diablo 3

Opowiadanie: Wszystko zostaje w rodzinie

Ostatnia modyfikacja: 20.08.2015. Utworzono: 18.08.2015

"Wszystko zostaje w rodzinie"
autor: Kamil Ciężewski (William Hudson )


Dotarł do celu. Przed nim znajdowała się brama cmentarna. Stara, metalowa, zardzewiała. Ewidentnie nieużywana już od długiego czasu. Obok niego z krzaków wyłonił się jego szary wilk, bezszelestnie, niesłyszalnie dla normalnego człowieka. Ale John nie był normalnym człowiekiem. Był Łowcą Demonów. Fach ten faktycznie był niebezpieczny, ale wcale opłacalny.
- Pewnie. Nawiedzony cmentarz musi być upiorny, ciemny i cuchnąć trupami. – stwierdził oczywistą oczywistość John cichcem, głaskając po głowie swojego wilka.
Nie ma co tracić czasu, pomyślał John i zabrał się za otwieranie bramy. Minęła chwila nim metalowe drzwi ustąpiły skrzypiąc przy tym okrutnie. Taki odgłos mógłby obudzić nawet umarłego, a biorąc pod uwagę miejsce, w którym John się znajdował taki obrót spraw mógłby być dla niego niefortunnym. Wielkie drzwi ustąpiły wreszcie. Cmentarz był faktycznie w stanie opłakanym. Z bajań miastowych dowiedział się, że nikt nie był na nim od kilku miesięcy. Dokładnie od momentu kiedy miejscowy grabarz wrócił pewnego razu niespełna rozumu śliniąc się i zarzekając, że widział upiora tragicznie zmarłego burmistrza van Bruylena, który został napadnięty podczas podróży z Nowego Tristram do Zachodniej Marchii, porwany i zabity w wyniku długich tortur będących obrazą świętości. Potocznie zwanych okultyzmami. Ciało burmistrza, a właściwie to, co z niego zostało, umieszczono w największej krypcie należącej do rodziny van Bruylenów, gdzie spoczywają przedstawiciele tejże rodziny na kilka pokoleń wstecz. Gdy grabarz był na cmentarzu zauważył przechadzającego się burmistrza i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie ten drobny fakt, że ów jegomość powinien leżeć w kawałkach w ciemnych korytarzach swego grobowca. Wedle zeznań obłąkanego świadka burmistrz nie wyglądał na poćwiartowanego i był zdecydowanie zbyt ruchliwy niż można by się spodziewać po przeciętnym umarlaku. Niestety ze względu na stan psychiczny świadka nie udało mu się od niego wydobyć więcej informacji. A John wiedział, że w tym fachu każdy szczegół może być ważny. Każdy szczegół może mieć znaczenie. Dlatego spróbował zasięgnąć języka w lokalnej karczmie. Tam dowiedział się, że na cmentarz nikt się od dawna nie zapuszczał. Dowiedział się także kilku rzeczy na temat domniemanego niezbyt-martwego burmistrza. Ronan Apper Rol’en van Bruylen, bo takie było pełne nazwisko burmistrza, był hazardzistą, opojem i dziwkarzem. Ale swój zawód wykonywał bez zarzutu i burmistrzem był nienagannym. Tym dziwniejsze dla miejscowych było to, że ktoś mógł mu źle życzyć, bo choć prywatnie był zerem i porażką zawodowo nie można było mu nic zarzucić. John uznał więc, że do tragedii doszło na tle prywatnym i być może burmistrz nie oddał komuś pieniędzy po przegranej partyjce pokera, być może znieważył kogoś po pijaku, być może wreszcie wyruchał żonę człowieka, którego żony lepiej było nie tykać. A być może jego zgon można dopisać do rachunku najpospolitszej, a za razem najniebezpieczniejszej oraz najpotężniejszej siły  – zwykłego przypadku.
- Idziemy przywitać się z burmistrzem. – powiedział John przechodząc przez bramę. Wilk ruszył w krok za nim.
