diablo 3

Opowiadanie Zapomniana Przysięga 1

Ostatnia modyfikacja: 09.09.2007. Utworzono: 24.08.2007

Las. Miejsce spokoju, wyciszenia i uczucia jedności z naturą. Miejsce równowagi, gdzie wszystkie istoty mają równe prawa. Równowagi, której wbrew pozorom nie naruszały drapieżniki, mające przewagę nad słabszymi roślinożercami. Nie naruszały jej wilki, niedźwiedzie czy kuguary. Nie naruszały jej wilkołaki.
Nie ten przynajmniej. Poruszająca się z właściwą sobie gracją i szybkością bestia bezszelestnie przemieszczała się po leśnym runie. Wysoki na dwa metry, srebrno-szary wilkołak kluczył pomiędzy krzewami czy skupiskami drzew, a nawet przeskakiwał po ich koronach. Wylądował za samotną sarną, po czym przykucnął i przyglądał się stworzeniu. Sarna przerwała posiłek, nasłuchując i węsząc. Odwróciła się gwałtownie, jednak nie było za nią nic, co mogłoby ją zaniepokoić. Podeszła bez wahania do srebrzystej bestii i ufnie wyciągnęła szyję. Zaopatrzona w długie jak sztylety i zapewne nie mniej ostre pazury łapa delikatnie pogładziła głowę zwierzęcia, zaś wilcze wargi wykrzywiły się w uśmiechu. Musnąwszy ostatni raz szyję sarny, wilkołak ruszył przed siebie. Z oddali usłyszał kroki. Ciężkie stąpnięcia dwóch par stóp i delikatniejsze kroki kolejnej osoby. Skrzywił się, widząc, iż sarna czmychnęła w popłochu. Cóż, było to zło konieczne.
Barbarzyńscy bracia, Mensther i Glandref oraz czarodziejka Senthis byli jedynymi osobami, które udało mu się tu ściągnąć. Nie mógł być wybredny, nie, jeśli chodziło o dobro tego wspaniałego lasu, jak i całkiem nieźle prosperującego miasteczka. Już dwa tygodnie temu dostał wiadomość od zaprzyjaźnionego łowcy, iż w lesie nie jest już tak jak kiedyś. Doświadczony człowiek po zachowaniu zwierząt zauważył, że coś nowego i najprawdopodobniej złego pojawiło się w okolicy systemu jaskiń w centrum lasu. Gdy Deralf przybył do miasta tydzień po otrzymaniu niepokojącego komunikatu, ku swemu zaniepokojeniu usłyszał od mieszkańców, że jego przyjaciela nikt nie widział od co najmniej dwóch tygodni. W miejscowej tawernie natknął się na dwóch wojowników z północy, o waleczności których świadczyły zarówno liczne blizny, jak i imponujące sylwetki. Bracia bez wahania zgodzili się pomóc Deralfowi, najwyraźniej od co najmniej kilku dni nie mając okazji do porządnej walki. Ich nastawienie niezbyt odpowiadało druidowi, jednak wiedział, że jeśli doświadczonemu łowcy, posługującemu się z mistrzowską precyzja łukiem coś się stało, będzie potrzebował każdej pomocy. Zeszłego ranka wyruszyli, natknęli się w lesie na samotną kobietę. Mimo niezbyt stosownych komentarzy braci, kobieta, która okazała się czarodziejką, przyłączyła się do nich. Deralf zauważył, że najwyraźniej jest jej to na rękę, jednak uszanował prywatność kobiety i bez zbędnych pytań ruszyli we czwórkę w głąb kniei.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, zaś narzekania Mensthera i Glandrefa stawały się coraz bardziej nie do zniesienia. Druid martwił się, że porywczy bracia po prostu zrezygnują z wyprawy, jeśli wkrótce nie natkną się na źródło domniemanych kłopotów. Od początku wyprawy w postaci wilkołaka sprawdzał teren przed i po bokach drużyny, zostawiając małomówną czarodziejkę, najwyraźniej niezbyt zadowoloną, z aż nazbyt gadatliwymi i skłonnymi do niezbyt wybrednych żartów na jej temat braćmi.
Deralf sam zaczął się niecierpliwić - wkrótce będą musieli rozbić obóz, gdyż za godzinę lub dwie słabe słoneczne światło nie będzie w stanie przebić koron drzew.
-Coś jest przed nami - usłyszał cichy głos kobiety.
