niczym niezakłócona egzystencja na tym padole łez. Śmierć, jest uwolnieniem, moment w którym ludzka esencja umyka z tej lichej powłoki którą nas obarczono, zawsze jest ekscytującym, niezapomnianym doświadczeniem. I ja mam nadzieję że moja droga nie pójdzie na marne. Że uwolnię od cierpienia jeszcze wielu oczekujących.

Podeszliśmy do przejścia, ze środka unosiła się woń zgnilizny zastygłej dawno krwi i siarki. - Ale cuchnie! Dokąd prowadzą te schody? - Zapytałem.
- Fakt, tutejsze zapachy do najpiękniejszych nie należą. Taki już urok miejsc owianych aurą tajemniczości. Co do ich przeznaczenia - wszystko w swoim czasie. Ton i charakter jego wypowiedzi nie zdziwił mnie ani odrobinę. Mistrz miewał tendencję do bardzo ostrożnego dzielenia się tajemnicami, nawet ze swoimi najbliższymi powiernikami, a co dopiero z uczniem, nawet jeżeli nieskromnie stwierdzę - najbardziej obiecującym.

Korytarze zdawały się nie mieć końca, mijaliśmy szczątki w żaden sposób niepogrzebanych ludzi, wielkie jeziora, pełne żarzącej się magmy, jeden nieostrożny krok mógł zawieźć nieostrożnego śmiałka nad ostateczną granicę, tam gdzie na krańcu wszechrzeczy dusze spadają w niebyt - wieczną otchłań.
- Widziałeś te niewolnice z dalekiego wschodu? - Mistrz przerwał towarzyszącą nam ciszę. - Odkąd tylko je przywieźli, dwa księżyce temu, nie widziałem ani jednej. Stary ma pewno teraz egzotyczną uciechę! - Roześmiał się, wzbudziło to we mnie drobną dozę, może nie podejrzeń, ale ostrożności. Postanowiłem zapytać.
- Nie poznaję mistrza. Zwraca się pan do najwyższego kapłana per "stary" i sugeruje że uprawia nierząd? - Błysnęły iskry w jego obojętnych dotąd oczach, zatrzymał się w moją stronę po czym wziął się bod boki i zaczął śmiać się w niebogłosy.
- Chyba nie myślałeś że ten cap w ogóle wierzy w to co gada? Muszę się z tobą zgodzić, stary za bardzo sobie już nie poużywa. Biedak cierpi na uwiąd, to raczej jego słudzy się zabawiają, jemu wystarcza tylko patrzenie i napędzanie swojej chorej wyobraźni.
- Cóż to znaczy? - Nie rozumiałem o co chodzi mistrzowi, czułem się zdezorientowany, powoli odpływałem myślami zupełnie gdzie indziej.
- Co prawda to prawda. Na górze ściany mają uszy, Mnemeth do tej pory trzymał nas w szachu. Niby wszyscy wiedzieli co się dzieje, jednak każdy się boi, jego siły fizyczne nie są już wielkie, ale siła magiczna nadal jest niezrównana.
- Mówi mistrz zagadkami, nie nadążam...
- Ech... - westchnął - Krótko rzecz ujmując, podczas jutrzejszego rytuału, arcykapłan zostanie zgładzony. Jego miejsce zajmie Kalix, wszystko dla dobra kultu Rathmy.
- To czyste szaleństwo... - Przerwał mi, w jego głosie nadal brzmiał niewzruszony spokój. - Dlatego Cię tu zabrałem. Zrozumiesz, że to jedyne wyjście... Nie traćmy czasu, ruszajmy!

Byłem już tak roztrzęsiony, że nie wiedziałem co mam robić, liczyłem że na końcu drogi przez którą prowadził mnie Koster, coś rzuci trochę światła na tą sytuację. Labirynt korytarzy ciągnął się jeszcze przez wiele godzin nim dotarliśmy na miejsce.

/\ Rozdział 1.


Oceń materiał: Ocena: 5.67 (15 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.