Na cmentarzysku było ciemno, zimno, mglisto i upiornie. Cholera, chyba zbiera się na deszcz, pomyślał John poprawiając szalik na podbródku. Po zrobieniu kilku kroków poczuł mrowienie towarzyszące zjawiskom nadprzyrodzonym. Był już pewien, że grabarz nie zmyślał. Coś było na rzeczy. Wyciągnął małe zawiniątko zza pasa i rozłożył je. Była to mapa cmentarza, którą dostał od swojego zleceniodawcy. Był nim brat zabitego burmistrza, Ronald Bellion Krihir van Bruylen, pełniący za rządów brata rolę jego zastępcy. Obecnie zajmował pozycję samego burmistrza. John ruszył w stronę największej krypty powolnym krokiem, zachowując czujność. Gdyby ktoś go zobaczył pomyślałby, że wyszedł sobie na odprężający spacer po mrocznym cmentarzysku. Ale nikt zobaczyć go nie mógł, nawet gdyby podążał jego śladem. Mgła zrobiła się zbyt gęsta. A doświadczenie w tym zawodzie nauczyło go jednego – nie ma powodu do pośpiechu, podatki, śmierć i demony nigdzie nie uciekną. Wilk był tuż za nim. Potężne, mosiężne drzwi krypty wyglądały na systematycznie używane w przeciwieństwie do całej reszty otoczenia. Ustąpiły bez wysiłku. W korytarzach było zbyt ciemno dla normalnego człowieka. Ale nie dla Łowcy Demonów. Przezorny zawsze ubezpieczony, pomyślał John sięgając do swojej małej torby zarzuconej ukośnie przez tułów na ramię. Tuż przy wyjściu postawił Kolczastą Pułapkę i wypowiedział słowa zaklęcia robiąc jeden zamaszysty ruch ręką ponad pułapką. Na urządzeniu pojawiła się nagle Lepka Bomba mająca na celu zranienie i spowolnienie tego, co zdecyduje się spróbować zaskoczyć go od pleców.
- Przykro mi, kolego. Też wolę Cię w tej postaci, ale tam na dole przydasz mi się w innej. – powiedział John zwracając się do swojego pupila.
Odchylił nieco głowę do tyłu, zamknął oczy i wypowiedział magiczne zaklęcie. Nagle wilk nie był już wilkiem. Wilk był teraz nietoperzem. John otworzył oczy, skinieniem głowy nakazał wilkowi, który był nietoperzem ruszyć przodem. Latający ssak wleciał do środka trzepocząc skrzydełkami, a łowca zszedł powolnym krokiem po schodach. Krypta była ogromna i było w niej wiele korytarzy, ale instynkt łowcy podpowiadał Johnowi, w którą alejkę skręcić, za który róg się udać. Dodatkowo miał swojego zwiadowcę, który właśnie przyleciał trzepocząc skrzydełkami, usiadł mu na ramieniu i pochylił się do jego ucha zupełnie jakby coś do niego szeptał. John skinął głową, pogłaskał lekko nietoperza dwoma palcami po główce i ruszył w pierwszy korytarz po lewej.