-Wyczuwasz coś? - spytał druid głosem równie wyciszonym, by przedwcześnie nie rozpalić entuzjazmu ich towarzyszy.
-Silna magia, nie jestem w stanie odkreślić jak daleko - odpowiedziała Senthis.
Deralf skinął głową i wyruszył przed drużynę, nie chcąc dać przewagi zaskoczenia ewentualnym przeciwnikom. Węsząc i nasłuchując druid wkroczył na małą polankę. Nie czując żadnego obcego zapachu wyszedł zza krzewu... zauważając poruszenie po drugiej stronie polanki. Zanim zdążył się ukryć, na otwartą przestrzeń wpadła grupa kilkunastu niskich, paskudnych, czerwonych istot. Stwory nie mierzyły więcej niż metr wzrostu, miały krzywe, choć z zaznaczającymi się liniami mięśni ramiona i nogi. Dzierżyły zakrzywione krótkie miecze i prymitywne maczugi. Upadli. Co oni robili w lesie? Jednak tym, co naprawdę zaniepokoiło druida był fakt, że ich nie zauważył. Wyczulone wilcze zmysły powinny były wyczuć istoty na długo zanim wszedł na polankę. Nagle poczuł nie dające się pomylić z niczym innym uczucie mrowienia i lekkiego szczypania. Ku swemu przerażeniu odkrył, że przed bandą upadłych nie stoi imponujący wilkołak, lecz zwykły człowiek. Jakimś sposobem te istoty rozproszyły jego magię. Nie, nie one, zdał sobie sprawę Deralf. Wiedział, co to oznaczało. Stwory miały towarzystwo.
-Potrzebuję was! - krzyknął druid w nadziei, że towarzysze dobiegną na czas.
W momencie, gdy stwory zakrzyknęły i ruszyły w stronę druida, z jeszcze większym wrzaskiem z lasu wypadli Mensther i Glandref. Odtrącili na bok druida i dziką radością rzucili się na stwory. Mensther zerwał z pleców swój potężny topór bojowy, podczas gdy jego brat zamachnął się na najbliższego upadłego swym kafarem. Potężna broń zmiażdżyła stworzeniu czaszkę. Z zadziwiającą szybkością jak na tak masywną broń barbarzyńca zatrzymał pęd kafaru i uderzył potężnie na odlew w stronę kolejnego stwora, brutalnie przedzierając się przez niezdarną zastawę istoty i odrzucając ją kilka metrów w tył.
-O nie, ty śmierdzący bydlaku! - krzyknął w proteście Mensther. Wziął potężny zamach znad prawego ramienia, bez trudu odcinając pechowemu upadłemu głowę. Następnie kontynuując ten sam zamach i nie tracąc pędu, po półobrocie topór przedarł się przez klatkę piersiową kolejnego stwora, również go rozcinając. Potężny barbarzyńca zakończył ten tak naprawdę pojedynczy atak ciosem zza głowy, rozcinając trzeciego przeciwnika na pół. Topór ugrzązł chwilowo w ziemi, co najbliższy stwór postanowił wykorzystać. Uderzył Mensthera w bark swą maczugą z całą siłą, na jaką było go stać. Barbarzyńca jedynie się roześmiał i kopnął stworzenie w tors, odrzucając pozbawionego powietrza w płucach stwora w tył.
Jeśli Deralf miał jakiekolwiek wątpliwości co do braci, teraz minęły one całkowicie. Nagle zza drzew wystrzeliła błyskawica, kładąc trupem trzech kolejnych upadłych. Senthis włączyła się do walki. Jednak mimo, iż ponad połowa z grupy stworów nie żyła, pozostałe wcale nie wydawały się zniechęcone. Dziwne, zważywszy na tchórzliwą naturę tych stworzeń. Wzruszywszy ramionami druid wyciągnął zza pasa dwa krótkie miecze i ruszył w stronę walczących. Jeden z upadłych zamachnął się swoim mieczem na Glandrefa, jednak doświadczony i zawsze skłonny do improwizacji barbarzyńca chwycił jednego z upadłych za szyję, miażdżąc mu przy okazji krtań i użył go jako tarczy przeciw nadlatującemu ostrzu. „Tarcza” zdołała zaciąć barbarzyńcę w przedramię, jednak za ciosem nie szła siła i wojownik otrzymał jedynie lekkie draśnięcie. W tym czasie Deralf zajął walką kolejne dwa stwory, parując ich ataki i odpowiadając kontrami, najpierw tnąc jednego przeciwnika przez twarz, a następnie odtrącając na bok ostrze jego sojusznika i zagłębiając własne w jego piersi. Odwrócił się akurat w momencie, gdy kolejny stwór z wklęsłą klatką piersiową wylatuje w powietrze po potężnym uderzeniu kafara, zaś ostatni, ten, który rzucił swym mieczem, pada porażony kolejną błyskawicą.