Nietoperz unosił się w powietrzu obok niego poruszając się nie szybciej od niego. Nie odstępował go na krok. Gdy wreszcie John wyszedł z małego korytarza na większą alejkę napotkał pierwsze przeszkody. Tak jak podejrzewał – duch burmistrza nie był jedynym, co siedziało na tym cmentarzu. Kilkanaście metrów od niego znajdowała się grupka Ożywieńców, po szybkich rachunkach John stwierdził, że jest ich dwanaście. Wreszcie jakaś rozrywka, pomyślał sięgając po swój długi, dwuręczny łuk zwany Dalekostrzałem. Znalazł go kiedyś w krypcie wyglądającej zupełnie jak ta, w której się znajdował. W skrzyni. Nie było jednak prosto, mechanizm skrzyni był przeklęty i aktywował pieczęć, która otworzyła portal do piekielnego świata i przyzwała demony. Musiał stoczyć z nimi ciężką batalię, aby go zdobyć, ale nie żałował, że dał się tak zaskoczyć choć popełnił błąd godny nowicjusza. Ten wspaniały łuk wynagrodził mu to z nawiązką. Przy broni znajdował się stary manuskrypt, z którego wyczytał, że broń nazwana została Dalekostrzałem dawno temu. Przez wieki wielu bohaterów dzierżyło ten łuk, a opiewające go pieśni rozbrzmiewają od jednego krańca świata do drugiego, przypomniał sobie fragment manuskryptu John, kiedy naciągał cięciwę. Umarlaki zwróciły wreszcie na niego uwagę i zaczęły się posuwać powolnie w jego stronę. Wypowiedział szybko zaklęcie przed puszczeniem cięciwy i wypuścił strzałę w kierunku przeciwników. Strzała w locie zmieniła się w Strzałę Odłamkową i będąc przy Zombie rozszczepiła się na kilka Bomb Odłamkowych o potężnej sile rażenia. Zdecydowanie za dużej jak na klasę przeciwnika, z którym John się właśnie mierzył, ale jak powtarzał – trochę zabawy też mu się należy. Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z bombami przetrwało zaledwie trzech Zombie. Parli na niego w linii prostej więc John nie postanowił używać kolejnej strzały. Błyskawicznym ruchem sięgnął za pas i cisnął nożem przebijając Na Wylot wszystkich przeciwników.
- Przebicie! Ha-ha! – krzyknął podekscytowany.
Ze ściany obok wyłonił się długi nóż, który celował prosto w jego szyję. Nie dał się jednak zaskoczyć ciągle zachowując czujność i zrobił szybki Odskok w tył. Nałożył swój łuk na plecy i ruszył dalej korytarzem omijając skrzętnie leżące na ziemi truchło. Nagły atak na jego życie nie zrobił na nim absolutnie żadnego wrażenia, to nie było jego pierwsze rodeo. Będziesz musiał się bardziej postarać, pomyślał idąc dalej. Stare posągi, zgrzybiałe ściany, kości leżące pod ścianami – ta krypta nie wyróżniała się niczym szczególnym. Poczuł silniejsze mrowienie w całym swoim ciele. Na końcu korytarza znajdowała się krata będąca wejściem do pomieszczenia pełniącego funkcję sali grobowej dla byłego burmistrza. Stanął, zmrużył oczy patrząc w głąb korytarza. Mrowienie nasiliło się, sięgnął po swój łuk, wiedział, że coś się zaraz wydarzy. Nie pomylił się.
Trzy kupki porozrzucanych kości zaczęły nagle łączyć się w trzy kościotrupy. Kościotrupy uzbrojone w szable. To nie było jednak wszystko, szkieletory były połączone ze sobą Ognistym Łańcuchem. Było to pradawne zaklęcie. John do tej pory tylko o nim słyszał, ale jeszcze nie widział. Tym bardziej się zdziwił napotkawszy się na nie w miejscu takim jak to. Długo nie zastanawiając się wyciągnął strzałę, napiął cięciwę i strzelił prosto w łańcuch. Przerwał się, ale tylko na ułamek sekundy.
- To będzie zabawa. – powiedział John uśmiechając się kącikiem ust.
Wypowiedział szybko dwa zaklęcia. Przy pierwszym wskazał na podłogę obok siebie. W miejscu przez niego wskazanym pojawił się nagle mechaniczny Wartownik strzelający. Przy drugim zaklęciu wskazał na nietoperza. Wilk, który był nietoperzem, nie był już nietoperzem. Teraz był dzikiem, który zaszarżował na jednego ze szkieletów przybijając go do ściany. Łańcuch łączący go z dwoma pozostałymi zerwał się. John wymierzył w niego, wypowiedział zaklęcie, a wypuszczona strzała wyglądała jakby składała się z pędzącego Żywiołu. Kościotrup został trafiony przez ten istny Piorun Kulisty i rozpadł się na kawałeczki wracając do swojego stanu początkowego. Wartownik w tym czasie ostrzeliwał dwóch pozostałych. Dzik zaszarżował, a John sięgnął do torby i puścił małą piłeczkę po podłodze. Piłeczka zatrzymała się pod nogami jednego ze szkieletów i okazała się być Granatem Odłamkowym. Wybuchł, ale kościotrup nie padł. Co więcej, szkielet został podrzucony przez falę wybuchu wprost na Johna. Zamachnął się na niego w powietrzu swoją szablą. John znowu zrobił Odskok. Niestety tym razem nie należał on do najlepszych i tylko szczęście sprawiło, że jedyne, co przypalił o łańcuch to swoja peleryna.
- Lubiłem tą pelerynę. – powiedział John zirytowany.
Ze ściany znowu wyłonił się sztylet mierzący wprost w niego. Tym razem John zdołał zrobić unik, a ostrze chybiło. Drugi szkielet zaszedł go od pleców, ale na posterunku był szarżujący dzik.
- Odejdź stąd, śmiertelniku! Twoje strzały nie mogą mnie dosięgnąć! – odezwał się upiorny głos dochodzący ze ścian.
Nóż znowu błysnął mu przed oczami. W tym samym momencie zaatakował pierwszy ze szkieletów. John zrobił Odskok, ale minimalnie za późno i ostrze drasnęło go w twarz. Po policzku zaczęła cieknąć czerwona strużka.
- Tego już za wiele! – wrzasnął zdenerwowany.
John wyciągnął strzałę, napiął cięciwę i wypowiedział zaklęcie. Właściwie je wykrzyczał. Jego łuk zaczął nagle wypluwać Huragan Ognia. Szkielety były już na skraju wytrzymałości i minęła zaledwie krótka chwila, gdy ustąpiły i rozpadły się na kawałeczki. John wykonał ruch ręki w stronę dzika, który zamienił się z powrotem w szarego wilka. Następnie ruszył szybkim, zdecydowanym krokiem w stronę kraty. Był zły. Był wściekły. Krata ustąpiła pod jednym mocnym kopnięciem. Uderzenie było tak mocne, że krata wypadła z zawiasów. Na trumnie siedział duch burmistrza wymachując nogami. Był brzuchaty i wąsaty – wygląd pasujący do opisu jaki przedstawiono mu w karczmie.
- O nie, rozwaliłeś moje drzwi. Kto teraz wstawi nowe skoro grabarz jest przygłupi? – zaśmiał się duch wykonując przy tym teatralne gesty.
- Skończ pieprzyć. Mamy do pogadania. – powiedział nieco spokojniej John.
- A o czym Ty mógłbyś ze mną rozmawiać? – zaśmiał się przeciągle duch i ruszył w stronę ściany.
John nie miał ochoty na gierki. Sięgnął do torby, nałożył strzałę na łuk i wystrzelił w stronę uciekającego ducha. Strzała w powietrzu rozłożyła się w Bolas i przywiązała jego ramiona do tułowia. Wyraz twarzy zmienił się momentalnie. Nie dowierzał. John wystrzelił po raz kolejny, tym razem chwytając w mocnym uścisku liny nogi ducha. Ten upadł gromko na ziemię.
- Jak? Jak to możliwe?! – wykrzyczał z wysokości podłogi duch – Jesteś zwykłym śmiertelnikiem!
- Nie. – rzekł twardo John – Nie jestem.
- Kim więc jesteś?
- Łowcą Demonów. – wyciągnął strzałę i naciągnął cięciwę – Dostałem na Ciebie zlecenie, Ronanie Apper Rol’en van Bruylenie.
- To jakieś czary? Co za zlecenie?
- Czary? Nie, to tylko starożytne runy. Zlecenie z kolei jest na Ciebie. Dzięki Tobie moja sakiewka stanie się znacznie cięższa.
- Poczekaj! – wrzasnął duch.
John spojrzał na niego z zaciekawieniem. Nie wiedzieć czemu jeszcze nie wystrzelił.