-To już wszyscy?! - ryknął Mensther, najwyraźniej niezadowolony z przewagi jednego wroga więcej, którą zdobył jego brat.
-Nie do końca - odparła Senthis, nadal czując emanację silnej magii. Teraz jednak Mogła określić, gdzie znajduje się jej źródło. Stało na skraju polanki, odziane w czarny, pokryty mistycznymi runami płaszcz. Do ich uszu dobiegł śmiech, szepcący i suchy jak wyssana kość. Śmiech, który w pewien sposób wydał się czarodziejce znajomy, jednak nie mogła go skojarzyć z niczym konkretnym.
Nad zwłokami zabitych przez nich upadłych pojawiła się zielona poświata, zaś same ciała drgnęły. Senthis zdała sobie sprawę z natury ich przeciwnika. Miała nadzieję, iż barbarzyńcy rzeczywiście mają jeszcze siły na dalszą walkę. Nie miała doświadczenia w walce z nekromantami. Jeśli zaś ten osobnik był tym, kim podejrzewała, mieli kłopoty.
Zgniłozielone światła zaczęły wsiąkać w ciała świeżo zabitych demonów w miarę jak zakapturzona postać kierowała na nie rękę. Te, przy których stali barbarzyńscy bracia wzdęły się i z odgłosem przypominającym jęk cierpienia eksplodowały, odrzucając wojowników parę metrów do tyłu. Opadli ciężko na ziemię, pokryci posoką, z której tylko część należała do zwłok. Deralf wciągnął powietrze gdy dwa ciała jego niedawnych ofiar również się uwypuklają. Odskoczył na bok, jednak wybuch dosięgnął go, odrzucając silniej niż barbarzyńców z racji jego mniejszej wagi. Przetoczył się kilkakrotnie po ziemi by złagodzić impet upadku i podziękował w duchu bogom iż nie został trafiony przez któryś z podobnych odłamków kości jak ten, który wciąż drżał, wbity w pobliskie drzewo. Otrząsnąwszy się z chwilowego szoku druid i barbarzyńcy odsunęli się od pozostałych ciał. Te jednak, które pozostały, zdawały się zapadać w sobie, jakby ich tkanka kostna rozpuszczała się. Senthis zaczynała rozumieć co się teraz wydarzy. Sama kilkakrotnie otwierała pozawymiarowe bramy, zaś energia gromadząca się nad ciałami nie mogła być niczym innym. Korzystając z wolnej przestrzeni pomiędzy nią a odzianą w płaszcz postacią, wypuściła weń błyskawicę. Pocisk bezbłędnie trafił w cel, jednak jeśli zakapturzony osobnik w ogóle go poczuł, nie dał tego po sobie poznać. Wykonał gwałtowny gest ręką. W odpowiedzi na wezwanie obraz nad ciałami nabrał na chwilę surrealistycznego wyrazu, zaś gdy się ustabilizował, stało w tym miejscu pięć szkieletów. Towarzysze od razu zauważyli, że nie są to szkielety upadłych. Koszmarni wojownicy mieli blisko dwa metry wzrostu, tym samym dorównując niemal barbarzyńcom. Każdy z nich trzymał w jednej ręce solidne, zakrzywione ostrze szabli, w drugiej zaś tarczę. Szkielety miały na sobie również napierśniki i nagolenice, wykonane z takiego samego materiału jak ich broń. Dopiero po chwili zdali sobie sprawę z jego natury - kość. Senthis rozumiała, iż te szkielety zostały sprowadzone prosto za planu umarłych i być może walka z nimi będzie trudniejsza niż mogło się wydawać. No i pozostawał nekromanta, który stał teraz z założonymi rękami, zaś czarodziejka była pewna, że ukrytą pod kapturem twarz wykrzywia uśmiech. Barbarzyńcy przybrali jednak równie zadowolony wyraz twarzy i z okrzykiem bojowym rzucili się na szkielety. Mensther jako pierwszy dobiegł do pierwszego z nich i ciął potężnie swym toporem zza głowy, mierząc prosto w czaszkę. Ogromne ostrze z wielką siłą uderzyło w szkielet. Dał się słyszeć trzask kości... i na tym się skończyło. Barbarzyńca zastygł w swej pozycji, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. W tym czasie szkielet, poruszając się z niezwykłą szybkością wykonał pełen obrót po czym wyprowadził cięcie w odsłonięty bok barbarzyńcy. Mensther wrzasnął z bólu, gdy zadziwiająco ostre ostrze wbiło się od dołu, z nieludzką siłą przebijając się przez osłaniające płuco żebra, po czym zagłębiając się w samym organie. Krzyk potężnego wojownika przeszedł w wilgotny bulgot, kiedy jego