- Ktokolwiek dał Ci to zlecenie ja jestem w stanie zapłacić więcej! Miałem skrytkę na czarną godzinę! – próbował wyłgać się duch.
- Dużo złota. Szmaragdy, rubiny, ametysty, klejnoty! Wszystko Twoje! Ja i tak nie mam z tego pożytku! – kontynuował.
John nadal przyglądał się na ducha z zaciekawieniem. Tym razem z nieco większym zaciekawieniem.
- Umowa stoi? – zapytał duch.
- Przypuśćmy, że zgodzę się. Przypuśćmy, że mnie nie oszukasz. Przypuśćmy po prostu. Powiesz mi gdzie jest skrytka… Gdzie jest haczyk? – spytał John.
- Nie ma haczyka. No może z jedną, maluteńką prośbą… - powiedział duch.
John nadal celował w jego stronę. Dał do zrozumienia, że poziom jego cierpliwości jest znacznie mniejszy od poziomu jego ciekawości.
- Przyprowadzisz mi tutaj mojego braciszka, Rolanda. Wtedy powiem Ci gdzie jest skrytka. I rzecz jasna nie pozbędziesz się mnie.
- Mam Ci przyprowadzić tutaj obecnego burmistrza?
- Roland został burmistrzem po mojej śmierci? Cóż… Wszystko zostaje w rodzinie.
- To zabawne. To właśnie Twój braciszek mnie wynajął.
- Mhm. – duch nie wyglądał na zdziwionego – Chcę z nim porozmawiać. Przyprowadzisz go. Umowa stoi?
John opuścił łuk, potem zarzucił go na plecy, a strzałę schował do kołczanu. Wyszedł szybkim krokiem z krypty, a wilk udał się za nim. W mieście zaszedł tylko w jedno miejsce. Miał teraz nową pelerynę z kapturem. Kaptur zarzucił na głowę. Było deszczowo. Przed domem obecnego burmistrza stał jeden ochroniarz. Wielki, łysy, barczysty. Z drewnianą pałką za pasem.
- Broń zostawiasz tutaj. – wskazał na skrzynię stojącą obok niego – To bydlę też zostaje.
ohn spojrzał na niego krzywo spod kaptura. Wilk wyszczerzył kły i zawarczał. Strażnik nieco się wystraszył na ten, bądź co bądź, nieprzyjemny widok.
- Właź. Tylko żadnych kłopotów.
W środku śmierdziało dymem, alkoholem i potem. Przestąpił przez próg pokoju gościnnego. Obecny burmistrz, łudząco podobny do starego – również miał brzuch jak antałek z piwem i wielkie, krzaczaste wąsy – grał właśnie z dwoma oblechami w karty, na stole obok niego stał kufel z piwem, a na jego kolanach siedziała naga dziewczyna do towarzystwa. W momencie, gdy zauważył Johna w jednej ręce trzymał ów kufel, a w drugiej cycka nagiej niewiasty. Zaiste, wszystko zostaje w rodzinie, dodał sobie w myślach John. - Jest i mój Łowca! Dajcie nam chwilę Panowie! – dwóch gości wstało od stołu i ominęło Johna patrząc na niego spode łba, jeszcze bardziej pogardliwie zerkając na jego zwierzaka – Ty też kochana! – dodał, a gdy dziewczyna odchodziła klepnął ją w pośladek. Ta zachichotała jakby jej to pochlebiało.
Wyuczony odruch, automatyczny, choć wyglądał bardzo realistycznie, pomyślał John.
- Jak tam nasza sprawa? Załatwiona, Panie Łowco? – odezwał się obecny burmistrz.
- Prawie. Musisz udać się ze mną do krypty.
- Zwariowałeś? Pada deszcz. – burmistrz sięgnął po kufel, pełny w połowie – Poza tym nie skończyłem jeszcze swojego piwa.