usta zachlapała krew. Z wyrazem absolutnego przerażenia barbarzyńca osunął się w objęcia śmierci. Podczas gdy Senthis i Deralf wpatrywali się z niedowierzaniem w tą scenę, Glandref wydał z siebie wrzask tak potężny, iż mógłby zawstydzić niedźwiedzia, po czym doskoczył do zabójcy swego brata i trafił szkielet na odlew swym kafarem. Koścista sylwetka oderwała się od ziemi i poszybowała kilka metrów w powietrzu, kończąc swój lot na drzewie. Uderzenie było niezwykle silne, żaden żyjący przeciwnik nie miałby prawa jeszcze żyć. Jednak szkielet uparcie podniósł się na nogi, choć widać było wyraźnie, iż jego konstrukcja została solidnie uszkodzona. Cały czas wrzeszcząc, z łzami spływającymi po policzkach, Glandref dobiegł od niego, ignorując podążające za nim trzy szkielety, i za pomocą podobnego uderzenia posłał szkielet ponownie na drzewo, miażdżąc mu klatkę piersiową i powodując, iż kręgosłup kościstego przeciwnika trzasnął i pękł, zaś sam szkielet, przepołowiony i ze strzaskanymi żebrami, upadł na ziemię i nie próbował się już podnieść. Jednak gniew barbarzyńcy po stracie ukochanego brata bynajmniej jeszcze się nie wypalił. Ze śmiercią wymalowaną w brązowych oczach, rzucił się ku nekromancie. Mimo iż od celu dzieliło go zaledwie kilka metrów, wydawało mu się iż dotarcie do nekromanty zajmuje mu dużo więcej czasu niż powinno. W swym szale ledwo zdał sobie sprawę, iż jego kończyny nie poruszają się w takim tempie jak powinny. Jego ruchy były ospałe i niezdarne, jednak szkielety nie zwolniły i po chwili były przy nim. Nagle zatrzymały się, najwyraźniej na rozkaz nekromanty. Sam mag zaczął wywijać rękoma zawiły wzór, który przyglądająca się wszystkiemu z tyłu Senthis mogła zidentyfikować na tyle, by zrozumieć, iż jest kolejnym wezwaniem, jednak o wiele bardziej zaawansowanym. Nie mogła nic zrobić, jej zaklęcia błyskawic nie wywarłyby na szkieletach najmniejszego wrażenia. Sama nie śmiała nawet marzyć o włączeniu się do walki. Jej laska, chociaż obłożona zaklęciami ofensywnymi, nie mogła wyrządzić większej szkody zadziwiająco potężnym szkieletom. Widziała, jak Deralf zaciekle usiłuje utrzymać z dala do siebie ostrze szkieletu, który nań nacierał. Druid dawał sobie rade, wykonując pełne i pół obroty po każdym parowaniu, by zmniejszyć siłę uderzeń swego przeciwnika. Jednak od odbijania nieludzko silnych uderzeń bolały go ręce i zdawał sobie sprawę, iż jest tylko kwestią czasu, zanim szkielet, zadziwiająco sprawnie posługujący się swym kościanym mieczem, znajdzie lukę w jego obronie. Czarodziejka ze wstydem przyznała w duchu, iż bez wahania będzie musiała ratować własną skórę. Trudno, pomyślała, usiłując usprawiedliwić się przed samą sobą, iż ledwo znała tych ludzi. Rozpoczęła inkantację czaru teleportacji, gdy nagle zająknęła się, wyraźnie wstrząśnięta sceną przed nią. Z wzoru uformowanego przez nekromantę ukształtowało się przerażające widmo, istota, od której biła aura tak potężnego zła, nienawiści i rozpaczy, iż ona sama wyraźnie ją poczuła. Koszmarna zjawa wniknęła w ciało Glandrefa, który wydał z siebie krzyk niosący ze sobą tyle cierpienia, że łzy same wcisnęły się czarodziejce na powieki. Barbarzyńca zatrząsł się, po czym padł do tyłu, targany przedśmiertnymi drgawkami. Pod wpływem koszmarnej sceny czarodziejka odwróciła się do biegu, kiedy nagle przed nią wyrosła ściana z prawdziwej kości, blokując drogę ucieczki. Odwróciła się i ujrzała, że nekromanta podchodzi bliżej, za nim zaś kroczyła jego koszmarna świta, do której, ku uldze Deralfa, dołączył czwarty szkielet. Senthis ponownie spróbowała zaklęcia teleportacji, jednak poczuła silną energię antymagii, tą samą zapewne, która sprowadziła druida do jego ludzkiej postaci. Zakapturzony osobnik stanął przed nią, ignorując druida. Tkwił w idealnym bezruchu, jego klatka piersiowa również się nie poruszała. Po chwili dał się słyszeć ten nieziemski, suchy głos.
-Minęło trochę czasu, czyż nie, stara przyjaciółko?
Zaskoczony druid spotkał na nią z niemałym zaskoczeniem. Kobieta wyglądała, jakby miała za chwilę zemdleć.
-Ty... - wysapała - Jakim cudem?
Ponownie rozległ się przyprawiający o dreszcze śmiech.
-Dowiesz się w swoim czasie... Teraz jednak nadszedł czas, by wyrównać nasze rachunki.
Z rękawa postaci wysunął się kościany sztylet, promieniujący niezwykle silną magią. Nekromanta chwycił go oburącz i zaczął mruczeć zaklęcie w języku tak dziwnym i nieludzkim, iż zdawał się kaleczyć uszy. Ku swemu przerażeniu czarodziejka zauważyła, że mag nadal był w stanie rozpraszać jej magię. Jak potężny stał się ten nekromanta, niegdyś jedynie adept w tej samej wieży magów w Zachodniej Marchii? I, co gorsza, co się za chwilę stanie? Jej uwagę przykuło zawołanie Deralfa, po którym ziemia pod nekromantą rozstąpiła się, tworząc niewielką szczeline, jednak wystarczająco dużą, by pozbawić nekromantę równowagi.
-Zabierz nas stąd! - krzyknął druid, zaś Senthis, czując przerwę w blokującej magii, szybko dokończyła inkantację teleportacji, łapiąc Deralfa za rękę i, ku swej bezgranicznej uldze, po chwili stała pośrodku kręgu, pospiesznie wymalowanego przez nią w wynajętym pokoju tawerny. Wykończona, opadła na łóżko, dysząc ciężko.
-Stary znajomy? - usłyszała pytanie druida i przyznała, że należą mu się wyjaśnienia. Jednak nie dziś.
-Jutro. - jęknęła czarodziejka. Deralf skinął jedynie głową i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając czarodziejkę samą ze swymi rozmyślaniami i rozdrapaną na nowo raną poczucia winy.

***


Senthis biegła przed siebie. Nie obchodziło już jej gdzie dobiegnie, byle z dala od tego miejsca. Ogień trawił całe wnętrze tawerny, łącznie ze ścianami i sufitem, które zaczynały trzeszczeć w proteście. Dookoła leżały ciała, wszystkie z tą samą, wyrażającą absolutne przerażenie miną. Za sobą słyszała już stukot kończyn kościstych napastników, zaś oczami wyobraźni widziała puste, wpatrujące się w nią oczodoły. Wybiegła z korytarza, wpadając do głównej izby i zatrzaskując za sobą drzwi. Rzuciła się do drzwi prowadzących na zewnątrz tawerny, jednak przed nią wyrósł kościany mur, blokując drogę ucieczki. Kobieta wrzasnęła ze strachu i frustracji, po czym zaczęła okładać nie poddającą się kość gołymi pięściami. Nic. Pobiegła w stronę okna, lecz cofnęła się z przerażeniem, gdy przez jego szczeliny zaczęła do pomieszczenia sączyć się gęsta, czerwona substancja. Czerwona farba? A może krew? Niezależnie od natury substancji instynktownie wiedziała, że kontakt z nią okaże się zgubny. Rozległo się łomotanie do drzwi. Szkielety za chwilę je wyważą! Jej magia nie działała, blokowana w ten sam znajomy, pozostawiający uczucie bezradności sposób. Ponownie uderzenie do drzwi.
-Nie! NIE! Chciałam pomóc! CHCIAŁAM!