John błyskawicznie wypuścił strzałę, która roztrzaskała kufel na kawałki, a piwo rozlało się na podłogę i spodnie burmistrza. Ktoś postronny mógł pomyśleć, że burmistrz nie wytrzymał ciśnienia. Chociaż kto wie czy rzeczywiście tak nie było. Jakim cudem nic mu się nie stało, żaden szklany odłamek go nie skaleczył, burmistrz nie wiedział. To w jaki sposób łowca sięgnął po łuk i strzałę tak szybko również pozostawało dla niego tajemnicą.
- Pójdziesz ze mną po dobroci. Albo Cię zmuszę. Wybieraj. – powiedział groźnie łowca.
Burmistrz zerknął na ostry grot wycelowanej w niego strzały. I na kły wilka. Wziął tylko płaszcz i bez słowa ruszył przodem. Strażnikowi powiedział tylko, że wychodzi i nie potrzebuje ochrony. W drodze na cmentarz próbował zagadać, zapytać o co właściwie chodzi. Odpowiedzi się nie doczekał. Łowca nie zaszczycił go nawet spojrzeniem spod swojego kaptura. Choćby przelotnym. W niedługim czasie byli na cmentarzysku. Przeszli przez korytarze tą samą drogą, którą wcześniej szedł John. Żadnych kłopotów po drodze nie napotkali. Burmistrz przestąpił próg, przeszedł obok wyważonej przez Johna kraty. Na trumnie siedział już były burmistrz.
- Witaj, bracie. – rzekł spokojnie – Porozmawiajmy szczerze, proszę. Jak burmistrz z burmistrzem.
- O co tutaj chodzi? – zwrócił się panicznie do łowcy obecny burmistrz – Co to ma znaczyć? Miałeś się go pozbyć!
- Milcz. – warknął John, a potem dodał, zwracając się do ducha – Przyprowadziłem go. Masz go tutaj, rozmawiaj, byle nie za długo, a potem gadaj gdzie ta skrytka.
- A więc to tak! Ty cholerny zdrajco! Nie dostaniesz nawet złamanego grosza ode mnie! – wygrażał się burmistrz.
- Milcz, powiedziałem. – głos łowcy miał w sobie coś, co sprawiało, że włos jeżył się na karku. Więcej protestów nie usłyszał.
- Ładnie to tak, bracie? Nasyłać płatnego zbira na własną rodzinę? – rozpoczął duch.
- I to nie pierwszy raz. – podjął dalej duch – Nie wiesz o tym, prawda? – zwrócił się do Johna – To on wynajął tych zbirów, którzy mnie zabili za pierwszym razem. Miało to wyglądać na przypadek. Żeby chociaż śmierć była szybka. Przez poderżnięcie gardła, chociażby. A ja przeżyłem godziny tortur, bracie!
Burmistrz opadł na kolana. Strużka łez poleciała po policzkach. Złapał się za głowę.
- Przepraszam… - powiedział cicho.
- Słucham, bracie? Mówiłeś coś? Straszny tu przeciąg w tej zimnej, śmierdzącej krypcie. – ironizował duch.
- Przepraszam. – powiedział nieco głośniej burmistrz.
- Słyszałeś coś, łowco? – rzekł teatralnie duch – Bo ja tylko wiatr. Strasznie wieje dzisiaj.
- Przepraszam! – krzyknął wreszcie burmistrz wybuchając żywym płaczem.
- Dość tego! Po to go tutaj sprowadziłeś? – zapytał John ducha.
Ten jednak sprawił wrażenie jakby w ogóle go nie słyszał.
- Teraz już za późno, bracie. – rzekł duch, a następnie zwrócił się do Johna. Jednak słyszał – Jeszcze nie dość. Jeszcze nie. Zapewne nie wiesz o co poszło, łowco.
- Powód był zwyczajny, prozaiczny i klasyczny. – podjął duch nie dostając odpowiedzi – Poszło o kobietę.
Duch westchnął na jej wspomnienie. Następnie kontynuował swój monolog.
- Poszło o kobietę. Ale za to jaką kobietę. Miała na imię Melinda. Włosy miała kasztanowate, ucho do muzyki, a jakie dobre serce… Oczywiście nie aż tak dobre jak jej tyłeczek. Ah… Te dwa pośladeczki. A jej cycuszki…
- Do rzeczy… – przerwał John wyraźnie już poirytowany całą sytuacją.