-Chciałam! W ubraniu lepiącym się do spoconego ciała Senthis gwałtownie usiadła na łóżku. Podskoczyła, gdy ponownie usłyszała dobijanie się do drzwi.
-Wejść - powiedziała z wahaniem, odczuwając ulgę, gdy do pokoju wszedł niepewnie Deralf.
-Wszystko w porządku? - spytał druid - postawiłaś na nogi całą tawernę.
-Tak, najlepszym - stwierdziła cierpko, wstając z lóżka. Spojrzała spode łba na druida i mimowolnie zachichotała widząc, jak mężczyzna skromnie odwraca wzrok od jej mokrego, przylegającego i uwydatniającego jej kobiece kształty ubrania.
-Po prostu koszmar - zapewniła go - Bądź przed tawerną za pół godziny, poszukamy bardziej ustronnego miejsca, bez zbyt ciekawskich uszu, aby przedyskutować pewne sprawy.
Druid skinął głową opuszczając pokój. O umówionej porze spotkał się z czarodziejką, po czym wspólnie ruszyli na pobliski pagórek, oddzielony od wioski kilkoma drzewami.
-Pięć lat temu, gdy byłam jeszcze uczennicą w wieży magów w BindrolÂ’u, wspólnie z nekromantą, Hiudritem, odkryliśmy pewna księgę o niższych planach - zaczęła czarodziejka -Traktowała ona o swego rodzaju komnacie, w stworzeniu której miał swój udział ponoć sam Kabraxis. Pozwalała ona na... - urwała, szukając odpowiedniego słowa - przetestowanie duszy i pragnień istoty śmiertelnej, po czym, za cenę prawdopodobnie samej duszy, obdarowanie przedmiotem pożądania. Jednak tak działo się jedynie, gdy demon namówił samodzielnie śmiertelnika do skorzystania z jej dobrodziejstw. Nam jednak udało się jednak odkryć sposób, aby otworzyć bramę do samej komnaty, bez wiedzy jej właścicieli. Cóż... przynajmniej myśleliśmy, że nam się udało...
-Niech zgadnę - rzekł Deralf z wyrazem niedowierzania na twarzy - otworzyliście bramę?
-Spróbuj nas zrozumieć - odparła czarodziejka, choć już w chwili, gdy wypowiadała te słowa, zdała sobie sprawę, jak puste i dziecinne jest jej tłumaczenie - byliśmy młodzi i ambitni. Mieliśmy pewność, że wzięliśmy pod uwagę wszelkie ewentualności. Ryzyko wydawało się niewielkie, zaś nagroda... sam pomyśl!
Zerknięcie na twarz druida pozbawiło ją chwilowego przypływu entuzjazmu.
-Zdobyliśmy wszystkie niezbędne komponenty, przygotowaliśmy jego komnatę i po ponad godzinnej inkantacji brama stała przed nami otworem - podjęła Senthis - Przygotowaliśmy odpowiednie zaklęcia ochronne i przekroczyliśmy portal. Gdybym... - czarodziejka urwała, zaś jej twarz wskazywała, iż wolałaby nigdy nie wracać do tamtego momentu.
-Nie musisz mi mówić wszystkiego - powiedział delikatnie Deralf.