- Tak, tak. To nieważne detale. Masz rację.
- Ja i mój obecny tutaj brat, Roland, byliśmy, przedstaw sobie, w bardzo dobrych stosunkach. – podjął po chwili zastanowienia duch – Aż do momentu pojawienia się Melindy. Obaj zakochaliśmy się w niej na zabój. Melinda była córką kowala, Haedriga. I zawróciła w głowie nam obu. Była po prostu perfekcyjna, cudna kobieta. Sam byś się w niej zakochał, gdybyś ją poznał, łowco. Obaj staraliśmy się o jej względy. Oczywiście była tylko córką kowala, więc materiałem na żonę była żadnym. Wiesz, pochodzenie i takie tam głupoty. Mogliśmy ją mieć co noc, siłą. Ale żaden z nas nie chciał w taki sposób. Co innego płacić za przyjemność, a co innego brać ją sobie przemocą. Obdarowywaliśmy ją prezentami, ale anonimowo. Gdy ja dawałem jej kwiatek, mój brat wysyłał jej bukiet. Gdy od mojego brata dostała piękną bieliznę, ja sprawiałem jej całą garderobę. Wreszcie odważyłem się na wysłanie jej liściku pytającego o spotkanie. Powiedziałem, przyznaję, samolubnie, że oba pseudonimy należały do mnie. Oczywiście Melinda była wyjątkowa. Była inteligentna, same prezenty jej nie przekonały. To, że byłem burmistrzem również. Chciała mnie poznać. I poznała. Zmieniłem się dla niej. Była ze mną. Po kryjomu, ale była. I było cudownie między mną, a nią. Ale między mną i moim bratem było tragicznie. Aż wreszcie ta nienawiść, którą do mnie pałał zmieniła się w napad na gościńcu. A Melinda… Melinda rozbita po mojej śmierci nie znalazła pocieszenia w ramionach mojego brata. Wbrew jego złudnym nadziejom. Wyjechała i tyle jej było. Nie patrz tak na mnie, bracie. Będąc w zaświatach wie się to i owo. Zastanawiałeś się pewnie, kochany łowco, dlaczego drzwi od krypty wyglądają na używane? I dlaczego udawałem, że nie wiem kto zapłacił za moją głowę? Po raz drugi, zresztą zapłacił. Musiałem grać przed Tobą, że nie wiem. Inaczej byś go nie przyprowadził. A drzwi… Drzwiami ruszałem z nudów.
Pogadałeś sobie już? Mów gdzie ta skrytka i zabieram stąd tego niedołęgę. – powiedział John.
- Czyż to nie zabawne, bracie? – powiedział duch znowu sprawiając wrażenie jakby nie słyszał przed chwilą wypowiedzianych do niego słów, a sztylet zmaterializował się w jego dłoni – Najpierw Ty zabiłeś mnie, a teraz ja chcę zabić Ciebie.
John momentalnie sięgnął po strzałę i już celował w ducha unoszącego ostrze w prawej dłoni. Burmistrz łkał cicho w niezmienionej pozycji – na kolanach. Wilk prezentował swoje uzębienie i warczał donośnie.
- O tym nie było mowy. – warknął łowca.
- Tak, bracie. Wszystko zostaje w rodzinie. – swoim zwyczajem, nie zwracając uwagi na Johna, powiedział duch i cisnął nożem w żywszego z braci.