-I tak nie dałabym rady oddać ci tego, co wtedy czułam - kobieta odetchnęła głęboko, po czym wróciła do opowieści - czy potrafisz wyobrazić sobie miejsce, w którym nie ma nadziei? Miejsce tak przesiąknięte rozpaczą, przygnębieniem i rezygnacją, iż chcesz jedynie schować twarz w dłoniach i umrzeć? Nie przygotowały nas na to żadne księgi, żaden nauczyciel nie byłby w stanie tego opisać. Bezkresne pola usłane ciałami... nie, nie ciałami, lecz duszami, uwięzionymi po wsze czasy w tym okropnym miejscu. Wszystkie jęczące, zawodzące, wołające o pomoc, która jednak nie mogła nadejść... setki rąk, wyciągające się do nas w niemej prośbie o ratunek... - wzrok czarodziejki stał się nieobecny, zaś do jej oczu napłynęły łzy. Po chwili podjęła - Moją pierwszą reakcją była chęć ucieczki, nieważne, że bez niczego, byle z dala od tego miejsca. Jednak Hiudrit, jako nekromanta będąc bardziej opanowany, bez słowa wziął mnie za rękę i poprowadził do miejsca, gdzie powinna być komnata. Jednak, wbrew opisom z księgi, miejsce to okazało się niewyróżniającym się skrawkiem podłoża. Po chwili jednak wyczuliśmy, że miejsce to promieniuje niesamowicie silną magią. Domyśliliśmy się, że komnata jest miejscem międzyplanarnym, nie będącym na stałe zawieszonym w żadnej sferze. Na to na szczęście również byliśmy przygotowani i po chwili znaleźliśmy się w środku. W pierwszej chwili myślałam, że moc komnaty mnie zabije. Oboje nie mogliśmy powstrzymać krzyku, tak silnie stężonej magii nasze wyczulone nań zmysły nie były w stanie znieść. Po chwili jednak ból minął i mogliśmy przyjrzeć się wnętrzu. Cała komnata wykonana była z rodzaju metalu bardzo przypominającego adamantyt. Na ścianach wyryte były niezwykle potężne symbole, większość z nich widzieliśmy po raz pierwszy. Przez moment staliśmy, nie mając pojęcia, co dalej. Nagle jednak oboje poczuliśmy, jak jakaś jaźń wkracza w nasze umysły. „Zaczyna się!”, oznajmił Hiudrit. Czułam narastające podniecenie, mimo przeżytych przed chwilą koszmarów. Za chwilę miały spełnić się moje marzenia! Jednak... coś zaczęło być nie tak. Wyczuliśmy drugą jaźń, bynajmniej nie przyjazną. To nie miało prawa się wydarzyć. Rzucaliśmy zaklęcia wykrywające demony, jak i mające nas ostrzec przed takowymi. Najwyraźniej jeden z właścicieli był połączony psychicznie z komnatą i mieliśmy pecha, iż akurat owo połączenie nawiązał. Zdrowy rozsądek wziął górę nad chciwością i oboje czym prędzej opuściliśmy komnatę. Gdy ruszyliśmy biegiem przez pola w stronę bramy zrozumieliśmy nasz błąd. Tuż przed nami zmaterializował się jeden z większych demonów, istota, o pokonaniu której nie mieliśmy nawet co marzyć. Z prędkością nie przyrastającą do swoich rozmiarów demon wyrysował w powietrzu magiczny symbol i skierował palec w naszą stronę. Natychmiast wystrzelił zeń promień energii, wystarczająco szeroki, by objąć nas oboje. Ja zdążyłam odskoczyć, ale Hiudrit... - na twarzy kobiety ponownie pojawił się ból. - On na chwilę stał się jakby mniej materialny, po czym ujrzałam go leżącego, przykutego do strumienia ognia tryskającego z podłoża. Rzuciłam się biegiem do portalu. Odwróciłam się po raz ostatni. Zobaczyłam jeszcze jego twarz, wykrzywioną w krzyku, wyrażającym zarówno rozpacz, jak i błaganie. Ja... krzyknęłam, że wyciągnę go stamtąd, że wrócę... że nie zostawię go... - Senthis ukryła twarz w rękach i zalała się łzami. - Nie był moim przyjacielem, nawet nie znałam go dłużej niż miesiąc - wydusiła z siebie pomiędzy szlochnięciami - jednak tego, co cierpią tamci ludzie, nie życzę najgorszemu wrogowi.
Deralf objął ją ramieniem, nie znajdując słów pocieszenia. Czekał jedynie cierpliwie, aż czarodziejka będzie mogła kontynuować.
-Jednak nie odnalazłam w sobie odwagi, by wrócić w tamto miejsce. Po prostu nie dałam rady. Nie mogłam również poprosić o pomoc mistrzów z wieży. Karą za kontakty z niższymi planami w całej Zachodniej Marchii jest śmierć.
-Cóż, najwyraźniej Hiudrit powrócił... i nie jest zadowolony, iż nawet nie próbowałaś go ocalić.
-Potrafię sobie wyobrazić. Pytanie brzmi: jak mu się to udało?
Przez chwilę siedzieli na pagórku, rozmyślając.
-A właściwie to co tu robisz? - zadał oczywiste pytanie druid.
-Sama nie potrafię tego wyjaśnić. Po prostu coś mnie przyciągało do tego miejsca - odparła czarodziejka. Deralf bez trudu zauważył, iż kobieta nie mówi mu całej prawdy, jednak postanowił nie naciskać.
-Myślę, że potrzebuję przemyśleć parę rzeczy... w samotności. Nie zrozum mnie źle - dodała szybko.
-W porządku, rozumiem. Na razie zostaję w mieście, znajdziesz mnie w okolicy lasu.
-Będę pamiętać - odparła czarodziejka, po czym dodała z chichotem - I możesz już zabrać tą rękę z mojego ramienia.
Senthis powróciła do tawerny. Zamówiła posiłek i zasiadła przy jednym ze stołów, rozmyślając nad dalszym postępowaniem. Zastanawiała się nad oddaleniem się od tego miejsca, jednak szybko odrzuciła tę myśl. Już raz uciekła przed niebezpieczeństwem, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Ilu ludzi mogło ucierpieć w mieście jeśli Hiudrit przybędzie doń ze swą upiorną świtą? Miałaby odejść stąd bez tego, po co przybyła? I, wreszcie, czy w ogóle była w stanie uciec przed swym przeciwnikiem? Mogła, poprzez lokalną świątynię, skontaktować się z którymś z zakonów paladynów. Święci wojownicy mogli być w stanie poradzić sobie z nekromantą. Jednak czarodziejka znała bezlitosne przepisy, których paladyni przestrzegali z aż zbytnią gorliwością. Nie miała w sobie aż tyle altruizmu by poświęcić własne życie. Przygnębiona czarodziejka oparła głowę na dłoniach, czując że sytuacja ją przerasta.
-Jakieś problemy, ślicznotko? - usłyszała nagle męski głos - może powinny stać się także moimi?
Przed nią pochylał się wysoki, krępy mężczyzna, wpatrując się w nią i uśmiechając niedwuznacznie.
-Nie sądzę - odparła cierpko kobieta, odwracając się od osobnika. Ten jednak zbliżył swą twarz do jej, tak że Senthis czuła jego smrodliwy, przepełniony alkoholem oddech.
-Nie ma się czego wstydzić, gwarantuję, że ci się polepszy - uśmiechnął się jeszcze bardziej i objął ją ramieniem. Zniesmaczona czarodziejka wyszeptała krótka formułę, po czym uderzyła otwartą dłonią w policzek niechcianego adoratora. Błysnęło kilka iskier i mężczyzna rozciągnął się jak długi na podłodze. Jego kompani ze stolika dalej ryknęli śmiechem - dla nich mężczyzna po prostu przewrócił się po kobiecym ciosie.
-Wracaj tu, Herwig, za twarda sztuka dla ciebie - zawołał jeden z nich, na co jego towarzysze zareagowali kolejną salwą śmiechu.
-Nie ma co się wściekać chłopie, myślałem, że się już przyzwyczaiłeś - rzucił inny, wywołując podobna reakcję wśród kompanów. Mężczyzna po chwili wstał z podłogi, rzucił wściekłe spojrzenia zarówno czarodziejce, jak i towarzyszom, po czym chwiejnym krokiem opuścił tawernę. Senthis westchnęła, po czym ruszyła w stronę kontuaru po posiłek, ignorując spojrzenia mężczyzn. Zapłaciła barmanowi, zjadła swoje danie i również wyszła z tawerny, nie wiedząc, co powinna zrobić. Przeszła się po mieście bez celu, zachodząc w rejon, w którym jeszcze nie była. Ta okolica wydawała się nieco mniej porządna niż reszta miasta, zaś nieliczni ludzie, których mijała, przyglądali jej się podejrzliwie. Nieświadomie skręciła w niewielką uliczkę, jeszcze bardziej zapuszczoną i ciemniejszą. Zatrzymała się, otrząsając się z rozmyślań i odwracając się, nie mając zamiaru kusić losu poprzez łażenie takimi podejrzanymi zaułkami. Ruszyła przed siebie, jednak nagle poczuła silne uderzenie w tył głowy, po którym jej czaszka zdawała się pękać na dwoje. Patrzyła oniemiała prze siebie, ledwo rejestrując podnosząca się gwałtownie ziemię i ostry ból przy zderzeniu się z nią. Jej powieki opadły, pogrążając ją w nicości.

//\ Część 2 >>>>
Zgłoś błąd.



Feniks z Popiołów - czekamy...
Niniejsza strona jest częścią Wortalu Phoenix, znajdującego się aktualnie w stanie hibernacji. Kliknij na powyższy link by dowiedzieć się więcej.
Vgroup portfolio, agencja interaktywna - tworzenie portali internetowych, stron www, sklepow, CMS oraz grafiki  web 2.0
© 2002-2014 Imperium Diablo • Wszystko o grach Diablo 3, Diablo 2 i Diablo 1. All trademarks referenced herein are the properties of their respective owners. All rights reserved.