John wystrzelił strzałę, która odbiła lecące ostrze. Nóż wbił się z impetem w ścianę. Wilk doskoczył do ducha, ale ten jakby machnięciem ręki przerzucił go ponad kilka metrów w bok celując nim w ścianę. Zwierzę zaskomlało i nie podnosiło się z ziemi. Druga strzała poleciała w stronę ducha, potem trzecia. I czwarta. A nawet piąta. Duch uniknął każdej z nich. John wskazał palcem na łkającego burmistrza. Obok niego pojawiła się mechaniczna Wieża Strażnicza, która osłoniła go polem ochronnym przed kolejnymi atakami. Identycznego Wartownika John postawił przy nieporuszającym się wilku, również osłaniając go polem ochronnym. Łowca był przywiązany do swego zwierzęcia. Czy wilka, trudno było stwierdzić biorąc pod uwagę, że przyjmował różne postacie w zależności od potrzeby jego mistrza. Gdy zerknął tak na jego bezwładne ciało poczuł gniew. Większy niż po utracie peleryny. Większy również niż w momencie, kiedy duch postanowił sobie z nim pogrywać. Większy wreszcie również niż w momencie, kiedy dowiedział się, że duch sprowadził tutaj swojego brata tylko po to, aby go zabić. Wyrzekł słowa runiczne.
Strzała wystrzelona nie w samego ducha, a wycelowana nad jego głowę zmieniła się w istny Deszcz strzał. Ten opadając poranił go nieznacznie, bo większości strzał duch zdołał jakimś cudem uniknąć. Instynkt łowcy się odezwał. John poczuł coś. Coś złego. Spojrzał na swojego zwierzaka. I już wiedział. Wściekłość nim zawładnęła. Zemsta!, pomyślał.
I przez chwilę łowca zmienił się w prawdziwe ucieleśnienie zemsty. Jego oblicze przybrało mroczny, ciemny kolor. Stał się jakby wyższy i zaczął wypuszczać pocisk za pociskiem z nieprawdopodobną wręcz szybkością. Duch ledwie unikał pocisków. W całym tym amoku i ogniu walki, ani łowca, ani duch nie zauważyli, że sam burmistrz podniósł się powolnie. I ruszył coraz szybszym krokiem w stronę noża wbitego w ścianę. Duch zauważył to.
- Nie! To ja powinienem Cię zgładzić, tchórzu! – krzyknął ruszając w jego stronę.
John również to zobaczył. Jego postać znowu zrobiła się normalna. Również ruszył w stronę burmistrza. Obaj byli jednak zbyt wolni. Burmistrz targnął się na swoje życie wbijając sztylet prosto w serce. Opadł bezwładnie na sklepienie podłogi nadal kurczowo trzymając oburącz rękojeść. Skurcze targały jego ciałem. Duch zawył przeraźliwie, a potem jak wystrzelony z procy wyleciał z krypty nie patrząc na Johna i rozpłynął się. Po prostu zniknął. John rzecz jasna nie mógł tego widzieć z wnętrza zimnego grobowca. Ale jego instynkt był niezawodny.
Losem burmistrza nie przejął się. Na lepszy nie zasługiwał, szkoda tylko, że stchórzył i wybrał prostszą metodę, uciekł od konsekwencji swych czynów, pomyślał John. Podszedł do swojego pupila, wziął go na ręce i wyszedł po schodach na górę. Pokonując te same korytarze, co wcześniej. Na zewnątrz znalazł stary szpadel. Zaczął kopać dół. Nie większy od jego wilka. Poczuł coś twardego, coś drewnianego. Skrzynia. W środku złoto, klejnoty, ametysty, rubiny, szmaragdy. I pudełko. Wyglądające jak Kostka. John nie wiedział, co to jest, ale spakował wszystko do torby. Uznał, że jest to dobry moment na kufel zimnego piwa. Udał się do karczmy i wyżłopał łapczywie pierwsze kilka łyków, potem zaczął rozkoszować się smakiem. Nagle dosiadł się do niego starzec, z resztką siwych włosów, w szarych szatach, chodzący o lasce.
- Wiem, co znalazłeś. Wiem, co przeszedłeś.
John nie mając ochoty na pogawędkę chwycił kufel, torbę i wstał, chcąc odejść. Starzec z niespotykanym jak dla starców refleksem chwycił go za rękę.
- Zostań na chwilę i posłuchaj…
John został więc na chwilę i posłuchał. A potem jego życie zmieniło się…



Oceń materiał: Ocena: 4.45 (11 głosów).


Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.